Pokazywanie postów oznaczonych etykietą akcja. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą akcja. Pokaż wszystkie posty

sobota, 12 sierpnia 2017

Król Artur: Legenda miecza ****

Już pierwsze kadry “Króla Artura: Legenda miecza”, epicki atak jadącej na gigantycznych słoniach armii czarownika Mordreda na twierdzę Camelot, nie pozostawiają złudzeń. Gdy Guy Ritchie bierze się za legendę, to legenda idzie na kompromis. W swej interpretacji mitu Ritchie postanowił połączyć dwa aktualnie najbardziej intratne gatunki, fantasy w stylu “Gry o tron” (z której pożyczył też paru aktorów) z opowieścią o superbohaterze a la Marvel, ale by nie wychylać się za daleko poza znajome terytorium, zasiedlił powstały świat angielskimi cwaniaczkami, których z taką czułością portretował w “Przekręcie” czy “Rocknrolla”.

W fabule z mitu ostał się właściwie tylko miecz i Artur. Po uwerturze w postaci wspomnianej bitwy, żądny władzy, sprzymierzony z ciemnymi mocami Vortigern (Jude Law) morduje swojego brata, króla Uthera (Eric Bana) i jego żonę, a z życiem udaje się ujść jedynie młodziutkiemu synowi króla Arturowi (Charlie Hunnam). W łódce niesionej siłą nurtu spływa on z Camelot aż do portowego Londinium. Przygarnięty przez prostytutki, wychowuje się w burdelu, lata na ulicy hartują go i wyrasta na lidera lokalnej bandy rzezimieszków (i tak miękko lądujemy w świecie filmów Ritchiego), gdy oto wody wokół Camelot opadają i ukazuje się wbity w skałę Excalibur…

Nie da się ukryć, że właśnie scenariusz jest największym problemem filmu. Postacie (może poza Vortigernem, którego żądza władzy zmusza do trudnych decyzji) są płaskie jak kartka papieru, nie ewoluują ani o jotę i są jedynie wehikułami pchającymi akcję do przodu. Fabuła to jakby “kopiuj-wklej” przepisu na grę komputerową, z następującymi po sobie misjami w różnych lokalizacjach o schemacie: dojdź do punktu, pokonaj bossa, zyskaj trochę punktów doświadczenia przed kolejną misją. Dialogi, choć dowcipne w stylu klasycznego Ritchiego (na początku filmu miałem ostry dysonans poznawczy, co Hunnam wypowiedział kwestię, ja szukałem na ekranie Jasona Stathama), służą jedynie zarysowaniu kontekstu do mającej nastąpić kolejnej sceny akcji.

Co zatem sprawia, że tę do bólu przewidywalną historię, o głębokości emocjonalnie wyschniętej kałuży ogląda się całkiem przyjemnie? Akcja, akcja, akcja. Tempo opowieści jest zawrotne i przywodzi na myśl “Adrenalinę” ze wspomnianym już Stathamem, a reżyser używa wszystkich swoich firmowych sztuczek montażowych, by fabułę jeszcze zagęszczać. Tu nie ma miejsca na chwilę oddechu, na zbędne wątki (próżno w tym “Królu Arturze” szukać np. romansu), na chwilę refleksji widza, czy to co ogląda ma jakikolwiek sens. Wizualnie jest oszałamiająco, piękne krajobrazy, dopracowane dekoracje i CGI, na które nie szczędzono imponującego budżetu (175 milionów dolarów). Skojarzenie z grą komputerową (ale w tym wypadku na plus) na pewno podsycała u mnie również choreografia walk, za którą odpowiadali ci sami ludzie co w naszym eksportowym produkcie “Wiedźmin: Dziki gon” - “Prime Fury Stunt Team”.

Podsumowując, “Król Artura: Legenda miecza” to czysty eskapizm. Jeśli masz ochotę na coś nie zmuszającego do myślenia, lubisz dynamiczną rozwałkę, fantasy i wczesnego Guya Ritchiego (ja lubię, stąd dość wysoka ocena), to będziesz się dobrze bawić. Jeśli nie, ten istny galimatias gatunków może się okazać mocno niestrawny.


niedziela, 24 maja 2015

72 godziny **

Ethan Renner (Kevin Costner) to agent CIA, który po nieudanej akcji dowiaduje się, że jest śmiertelnie chory i pozostało mu kilka miesięcy życia. Renner postanawia wykorzystać ten czas na odbudowanie utraconych relacji ze swoją rodziną i zrezygnować z pracy w wywiadzie. Spokój nie jest mu jednak dany, gdy do akcji wkracza agentka Vivi Delay (Amber Heard), która za wykonanie ostatniego zlecenia (Renner ma na to zadanie 72 godziny czasu) proponuje naszemu bohaterowi lekarstwo na jego chorobę.

"72 godziny" to nic innego jak do bólu przewidywalny i korzystający ze znanych stereotypów i utartych schematów obraz agenta służb, który znamy z innych filmów. Ethan jest twardy, szlachetny (bezinteresownie pomaga murzyńskiej rodzinie, która zajęła jego mieszkanie w trakcie jego pracy) i ma problemy rodzinne (żona od niego odeszła, nie zna za bardzo swojej córki). Nie zabrakło również ciągnąt do alkoholu (Renner musi od czasu do czasu "strzelić sobie z gwinta", aby złagodzić skutki choroby).

W zasadzie, gdyby nie wątek dramatu rodzinnego (Ethan wie, że zostało mu kilka miesięcy życia i desperacko próbuje się zbliżyć do swojej rodziny, którą zaniedbał), to można by "72 godziny" potraktować nieco jako pastisz kina szpiegowskiego z elementami kina sensacyjnego. Jest humor, szybka akcja, dobry Costner z autoironią, o którą bym go nie podejrzewał, radzący sobie w scenach walk równie dobrze co Liam Neeson - inny "dziadek" ze stajni Bessona. Jednak sam pomysł z chorobą głównego bohatera jest po prostu fatalny, bo kompletnie odrealniony. Ethan mdleje średnio co 20 minut, ale w krytycznych momentach potrafi się zmobilizować i spuścić łomot swoim rywalom. Innym chybionym pomysłem fabularnym jest historia czarnej familii, która uświadamia naszemu agentowi jak ważna jest rodzina. Besson nie wybronił się również przedstawieniem trudnych relacji Rennera ze swoją córką Zoe (Hailee Steinfeld). Wątek ten jest poprowadzony na poziomie oper mydlanych i nie trudno domyślić jak się zakończy.

Filmu nie ratuje również Amber Heard. Owszem, miło na nią popatrzeć, ale jej rola kompletnie nic nie wnosi pod względem fabularnym. Już sam fakt, żeby robić z agentki CIA seksbombę, która zmienia kreację i fryzury równie często jak bohater grany przez Costnera mdleje z powodu choroby w trakcie akcji, jest ryzykownym zabiegiem. Ogólnie scenariusz Bessona jest na słabym poziomie, ale to nie powinno specjalnie dziwić, jeśli prześledzimy jego ostatnie filmy.

"72 godziny" mogę polecić tylko oddanym wielbicielom Costnera i miłośnikom wdzięków Heard. Dla fanów spójniejszych fabuł sensacyjnych polecam zdecydowanie bardziej filmy z Neesonem w roli głównej.



niedziela, 24 sierpnia 2014

Lucy ***

Lucy (Scarlett Johansson) to 25-latka, która studiuje w Tajwanie. Poznajemy ją w momencie, gdy przekomarza się ze swoim kochankiem Richardem, który prosi ją o dostarczenie zaszyfrowanej walizki dla tajemniczego Pana Janga (Choi Min Sik). W rezultacie chłopak zmusza dziewczynę podstępem do tego zadania. Okazuje się, że w walizce znajdują się paczuszki z narkotykami, a Lucy zostaje zobligowana do współpracy z mafią, czego efektem staje się wszycie do jej brzucha jednej z paczek. Zdarzenia związane z Lucy są przeplatane z wykładem prowadzonym przez profesora Normana (Morgan Freeman), który uświadamia nas na temat tajemnic ludzkiego umysłu i zakresu w jakim go wykorzystujemy.

Luc Besson sięgnął po sprawdzone środki. Mocna aktorska osobowość, wizualna warstwa i muzyka - to główne wyznaczniki stylu filmów Bessona. Nie inaczej jest też w "Lucy". Silną jednostką jest tym razem kobieta, którą reżyser wrzuca w kocioł zdarzeń, a te zmieniają się w iście ekspresowym tempie. Siłą rzeczy trudno nie odnieść najnowszego dzieła Bessona do "Nikity". Tutaj też mamy do czynienia z młodą kobietą, która z bezbronnej zwierzyny staje się zimną kilerką. Lucy, dzięki rozpuszczeniu w jej brzuchu narkotyków zyskuje szczególne możliwości i w miarę upływu filmu dowiadujemy się jaki procent umysłu wykorzystuje w danej chwili nasza bohaterka. Im więcej go używa, tym coraz bardziej staje się maszyną, która niczego nie odczuwa. Mocno to naciągane, ale w końcu to science-fiction.

Pod względem technicznym film robi spore wrażenie. Zdjęcia są znakomite (bardzo trafna przeplatanka czasów współczesnych z historią rozwoju ewolucji), a montaż perfekcyjny. Do tego mamy niezwykle klimatyczną muzykę Erica Serry, która jest odpowiednio dopasowana do zwrotów akcji.

Scarlett Johansson nieźle sprawdza się w roli Lucy. Jej bohaterka z mało rozgarniętej blondynki staje się superbohaterką zdolną zagiąć najtęższe umysły uniwersyteckie. Metamorfoza ta została bardzo dobrze pokazana przez aktorkę i cieszę się, że to jej przypadła główna rola, a nie jak pierwotnie zakładano Angelinie Jolie, którą ciężko by mi było sobie wyobrazić w roli Lucy z pierwszej części filmu. Morgan Freeman natomiast nie schodzi poniżej przyzwoitego poziomu, chociaż mam wrażenie, że już od kilku lat gra podobne typy postaci, które są nieco papierowe.

Pomimo że film poprzez filozoficzne mądrości serwowane przez profesora Normana stara się wyjaśnić wątek wykorzystywania przez człowieka potencjału umysłowego, to w "Lucy" nie należy się doszukiwać jednak głębszego sensu. Besson niepewnie porusza się arkanach ludzkiego intelektu i mocno fantazjuje. Samo podkreślanie, że człowiek wykorzystuje jedynie 10% swojego umysłu jest przecież nonsensem. A jeszcze większym jest to, że pod wpływem narkotyków może nastąpić boom intelektualny. Ogólnie scenariusz "Lucy" nie jest jego największą zaletą. Film ma kilka wpadek fabularnych, jak chociażby wprowadzenie mocno przerysowanej mafii koreańskiej, która nie boi się ruszać na otwartą wojnę z francuską policją i praktycznie z całym światem. Podobnie jak zniknięcie jednego z oprawców Lucy, który całkowicie wyparował z fabuły, bez tłumaczenia co się z nim stało.

Jeśli ktoś liczył, że Besson opowie historię zapadającą w pamięci, to może przeżyć zawód. "Lucy" to wyłącznie znakomicie zrealizowany teledysk, na jaki należy patrzeć z przymrużeniem oka i który po kilku tygodniach wyleci z głowy.

sobota, 7 czerwca 2014

Non stop *****

Bill Marks (Liam Neeson) tępo wpatruje się w krople deszczu, spływające po szybie jego jeepa zaparkowanego gdzieś w pobliżu lotniska. To co maluje się na jego twarzy można by nazwać mieszaniną zmęczenia i cierpienia. Gdy po chwili zorientuje się, że czas nagli, przyprawi swoją kawę solidną porcją whiskey, wymiesza całość szczoteczką do zębów i ruszy do pracy. Jest on powietrznym szeryfem. Funkcjonariuszy tych wprowadzono po zamachach z 11 września. Podróżując po cywilnemu maja zapewnić bezpieczeństwo w trakcie lotu. Choć myśli Billa ciągle uciekają gdzieś indziej, po drodze do samolotu wyłowi kilku potencjalnie podejrzanych pasażerów, doda otuchy podróżującej samotnie dziewczynce. Gdy już da pozwolenie do startu (których o zgrozo się boi), samolot znajdzie się w powietrzu i ponownie zacznie pogrążać się w czarnych myślach, na jego służbowy telefon zaczynają przychodzić wiadomości od szantażysty. Jeśli nie dostanie 150 milionów dolarów, co 20 minut ktoś na pokładzie będzie ginął...

Tak jak pisał Mr. Blonde w recenzji "Połączenia" niewiele rzeczy tak dobrze służy podniesieniu napięcia jak ograniczenie przestrzeni akcji i wywołane przez to poczucie klaustrofobiczności. 97% filmu rozgrywa się na pokładzie samolotu znajdującego się nad oceanem i reżyser Jaume Collet-Serra umiejętnie sprawia, że z każdą minutą wydaje nam się on mniejszy i mniejszy. Producenci nie żałowali pieniędzy i na ekranie pojawia się wiele znanych twarzy. Neesonowi towarzyszą między innymi Julianne Moore, Scoot McNairy, Michelle Dockery, Nate Parker, Corey Stoll, czy zdobywczyni Oskara za "Zniewolonego" Lupita Nyong'o. Co najważniejsze każda z postaci jest istotna dla fabuły i umożliwia twórcom, tak lubianą przez miłośników kryminałów, zabawę z widzem w "kto jest kim". Razem z Billem Marksem miotamy się po samolocie, próbując rozwikłać tą zagadkę, a zegar wciąż tyka tik-tak, tik-tak...

Neeson (w rolach twardzieli na życiowym zakręcie dorównać mu może chyba tylko Nick Nolte), jak udowadniał to już w ostatnich latach nie raz, odnajduje się w gatunku action-thriller znakomicie. Choć historia może nie jest najbardziej realistyczna, to osobiście w kinie gatunkowym zdecydowanie wolę taką fikcję niż "prawdziwe historie" w stylu mocno naciąganego "Pain & gain". Najważniejsze, że wspaniale grając napięciem, twórcy nie pozwalając nam na przesadnie długie analizowanie prawdopodobieństwa zdarzeń. Gdy w końcu ono opadnie, jakieś dwie minuty przed końcowymi napisami, nie ma to już większego znaczenia. "Non stop" to kino klasy B, ale naprawdę świetne.

Jeszcze taka dygresja na koniec, że ten film (podobnie zresztą jak "Lot", który otwierająca sekwencja od razu przywodzi na myśl), świetnie obrazuje jak wiele ryzykujemy powierzając codziennie nasze życie w ręce przeróżnych funkcjonariuszy. Kierowcy autobusów, piloci, policjanci, lekarze. Zwykli ludzie, niekoniecznie z powołaniem, czasami jak Bill Marks z problemami, z którymi sobie nie radzą. Chociaż w sumie, może lepiej o tym nie myśleć... A i nie oglądajcie trailera, delikatnie mówiąc zdradza zdecydowanie za dużo.



wtorek, 18 lutego 2014

All Is Lost ****

Drugi, po "Chciwości", film J.C. Chandora, choć znalazł się w konkursie głównym Cannes, wygrał Złotego Globa w kategorii muzyka i zebrał świetne recenzje krytyków na całym świecie, nie wszedł jednak w Polsce do szerszego obiegu. Dystrybutorzy zapewne nie wierzyli w jego sukces, gdyż prezentuje on radykalnie inne podejście do tematu samotności i walki o przetrwanie rozbitka od standardowo praktykowanego przez Hollywood, a którego świetnym przykładem jest chociażby aż dziesięciokrotnie nominowana w tym roku do Oscara "Grawitacja".

Film otwiera scena, w której obserwujemy swobodnie dryfującą po morzu tratwę i słuchamy monologu będącego, jak się możemy domyślać, listem pożegnalnym próbującego się na niej ratować człowieka. Nie ma on już sił i świadomy tego, że nie przetrwa żegna się z najbliższymi. To pierwszy i zarazem ostatni moment, w którym twórcy pozwolą nam "zajrzeć" w duszę głównego bohatera, poznać jego myśli. Odkąd w następnym ujęciu przeniesiemy się w czasie osiem dni wcześniej, do feralnego poranka, gdy obudził go huk kontenera uderzającego w burtę łodzi, którą podróżował samotnie po Oceanie Indyjskim, będziemy mogli jedynie przyglądać się z pewnego dystansu jego zmaganiom z żywiołem.

Bohater nie tylko nie wygłasza przemówień do przedmiotów ani nie dostarcza swoich przemyśleń "z offu". My nic o nim nie wiemy. Nie wiemy jak się nazywa (w końcowych napisach widnieje jako "nasz bohater", z ang. "our man"), skąd pochodzi. Możemy oczywiście wyciągać wnioski na podstawie tego co widzimy. Nie wydaje się przypadkiem, że gra go Robert Redford. Dawny symbol seksu, nadal jest przystojny, mimo lat. Co autorzy dobitnie pokazują, w nieco absurdalnej scenie golenia się w obliczu nadciągającego sztormu, przywiązuje dużą wagę do swego wyglądu. Choć, jak dowiadujemy się z listu otwierającego film, ma bliskich, to zdecydował się na samotną podróż. Jest zamożny, na łodzi niczego nie brakuje, nie wydaje się przed niczym uciekać, ta podróż, i samotność z nią związana była wyborem nie przymusem. Widzimy jak działa w obliczu zagrożenia, jest chłodny, opanowany, nie dokonuje pochopnych decyzji, metodycznie wykonuje to co sobie zaplanował. Poddany niemalże Hiobowej próbie, nie marudzi, nie szuka winnych, do samego końca nie traci determinacji i woli walki o siebie. Gdy po kolejnym niepowodzeniu wykrzyczy w końcu bluźnierstwo, uwalniając ogrom kłębiących się emocji, chyba wszyscy oglądający czują ulgę.

Przez samą tematykę "All is lost" przywodzi na myśl dzieła Hemingwaya, Conrada, a specyficzna narracja wydaje mi się, że jeszcze te skojarzenia potęguje. Niewiele obrazów skłania do rozważań nad kruchością ludzkiego istnienia, jak widok małej łódki miotanej przez fale wzburzonego oceanu. Do całego tego bagażu kulturalnego J.C Chandor dodał od siebie parę symboli odwołujących się bezpośrednio do naszych czasów. "Nasz bohater" to biorąc pod uwagę jego postawę (i fakt że gra go Robert Redford) praktycznie ideał mężczyzny zachodu. Kontener, który uszkodził jego łódź pochodzi najprawdopodobniej z Chin, a wypływają z niego dziecięce buciki. Znaczące są też obrazy, gdy ogromne kontenerowce mijają beznamiętnie maleńką, dryfującą tratwę z desperacko wzywającym pomocy rozbitkiem, czy chociażby finałowa scena, której oczywiście nie mam zamiaru zdradzać. Starcie wschodu z zachodem, krytyka globalizacji? Każdy widz zinterpretuje to wszystko po swojemu.

Mimo że "All is lost" opowiada historię nie raz już przez nas słyszaną, to robi to na swój sposób, językiem czysto filmowym (obrazem) i dzięki temu jej symbolizm jest chyba nawet bardziej dosadny niż literackich pierwowzorów. Ponieważ film nie odniósł sukcesu komercyjnego, raczej nie uda mu się rozepchać ram skostniałego gatunku, ale myślę, że warto go zobaczyć. Również dla świetnej, choć nie docenionej przez akademię, roli Roberta Redforda, który musiał udźwignąć cały film na swoich barkach i praktycznie przez 105 minut nie schodzi z ekranu.


sobota, 14 grudnia 2013

Porachunki ****

Od pewnego czasu popularnym słowem stała się nostalgia. Hipsterzy na całym świecie tęsknią za latami dziewięćdziesiątymi, w Polsce z jakiegoś powodu na topie jest wszystko co związane z PRL-em. Wiecie za czym ja tęsknię? Za starymi dobrymi filmami gangsterskimi. "Ojciec chrzestny", "Człowiek z blizną", "Chłopaki z ferajny"... nikt już takich produkcji nie kręci. Podobną nostalgię musiał odczuwać Luc Besson, nota bene autor jednego z moich ulubionych tytułów kina gangsterskiego "Leona zawodowca", i wyraził ją w najlepszej możliwej formie - nowego filmu.

"Porachunki" to czarna, gangsterska komedia. Tytuł oryginału to "Rodzina" (ang. "Family", po raz kolejny, gratulacje dla tłumacza za kreatywność) i nie jest to rodzina byle jaka. Giovanni Manzoni (ikona gatunku - Robert De Niro), to gangster od pokoleń. Swoim sadystycznym skłonnościom folguje, kiedy tylko natrafi się okazja, np. gdy ktoś będzie chciał sprzedać mu nieświeże homary. Jego małżonka (nie pierwszy raz wcielająca się w "Poślubioną mafii" Michelle Pfeiffer)... preferuje rozwiązywać konflikty w bardziej wybuchowy sposób. Córeczka, siedemnastoletni blond-włosy aniołek (Dianna Agron), słowo "maniak" traktuje jako najwyższy komplement. Synek (John D'Leo), to urodzony organizator, marzący o pójściu w ślady ojca. Jako, że Giovanii, by ratować swoją skórę wsypał swoją dawną "rodzinę" mafijną, teraz cała ta urocza paczka znajduje się w programie ochrony świadków, powodując nieustanny ból głowy próbującego ich ukryć agenta FBI (Tommy Lee Jones). Oczywiście mafia nigdy nie zapomina, więc ich śladem podąża straszny zabójca Di Cicco (Jimmy Palumbo)...

Myślę, że każdy, kto doczytał do tego miejsca wie już, że obsada została wybrana perfekcyjnie. Same nazwiska od razu przywodzą na myśl kamienie milowe gatunku, ale co ważne aktorzy dali prawdziwy koncert gry. De Niro, gangstera mógłby grać pewnie nawet we śnie. Te gesty, ta mimika, ilość emocji, które potrafi wyrazić jednym słowem "fuck". Michelle nadal świetnie wygląda i bezbłędnie odgrywa postać kobiety z jednej strony trochę szalonej, z drugiej kochającej matki i żony. Dzieci, co niełatwe, dostosowywują się poziomem gry do rodziców, zaś Tommy Lee Jones (dawny agent ścigający Harrisona Forda w "Ściganym"), potrafi pokazać kłębiący się w jego bohaterze ogrom niechęci i złości na to co musi robić, nieudolnie skrywany za pozornie kamienną twarzą.

Najmocniejszym punktem "Porachunków" nie jest niestety scenariusz - trochę naciągany i niespójny. Pierwsza część jest utrzymana w tonie typowo komediowym. Bawi głównie to, jaki popłoch sieje "rodzinka", wprowadzając się na spokojną normandzką prowincję. Zdecydowanie więc nie jest to film dla tych, którym pomysł łączenia przemocy z humorem wydaje się odrażający. Z czasem akcja nabiera tempa, a na deser dostajemy świetną, godną mistrza Bessona sekwencję akcji. Myślę, że całość sprawi kupę frajdy i będzie kopalnią smaczków dla wszystkich odczuwających nostalgię za starym dobrym kinem gangsterskim. Jednak tym, którym na wspomnienie "Chłopaków z ferajny" (arcydzieło Scorsese w iście almodovaroski sposób znalazło swe miejsce w akcji) łezka się w oku nie kręci, chyba raczej bym tą pozycję odradził.


poniedziałek, 16 września 2013

Sztanga i cash **

Specjalista od wielkich, najeżonych efektami specjalnymi widowisk w stylu "Armageddonu", czy serii Transformers, Michael Bay serwuje nam tym razem, jak sam mówi skromny (to znaczy eksploduje zaledwie jedno auto) i ekspresowo nakręcony, oparty na faktach (do tego jeszcze wrócimy) film o gangu z "Sun Gym", działającym w Miami w połowie lat dziewięćdziesiątych.

Mimo że wysłuchujemy przemyśleń z offu niemal wszystkich postaci "Sztanga i cash", za głównego bohatera można uznać niepozbawionego uroku, ale nie grzeszącego intelektem instruktora fitnessu Daniela Lugo (Mark Wahlberg). Żyjący na sterydach i automotywacyjnych bzdurach ("wierzę w fitness"), uczynił ze wspomnianej siłowni Sun Gym dochodową placówkę i wydaje się wychodzić na prostą po błędach przeszłości. Jednak poczucie, że los nie obdarzył go tym na co zasługuje, podsycane przez wysłuchiwanie frazesów serwowanych przez samozwańczego guru (Ken Jeong) typu "Jeśli myślisz, że ci się coś na należy, to wszechświat ci to da", naprowadza go na plan jak odebrać wszystko swojemu bogatemu i wyjątkowo wrednemu klientowi - Victorowi Kershaw (Tony Shalhoub). Do pomocy bierze swoich równie napompowanych, a jeszcze mniej rozgarniętych kumpli (Dwayne Johnson i Anthony Mackie) i już wiemy, że to nie może skończyć się dobrze...

Wyjaśnijmy sobie od razu jedną rzecz. Wbrew temu, co po wielokroć słyszymy w filmie, nie jest to prawdziwa historia. Jest ona jedynie inspirowana serią artykułów z Miami New Times. Nikt nie zadał sobie trudu, by chociażby skonsultować się z ofiarami, które przeżyły te tragiczne wydarzenia. A ma to niestety kapitalne znaczenie dla odbioru filmu. Micheal Bay dokonał tu moim zdaniem dosyć ryzykownego manewru. Absolutnie nie stara się oceniać swoich bohaterów. Ba, robi bardzo dużo byśmy polubili Daniela i spółkę. Może i są mało rozgarnięci, ale w sumie to takie swojaki. W przeciwieństwie do ofiary. Victor Kershaw to prawdziwy dupek. Właściwie może mu się należało? Autorzy jakby stawiają nas na równi z bohaterami tej historii, pouczająco kiwając głową z za ekranu, tak to mogłeś by ty mój drogi widzu. Gdybyś też się nasłuchał bredni o tym co ci się rzekomo należy i opacznie je zrozumiał, też przypiekałbyś na grillu odrąbane ludzkie ręce, by pozbyć się odcisków palców. I można by to uznać za błyskotliwą analizę ludzkiej natury, "zło jest w każdym z nas", gdyby nie to, że ten film ma tyle wspólnego z rzeczywistością co relacja z konferencji PiSu w TVNie, czy poczynań rządu w TV Trwam. Jeśli posłuchać tego co ma do powiedzenia pierwowzór postaci Victora Kerwshaw - Marc Schiller, to maluje się kompletnie inny portret głównych bohaterów. Byli to bezwzględni przestępcy z determinacją realizujący swój plan. Daniel Lugo to nie sympatyczny osiłek, ale psychol ze złymi intencjami wypisanymi na twarzy, któremu nie ufali i którego nie lubili nawet współoprawcy. Nie był on nawet autorem planu napadu na Marca Shillera, nie zgadza się liczba napastników... nieścisłości i zwykłe przekłamania można mnożyć i mnożyć. Przyzwyczaiłem się już, że mass media wszystko interpretują tak jak im wygodniej, ale czemu miała służyć taka manipulacja w kinie gatunkowym naprawdę nie wiem. Jeśli reżyser chce przekazać jakąś konkretną wizję świata, niech to robi, ale bez udawania, że dokumentuje jakąś rzeczywistość.

Niemniej, kto idzie do kina na film Micheala Baya po to by analizować jego przesłanie? To ma być przede wszystkim rozrywka. "Sztanga i cash" niewątpliwie ma swoje momenty. Dowcip zbudowany na ludzkim cierpieniu, wydaje mi się mocno kontrowersyjny pomysłem, ale często działa. Marc Wahlberg, The Rock i spółka w roli bezmózgich koksów są rozbrajający. Są tu wszystkie standardowe składniki współczesnego kina dla facetów, czyli wielkie mięśnie, skąpo ubrane dziewczynki wijące się na rurach, szybkie samochody i parę dynamicznych sekwencji. Jednak film jest ogólnie za długi, w środkowej części zwyczajnie nudzi i choć końcówka jest niezła, ciężko się na nią przebudzić.

Jak powiedział Marc Schiller, więziony i nieludzko torturowany przez okrągły miesiąc, w tym filmie najwięcej ma wspólnego z rzeczywistością tytuł (ang. "Pain and gain") - jego cierpienie zaowocowało wielkim zyskiem oprawców. I powiem szczerze, gdybym to ja był ofiarą, to nie jestem przekonany czy chciałbym, żeby zrobiono film żerujący na mojej tragedii, w którym to jeszcze ze mnie robi się dupka. Jeśli ktoś chciałby usłyszeć tą historię opowiedzianą z pozycji ofiary to polecam np. artykuł z angielskiego Guardiana. A tym którzy zdecydują się obejrzeć "Sztanga i cash", radzę nie wsłuchiwać się w zapewnienia autorów o prawdziwości tej historii i potraktować ją jako kolejną, przyzwoitą "pulp fiction".


wtorek, 3 września 2013

As w rękawie ***

W 2006 roku Joe Carnahan był znany z kilku niezależnych filmów oraz niezłego thrillera "Narc" z Rayem Liottą w roli głównej. Panowie spotkali się ponownie na planie filmu "Smokin' Aces" (polskie tłumaczenie "As w rękawie" - jak zwykle "bardzo trafne"). Oprócz Liotty - reżyser dostał do dyspozycji m.in. Bena Afflecka, Andy'ego Garcia, Ryana Reynoldsa czy debiutującą na ekranie - piosenkarkę Alicię Keys, a więc gwiazdy, którymi można by było obsadzić przynajmniej ze dwa inne dobre filmy. Carnahan napisał również scenariusz, którego fabuła zdawała się być bardzo obiecująca dla fanów kina gangsterskiego i twórczości takich reżyserów jak Quentin Tarantino czy Guy Ritchie.

Dwaj agenci FBI Richard Messner (Reynolds) oraz Donald Carruthers (Liotta) mają za zadanie chronić komika Buddy'ego Israela (Jeremy Piven), który ma interesujące dla wymiaru sprawiedliwości informacje i zdecydował się zeznawać przeciwko mafii. Rozpoczyna się polowanie na niego przez gangsterów. Kilerzy są wynajęci przez różnych zleceniodawców i w związku z tym są przeróżnej maści. Mamy tutaj typowych łowców nagród, którzy zostali skuszeni możliwością łatwego (jak się wydaje) zarobku, psychopatycznych morderców, dwie czarnoskóre panie, a nawet...neonazistów.

Takie nagromadzenie postaci nie przyniosło dobrego rezultatu. Owszem, film rozpoczyna się w iście "tarantinowskim stylu", czyli od dużej ilości krwi, błyskotliwych dialogów pomiędzy głównymi bohaterami (chociażby świetna rozmowa Israela ze swoim ochroniarzem, przypominająca pamiętny dialog pomiędzy Vincentem a Julesem z "Pulp Fiction") i wartkiej akcji. Później jednak konstelacja gwiazd zaczyna męczyć, a i sama fabuła kuleć.

Nie do końca wyszły reżyserowi próby mieszania gatunków. Do gangsterskiej konwencji Carnahan starał się wpleść dramat sensacyjny, który z jednej strony miał wiarygodny wątek, bo logicznie przedstawiał motywy działań szefów FBI. Z drugiej strony dramatyczny ton w dalszej części filmu, przy lżejszej formie z początku, był mało przekonujący, co zdezorientowało Reynoldsa. Aktor ze swoim wyrazem twarzy, stanowiącym skrzyżowanie zatwardzenia z szarżującym bykiem, jakby nie wiedział, co i w którym momencie ma grać. Jak dodamy kilka bezsensownych wątków - neonaziści - zabójcy, rozterki duchowe naćpanego Israela, czy słabe zakończenie historii z Alicią Keys, to mamy w sumie średnio udany film. W zasadzie przed określeniem "kiepski" uratował go klimat i dynamika akcji z początku. A także fakt, że do końca nie było wiadomo, który z bohaterów z krwawej rzezi zafundowanej przez reżysera przeżyje całą zabawę.

"Smokin Aces" miało szansę znacznie bardziej wypalić. Niestety - nawet dobry pomysł na fabułę i plejada gwiazd nie zagwarantowały sukcesu. Trzeba było jeszcze umiejętnie wykorzystać cały zebrany potencjał. W efekcie wyszedł film, który można obejrzeć, ale nie sposób się nim zachwycić.


niedziela, 14 lipca 2013

Szklana pułapka 5 ***

Chyba nie ma drugiego bohatera kina akcji, do którego odczuwałbym tyle sympatii, co do Johna McClane. Everyman, glina z Nowego Jorku, który ma niesamowity talent do bycia "w złym miejscu w złym czasie" (jak sam przyznaje pod koniec tej części swoich przygód), pakując się raz po raz w sam środek awantur z międzynarodowymi terrorystami. Z każdej z tych przygód potrafi jednak wyjść obronną ręką, nie tracąc ani rezonu ani humoru i rzucając przy tym na lewo i prawo powiedzonkami w stylu nieśmiertelnego "yippeekayay". Gdy przebojem wdarł się do panteonu postaci kina akcji pod koniec lat osiemdziesiątych, wydawał się tam trochę nie na miejscu. Nie miał mrocznej przeszłości z Wietnamu, nie był robotem przysłanym z przyszłości, nie był nawet porządnie przypakowany. Może właśnie dlatego dużo łatwiej publiczności przychodziło utożsamienie się z nim. Czyż nie każdy Amerykanin, czy może nawet szerzej facet, chciałby podobnie się zachować, gdy przyjdzie chwila próby? Minęło dwadzieścia pięć lat, John, choć starzał się wraz z nierozerwalnie związanym z tą rolą Brucem Willisem (już w pierwszej scenie kumpel nazywa go żartobliwie "dziadkiem"), nie zatracił swojego szelmowskiego uroku. Niestety w piątej części swoich przygód wydaje się nie na miejscu, już nie tylko w towarzystwie sztywnych bohaterów innych produkcji, ale w swoim własnym filmie.

Scenarzyści "Szklanej pułapki 5" zdecydowali się przenieść akcję aż do Rosji (twórcom chyba nadal się wydaje, że Czarnobyl również do niej należy ;) ). Syn Johna - Josh (nieco drewniany Jai Courntney) wpada w kłopoty, a przynajmniej tak się tatusiowi wydaje i ten nie czekając ani chwili postanawia ruszyć z odsieczą... Do tej pory wszystkie odcinki cyklu były nierozerwalnie związane z do bólu amerykańskim pojęciem wolności. Gdy gospodarz (Amerykanin) widzi, że źli ludzie wkraczają na jego teren, ma prawo rozprawić się ze z nimi bez skrupułów. Czy to japońskie korporacje, czy europejscy terroryści-ideowcy, John śmiało pokazywał im by wracali skąd przyszli. Teraz jednak opuszcza dobrze znane sobie podwórko i z konieczności wkracza na teren zarezerwowany dla agentów 007 i Ethana Hunta. Film ogląda się właściwie jak kolejną część "Mission impossible", tylko tym razem z jakiegoś powodu Bruce Willis musi pomagać Tomowi Cruise. I nie do końca wpasowuje się to tło. Niby nadal ten sam błysk w oku i pewna ręka, ale gdy raz po raz ironicznie marszczy brwi wydaje się jakby chciał zapytać wszystkich dookoła "why so serious?", jeśli nie po prostu co ja u diabła tu robię? Wygląda trochę tak jak amerykańscy żołnierze w Iraku czy Afganistanie, z niejasnych dla nich przyczyn wciągnięci w wojnę, której nie rozumieją.

Czwarta część cyklu była moim zdaniem zdecydowanie najgorsza. Producenci w miejsce charakterystycznego dla serii klaustrofobicznego klimatu postawili na efekty specjalne i niesamowite, jeśli nie absurdalne wręcz, sekwencje, a złote myśli Johna ledwo dało się usłyszeć pośród setek eksplozji. W piątce jest trochę lepiej, ale nie do końca. Film trwa zaledwie (jak na dzisiejsze standardy) dziewięćdziesiąt parę minut i mam wrażenie, że z niezrozumiałych dla mnie powodów, wycięte zostały z niego najlepsze kawałki. Można się o tym przekonać oglądając poniższy trailer, z którego połowa scen (te dowcipniejsze) nie przetrwały do ostatecznej wersji. Przycięto nawet o bodajże sekundę tę, w której Yuliya Snigir zsiada z motocykla i ponętnie rozpina kombinezon (nie wiem, może miało to decydujący wpływ na klasyfikację wiekową filmu). Z chęcią obejrzałbym "extended version" bo wydaje mi się, że ogólne wrażenie byłoby zdecydowanie korzystniejsze. Tak znów dominują długie (choć dopracowane) sceny pościgów i akcji (duży plus ode mnie za wykorzystanie w filmie śmigłowca Mi-24, legendy zimnej wojny), historia jest budowana wokół niezbyt przekonujących wątków ojcowsko-dziecięcych i choć wydawać by się mogło, że gdzie jak gdzie, ale w Moskwie Amerykanin może czuć się naprawdę osaczony, to miejscami brakuje również napięcia, które udawało się osiągnąć twórcom trzech pierwszych części.

Filmy z Jamesem Bondem są idealnym przykładem, jak perfekcyjny przepis na film można powtarzać wciąż i wciąż, zmieniając zaledwie niuanse, a publika i tak tłumnie stawi się do kin, by po raz kolejny podjąć z twórcami dobrze znaną grę. "Szklana pułapka" to również moim zdaniem był samograj. Niestety producenci nie potrafili odtworzyć tego przepisu, wyłowić sedna sukcesu pierwszych części i czwórka i piątka coraz mniej wyróżniają się na tle innych produkcji kina akcji, a ich perfekcyjnemu bohaterowi, coraz trudniej się w tej konwencji odnaleźć.


sobota, 20 kwietnia 2013

Gangster Squad **

Gdy zobaczyłem ten trailer:
pomyślałem wow, wreszcie porządny film gangsterski w starym stylu, przywołujący ducha kultowych filmów Briana De Palmy z lat osiemdziesiątych: "Człowieka z blizną" i "Nietykalnych". Charyzmatyczny boss mafijny i szeryf, którego jedynym marzeniem jest by na ziemi panował pokój i sprawiedliwość. No to zaczynamy...

Film od razu urzeka widza pięknymi zdjęciami i dekoracjami. Los Angeles na przełomie lat czterdziestych i pięćdziesiątych jawi się jak wyjęte z pięknego snu. Wypełnione magicznym światłem, tajemnicze i przyciągające. Co na ekranie pojawia się nowa postać, to większa gwiazda. Któż lepiej nadaje się do zagrania złego do szpiku kości, opętanego manią władzy gangstera Mickey Cohena niż Sean Penn? Kto ma na twarzy wypisane więcej przyzwoitości niż Josh Brolin? Ryan Gosling, jako mówiący podejrzanie cienkim głosikiem playboy, Nick Nolte jako stary szef policji, Emma Stone jako femme fatale... Na cóż jednak to wszystko, jeśli baaaaardzo luźno inspirowana prawdziwymi wydarzeniami historia, dzięki żenująco kiepskiemu scenariuszowi, rozpada się przed naszymi oczami jak domek z kart.

Nie chce mi się nawet specjalnie pastwić, bo "dzieło" Willa Bealla oparte na książce Paula Liebermana jest po prostu zbyt łatwym celem. Drewniane dialogi, które śmieszą w najmniej odpowiednich momentach, jak "Jestem postępem..." mamrotane przez Seana Penna w kulminacyjnej scenie. Papierowe postacie większości członków tytułowego Gangster Squadu, na których przedstawienie nie starczyło czasu lub pomysłu, ale z obowiązkowym afro-amerykaninem i latynosem, by było bardziej politycznie poprawnie. No i przede wszystkim absurdalnie nieskomplikowany modus operandi bohaterów "na hurra: wchodzimy, ostrzeliwujemy przeważające siły wroga, wychodzimy", pasujący raczej do chłopców z przedszkola bawiących się w indian i kowbojów niż stróżów prawa. Oglądając tą wyrafinowaną policyjną robotę, nie mogłem wyzbyć się przeczucia, że to się musi skończy źle. Nota bene postać grana przez Goslinga ma w pewnym momencie podobną refleksję... co oczywiście nic w działaniu naszych bohaterów nie zmienia. Na marginesie jeszcze dodam, że nie wiem, czy taki sposób rozwiązywania problemów powinien być stawiany za wzór młodzieży w demokratycznym państwie prawa, ale to już materiał do przemyśleń dla socjologów.

Możliwe, że dzięki pięknej warstwie wizualnej (i hmmm, oryginalnym dialogom), film stanie się w przyszłości obiektem zainteresowanie filmowych geeków, którzy uwielbiają oglądać i rozkładać na części pierwsze filmy tak złe, że aż dobre. Póki co jednak wszystkim tym, którzy mieli by ochotę go obejrzeć, proponuję ograniczyć się do świetnego trailera. Zaoszczędzony czas zdecydowanie przyjemniej spędzimy studiując klasykę, chociażby będącego dla autorów więcej niż czytelną inspiracją "Człowieka z blizną". Przy okazji możemy pozdrowić hollywoodzkich producentów, którym szkoda czasu na dopracowanie scenariusza, nieśmiertelnym "Say hello to my little friend":


sobota, 9 lutego 2013

Ścigana ***

Ewan McGregor, Michael Fassbender, Antonio Banderas, Channing Tatum, Bill Paxton, Michael Douglas, Mathieu Kassovitz... wow. W roli głównej okrzyknięta kiedyś najseksowniejszą zawodniczką MMA Gina Carano. Gwiazdy naprawdę muszą lubić pracować ze Stevenem Soderberghiem, że zdecydowały wystąpić się w tym, hmmm no właśnie, chyba po prostu eksperymencie formalnym.

W warstwie fabularnej "Ścigana" to nic więcej jak standardowy scenariusz kina klasy B. Malory Kane (Gina Carano), była marine, pracująca dla czegoś w rodzaju prywatnej agencji do zadań specjalnych, wynajmowanej przez wywiady różnych państw, gdy te nie chcą brudzić rączek, nagle orientuje się, że ktoś ją z jednej strony wrabia, z drugiej, próbuje zabić. By wyrwać się z opałów i wyjaśnić o co w tym wszystkim chodzi, będzie oczywiście nie raz musiała dać pokaz swoich imponujących umiejętności w sztukach walki, przebiec ładne parę kilometrów jak i zwiedzić kilka atrakcyjnych wizualnie lokalizacji. Czyli takie "Mission Impossible" dla ubogich, ale za to z kobietą w roli głównej.

Soderbergh odcisnął na tej produkcji swoje wyraźne piętno. Kadry są wystylizowane do granic możliwości. Może nie tak bardzo jak we wcześniejszym "Trafficu", ale każda lokacja, każda scena jest utrzymana w swojej własnej tonacji kolorystycznej. Poza tym reżyser postanowił praktycznie całkowicie zrezygnować z efektów specjalnych i innych środków wyrazu będących de facto standardem we współczesnych filmach akcji. Walki kręcone są bez nerwowego montażu, czy przesadnych zbliżeń. Wyglądają dzięki temu z jednej strony niby bardziej realistycznie, z drugiej jak lekcja ciosów, kopnięć i dźwigni w wykonaniu Giny Carano i moim zdaniem trochę tracą na dynamice. Co ciekawe, mimo potężnego łomotu, który zbiera i zadaje główna bohaterka, przelane na ekranie krople krwi można by chyba policzyć na palcach jednej ręki, co raczej realizmu nie dodaje i służyło chyba tylko obniżeniu klasyfikacji wiekowej filmu. Reżyser również bardzo oszczędnie używa efektów dźwiękowych, a muzyka towarzysząca filmowi jest po prostu nudna. Soderbergh uznał chyba, że obraz mówi wystarczająco głośno i widz nie potrzebuje dodatkowych wskazówek.

Tak jak pisałem wcześniej, nie bardzo wiem, co tak utytułowany reżyser próbował osiągnąć realizując ten film. Wydaje mi się to nie do końca udany eksperyment formalny. Myślę, że widzowie przyzwyczajeni do orgii efektów specjalnych i nieprawdopodobnych sekwencji mogą zwyczajnie usnąć. Ci, którzy lubią eksperymenty, będą trochę zawiedzeni, że reżyser zdecydował się na tak przeciętny scenariusz i w przeciwieństwie chociażby do Nicolasa Winding Refna w "Drivie", czy do Quentina Tarantino, nie odważył się pójść dalej i bardziej twórczo potraktować ograny temat.



sobota, 1 grudnia 2012

Avengers ****

Iron Man, Captain America, Thor, Hulk, Czarna Wdowa i Hawkeye, czyli "The Avengers" (mściciele) razem na ekranie filmowym. Superbohaterowie jednoczą siły by ocalić Ziemię przed zagładą. Spełniony mokry sen fana komiksów wydawnictwa Marvel.

Ostatnimi laty mieliśmy wysyp filmów o komiksowych superbohaterach. Iron Man, Hulk, Captain America i Thor doczekali się filmów poświęconych tylko im. Najwyraźniej hollywoodzcy producenci doszli do wniosku, że przyszedł czas na superprodukcję o superbohaterach. Po ostatnich hitach naszej rodzimej kinematografii z bitwami w tytułach, już na samo słowo superprodukcja reaguję alergicznie, ale jak się okazało, nie zawsze musi być źle.

Choć historia, jak to w ekranizacjach komiksów, jest dość przewidywalna, a film trwa bite 143 minuty, to mi się nie dłużył. Zebranie w jednym miejscu tych wszystkich postaci okazało się dla scenarzystów raczej okazją niż pułapką. W towarzystwie innych superbohaterów nie wydają się aż tak bardzo super, czy też tak bardzo inni. Widzimy ich bardziej ludzką stronę. Tworzą zespół, który tylko współpracując może zwyciężyć. Ich wspólne docieranie się obserwujemy z zainteresowaniem, może trochę żarliwiej niż zwykle kibicując im w śmiertelnym starciu.

Oczywiście nie jest to kino dostarczające materiału do przemyśleń, czy refleksji, ale sądzę, że ludzie czegoś takiego oczekujący wybiorą raczej dzieła Kieślowskiego czy Bergmana. To co dostajemy to czysta rozrywka, ale na naprawdę wysokim poziomie. Zapierające dech w piersiach, ale nie męczące efekty specjalne, precyzyjna reżyseria, parada gwiazd (Roberta Downey Jr, Scarlett Johansson, Samuela L. Jacksona, nasz Jerzy Skolimowski...), które całkiem dobrze odnajdują się w kostiumach superbohaterów oraz pomysłowa fabułą sprawiają, że "Avengers" to dobra propozycja na piątkowy wieczór nie tylko dla fanów komiksów.



środa, 31 października 2012

Faceci w czerni 3 ****

W 1997 roku "Faceci w czerni" ("Men in Black"), ekranizacja komiksu o agentach tajnej agencji rządowej broniącej niczego nieświadomych ziemian przed przybyszami z kosmosu, szturmem podbiła serca widzów na całym świecie. Zgryźliwy odchodzący na emeryturę agent K (Tommy Lee Jones) rekrutował i przyuczał do zawodu młodego luzaka agenta J (Will Smith). Doskonała gra tej dwójki, humor wynikający z konceptu kosmitów, ukrywających się na ziemi wśród niczego nie spodziewających się ludzi i wpadający w ucho kawałek rapowany przez samego Willa Smitha skończył się ogromnym sukcesem kasowym.



Jeśli jakiś film odnosi w Hollywood sukces podobny do MIB to jest właściwie skazany na sequel i w 2002 roku do kin trafiło MIB2. Szczerze mówiąc nic z niego nie zapamiętałem, chyba jedynie wrażenie, że raczej kolejnego sequelu już nie będzie, bo dwójka zatraciła wiele atutów części pierwszej.

Nadszedł rok 2012 i ku mojemu zaskoczeniu, dziesięć lat po nieudanym sequelu, światło ujrzała trzecia część cyklu. Do kina mi się nie śpieszyło, ale gdy w końcu już film obejrzałem to stwierdzam, że warto było poczekać.

Znów spotykamy się z agentami K i J. Po raz kolejny będą musieli ocalić naszą planetę przed śmiertelnym zagrożeniem. Niemniej dzięki pomysłowemu scenariuszowi Etana Cohena (nie mylić z jednym z braci Coen), który inkorporuje nawet podróż w czasie, całość jest znów świeża, zaskakująca i zabawna. Dynamika relacji K i J, która napędzała jedynkę dalej się rozwija, historia która poznajemy rzuca na nią zupełnie nowe światło, a Nowy Jork końcówki lat 60 ubiegłego wieku jest świetnym tłem kolejnych żartów na temat świata kosmitów i agentów MIB żyjących wokół nas.

Powracający jako reżyser Barry Sonnenfeld zadbał o to, że wizualnie film jest spójny z poprzednimi częściami, ale dzięki rozwojowi technologii jeszcze bardziej efektowny. Mnie szczególnie podobał się sposób pokazania "skoku w czasoprzestrzeni". Do obsady dołączyli między innymi Josh Brolin (fantastycznie odgrywający młodego K), trochę dla mnie nieoczekiwanie sama Emma Thompson, a wyróżnił bym również Jermaina Clementa wcielający się w śmiertelnego wroga naszych bohaterów - strasznego, ale też komicznego Borysa Zwierzaka.

Ogólnie przyjemna rozrywka, szczególnie dla fanów pierwszej części MIB, żal trochę, że piosenka promująca trójkę nie trzyma poziomu tej z oryginału.



poniedziałek, 22 października 2012

Czerwony stan ****

Choć Kevina Smitha darzę ogromną sympatią za chociażby świetnych "Clerks", to nie wszystkie jego filmy przypadają mi do gustu. Krytykom również i ponieważ reżyser się na nich obraził "Czerwony stan" nigdy nie wszedł do szerokiej dystrybucji kinowej. Trochę szkoda, bo chociażby Quentin Tarantino zaliczył go do najciekawszych filmów roku 2011.

Zdecydowanie nie jest to typowe kino Smitha. Nie dostajemy tu komedii, nie dostajemy rozkmin nad seksualnością, uczuciami czy sensem życia. Jest to brutalne kino akcji. Choć zaczyna się w jakby znajomy sposób. Gdzieś na środkowym zachodzie, trójka kumpli z liceum, których stan umysłu oddaje cytat z Jaya w "Clerksach" "I could fuck anything that moves", znajduje w sieci ogłoszenie poszukającej seksu kobiety z pobliskiego miasteczka. Umawiają się nieświadomi, że jest to pułapka zastawiona przez radykalną sektę...

Mam wrażenie, że tym filmem autor chciał wyładować swą frustrację na świat. Frustracje na to jak łatwo jest manipulować ludźmi, by w imię Boże dopuszczali się najgorszych grzechów. Na to, że wszelkiego rodzaju ksenofobia ciągle znajduje bardzo podatny grunt. Na rząd, jego agencje i hipokryzję z jaką podchodzą do swojej misji, na przykład wykorzystując zagrożenie terroryzmem do tuszowania własnych niedopatrzeń i ferowanie wyroków bez poszanowania praw człowieka, gdy tylko media nie patrzą im na ręce. Wszystko to jest pokazane bardzo dosadnie. Postać agenta ATF grana przez Johna Goodmana, szefa akcji, którą jednak jego przełożeni kierują z tylnego siedzenia wydaje się jedynym głosem rozsądku w tym chorym świecie. Ale nikt, od początku do końca nie chce tego głosu słyszeć, a on sam prędzej czy później wbrew swoim przekonaniom podporządkowuje się rozkazom. Za to podporządkowanie czeka go w finale nagroda. Prawda, sprawiedliwość nie mają żadnej wartości w tym świecie.

Kevin Smith to nie John Woo, sceny akcji są poprawne, ale nie oszałamiają. Największym atutem jego filmów jest dla mnie ich przegadanie. "Czerwony stan" przegadany nie jest, ale najmocniejszym jego punktem jest postać, której przemów słuchamy przez znaczną część filmu. Postać radykalnego kaznodziei grana przez Micheala Parksa. W jego oczach widać szaleństwo, z absolutnym przekonaniem głośi tezy od których włos jeży się na głowie, skazuje na śmierć swoją rodzinę, czy w ostatniej scenie wierzy w nadejście końca świata. Chyba najbardziej przekonywująca kreacja fanatyka jaką zdarzyło mi się oglądać na ekranie.

Nie jest to arcydzieło filmowe, ale podoba mi się pomysł na wykorzystanie typowo rozrywkowego gatunku do wyrażenia swojej opinii na temat współczesnego świata. To orzeźwiające, że istnieją jeszcze w Hollywood filmowcy, którzy mają swoje zdanie i nie boją się go wyrazić, nawet jeśli mają już dość krytyki.



poniedziałek, 20 sierpnia 2012

Drive ****

W warstwie fabularnej "Drive" to typowy film klasy "B", jeśli w ogóle nie "C". Bezimienny, chłodny jak lód, ociekający pewnością siebie, młody przystojniak, którego znakami rozpoznawczymi są nieodłączna wykałaczka w ustach i błyszczącą, biała kurtka ze złotym skorpionem, za dnia udziela się w filmach jako kaskader w scenach samochodowych, a nocą pomaga przestępcom różnej maści w napadach jako kierowca bezbłędnie nawigujący pomiędzy radiowozami w dżungli Los Angeles. Przystojniak poznaje uroczą blondynkę, matkę nieśmiałego chłopczyka, i z miejsca się oczywiście w oboje sobie zakochują. Blondynka jest niestety żoną drobnego przestępcy, ten wychodzi na wolność i od razu wpada w kłopoty, zaś nasz szlachetny bohater, wbrew uczuciom, które żywi do blondynki, stara się mu pomóc wyjść na prostą. Coś oczywiście idzie nie tak i zaczyna się akcja...

Z tego typu historii Quentin Tarantino lepił dzieła pokroju "Wściekłych psów", czy "Pulp fiction", więc gdy widzimy, że za reżyserię jest odpowiedzialny Nicolas Winding Refn, laureat nagrody reżyserskiej w Cannes z 2011 roku, a w obsadzie znajdują się tak gorące obecnie w Hollywood nazwiska jak Ryan Gosling i Carey Mulligan, to apetyt rośnie i spodziewamy się czegoś wyjątkowego.

I od początku wszystko wskazuje na to, że się nie rozczarujemy. Każdy kadr jest dopracowany, gra świateł wręcz oszałamia, ścieżka dźwiękowa przywołująca na myśł klimaty lat osiemdziesiątych (tu próbka) idealnie komponuje się z całością, czyniąc z ulic Los Angeles przestrzeń totalnie filmową, przywołującą w głowie obrazy dawnych dzieł zapomnianego już trochę gatunku. O głównym bohaterze nic się tak naprawdę nie dowiadujemy, nawet tego jak się nazywa. Odzywa się tylko jak musi i to na ogół półsłówkami. W rękach innego aktora postać ta mogła by wypaść wręcz groteskowo, ale Gosling swoją grą sprawia, że w to "ociekanie zajebistością", w ten chłód, w tą nieomylność wierzymy. Carey Mulligan scenariusz również nie oferuje zbyt wiele, ona w swoich scenach po prostu jest. Ale jak ona na niego patrzy... Na ekranie aż iskrzy z napięcia.

Film jest absolutnie doskonały pod względem technicznym. Zdjęcia, reżyseria, aktorstwo, muzyka, wszystko najwyższej próby. Renf odnosi się do mistrzów z przeszłości jak Mann czy Peckinpah, nie cytując ich jednak dokładnie, raczej stwarzając klimat przynoszący na myśl rzeczy które już widzieliśmy. Niemniej cała ta doskonałość formalna nie służy właściwie żadnej sprawie. Bohater Renfa, "wyrusza na wojnę" by pomóc rodzinie swojej miłości, ale z czasem widzimy, że przemoc do której to prowadzi sprawia mu sama w sobie ogromną satysfakcję, potrzebował jedynie pretekstu by się do niej uciec. Sceny przemocy są tu niezwykle dosadne i brutalne. Często celowo zestawione ze zmysłowością czy seksualnością. Jak scena w windzie: płynne przejście od namiętnego pocałunku do glanowania, czy scena w której bohater stoi nad głową swojej ofiary z młotkiem, rozmawia przez telefon z gangsterem przez, którego wpakował się w to bagno, otaczają go nagie kobiety zastygłe w pozach jak z fotografii erotycznych, a na jego twarzy maluje się coś w rodzaju podniecenia seksualnego. Hmmm. Reżyser upaja się przemocą, może starając się pokazać, że w tym gatunku to właśnie o nią chodzi, to dla niej widz przychodzi do kina, i nie ma co specjalnie starać się by ją usprawiedliwić, czy nadać jej jakiś większy sens, jak czynili to jego poprzednicy.

Ogólnie świetnie zrobiona "pulp fiction" (w sensie "fiction dealing with lurid or sensational subjects, often printed on rough, low-quality paper manufactured from wood pulp", nie filmu Tarantino), zdecydowanie jednak nie dla ludzi wrażliwych, którzy mają problem z przemocą na ekranie, bo to ona, a nie chociażby samochody, jest główną bohaterką tego filmu.



czwartek, 2 sierpnia 2012

Mroczny Rycerz powstaje *****

Jestem dużym fanem filmów o Batmanie. Dotyczy to jednak dwóch pierwszych części w reżyserii Tima Burtona z Michaelem Keatonem w roli tytułowej. Następne historie były już słabsze i dopiero Christopher Nolan "zwrócił" temu bohaterowi życie. Chociaż przyznaję, że o ile "Batman - Początek" był dla mnie filmem dobrym, ale nie takim, który będę wspominał po latach, to już "Mroczny Rycerz" takim dziełem się stał.

"Mrocznego Rycerza..." od początku ogląda się znakomicie. Pierwsze półtorej godziny to pokaz czystej, doskonałej rozrywki, przy której nie sposób się nudzić. Są i efekty specjalne (na szczęście nie dominują nad fabułą), ciekawy wątek, świetnie zarysowane postaci oraz jeszcze bardziej dynamizująca akcję, poruszająca muzyka Hansa Zimmera. Kolejna godzina to już dzieło głębsze, odwołujące się bardziej do przeszłości życia Bruce'a Wayne'a (jak chociażby przewijający się bohaterowie z poprzednich części trylogii). Film pozbywa się lekkości i zabawności z początku, robi się bardziej mroczny i ma zaskakujące zakończenie.

Nie wiem czy Nolan zrobił to przypadkowo czy też nie, ale w filmie jest wiele nawiązań do innych obrazów kinematografii. Walka policji ze zbirami Bane'a i sam jego pojedynek z Batmanem przypominają mi nieco epicki rozmach walk z "Gangów Nowego Jorku" i konfrontację Daniela Day Lewisa z Liamem Neesonem (pojawił się w epizodzie filmu). Motyw z dwiema kobietami, kręcącymi się wokół Batmana/Wayne'a - to też stary jak świat chwyt wykorzystywany chociażby z serii o Bondzie. Z kolei sceny na moście przypominają mi świetnie przedstawioną pod względem realizacyjnym scenę bitwy o most Golden Gate w San Francisco, w opisywanej przez Mr. White'a "Genezie planety małp". A sam Bane to miks przypakowanego dresa, z maską Hannibala Lectera i głosem Dartha Vadera. Ale nie ma tutaj kalki innych filmów. Nolan ma swój własny, niepowtarzalny styl. I - co najwyżej - umiejętnie powiela pewne efekty z innych filmów, robiąc to nawet lepiej od swoich poprzedników.

Co należy cenić w filmach Nolana to fakt, że świetnie łączy rozrywkę z nieco ambitniejszym kinem. Motywem przewodnim (tak jak w poprzednich częściach tej serii) jest walka Wayne'a ze swoimi duchami przeszłości i słabościami. Ciekawy jest też wątek związany z mechanizmami sprawowania władzy przez państwo. W pewnym momencie uświadamiamy sobie, że lepiej żyć w skorumpowanym świecie, w którym jest jednak pewien porządek i ład, niż funkcjonować w świecie anarchii, jak to jest ukazane w momencie przewrotu dokonanego przez Bane'a. W Gotham rządzonym przez przeciwnika Batmana króluje bezprawie, a role sędziów przyjmują dawni wrogowie naszego dzielnego nietoperza.

Świetnie grają aktorzy. Bale utwierdził mnie w przekonaniu, że jest idealnym odtwórcą Batmana (chociaż zawsze będę miał sentyment do Keatona). Tom Hardy jako Bane zdaje egzamin. Nie jest aż tak genialny jak Heath Ledger w roli Jokera, ale w przeciwieństwie do Ledgera nie dominuje nad fabułą, tylko potrafi się umiejętnie do niej wpasować. I pomimo to i tak pozostać w pamięci. Mam pewien dylemat z oceną Anne Hathaway w roli Catwoman. Z jednej strony jest niezwykle zabawna, wdzięczna i świetnie prezentuje się w obcisłym kostiumie. Z drugiej jednak strony brakuje mi w niej... kotki (jej kostium przypomina bardziej wdzianko jakiejś wonderwoman, a nie kocicy). No i brak słynnego "miau" (pamiętna Michelle Pfeiffer z dawnej wersji świetnie potrafiła to oddać) stanowi dla mnie pewien niedosyt. Aktorzy drugiego planu (Oldman, Caine, Freeman) nie stanowią tła, tylko wzbogacają fabułę i wartość filmu. Nieźle wypada również Gordon-Levitt w roli młodego policjanta Johna Blake (jeśli będzie kontynuacja Batmana, to mamy nowego Robina). Chyba jedyna rola, która mnie nieco zawodzi, to postać Mirandy Tate w wykonaniu Marion Cotillard. Francuska aktorka gra za bardzo teatralnie i wypada blado wobec kreacji innych osób.

Pomimo pewnych logicznych nieścisłości (nie chcę pisać jakich, aby nie psuć frajdy z oglądania) film uważam za świetny i żałuję, że to już koniec Batmana w wykonaniu Nolana. Reżyser, co prawda, zostawił pewną furtkę swoim następcom, ale wątpię, aby była szansa na dzieło na podobnym poziomie. Póki co możemy rozkoszować się jego kunsztem i najlepszym filmem wakacji.

Chyba najlepszy trailer jaki znalazłem w sieci, z niezwykle dowcipnym zakończeniem:



czwartek, 26 lipca 2012

Rock'N'Rolla *****

Wiem, wiem 5* dla utrzymanego w lekkim tonie filmu gangsterskiego to dla większości osób pewnie absurd. No cóż mam słabość do komedii gangsterskich Guya Ritchiego, a "Rocknrolla" wytrzymuje porównania z wcześniejszym "Przekrętem", jak i chyba moim ulubionym filmem tego reżysera czyli "Porachunkami".

Brakuje co prawda Jasona Stathama, jak dla mnie będącego samemu w sobie uosobieniem Ritchie'owskich bohaterów, trochę zbyt pewnych siebie twardzieli z ironicznym uśmiechem dostarczają jedną błyskotliwie bezczelną linijkę za drugą, ale mimo to liczba znakomitości brytyjskiego kina pojawiających się w początkowych napisach może przyprawić o zawrót głowy. Tom Wilkinson jako gangster starej szkoły, jego prawa ręka, prawdziwy twardziel Mark Strong, Gerald Butler jako nie do końca rozgarnięty młody oprych, szalony i wiecznie przyćpany rockendrollowiec Toby Kebell, a dla ozdoby śliczna Thandie Newton w roli znudzonej księgowej szukającej adrenaliny w bardzo nieodpowiednich miejscach.

Jest tu wszystko za co świat pokochał filmy Guya Ritchiego. Pokręcona intryga za którą ciężko nadążyć, błyskotliwe i przewrotne dialogi, postacie dalece niedoskonałe, których jednak nie sposób nie polubić, klimatyczna i spójna oprawa wizualna, no i absolutnie fantastyczna muzyka. Polecam chociażby:

Fabuła choć jak we wszystkich tego typu filmach ma służyć przede wszystkim rozrywce, nie pozbawiona jest odniesień do aktualnej (na 2008 rok choć w dużej mierze i dziś) rzeczywistości. Stosunek Brytyjczyków do rosnącej liczby emigrantów, "nowe" pieniądze napływające do Londynu z miejsc takich jak Rosja (nietrudno zauważyć, że postać grana przez Karela Rodena jest wzorowana na Romanie Abramowiczu), czy bańka na rynku nieruchomości.

Ale nie oszukujmy się. To ma być i jest 100% eskapizm. Jeśli przymknie się oko na drobne nielogiczności scenariusza, i zanurzy, bez zadawania zbędnych pytań, w kreślonym kamerą Guya Ritchiego świecie londyńskiego półświatka, to gdy po prawie dwóch godzinach zaczynają lecieć napisy końcowe aż żal, że to koniec i na kolejne jego dzieło nakręcone w tej konwencji (mimo padającej na koniec obietnicy, że bohaterowie powrócą) przyjdzie nam jeszcze długo poczekać, gdyż ostatnio niestety bardziej interesuje go opowiadanie o Sherlocku Holmesie... Cóż na deser trailer:


RocknRolla przez MyMovies_International


sobota, 23 czerwca 2012

Łowcy głów ***

"Nazywam się Roger Brown, mam 168cm wzrostu. Nawet bez psychiatry wiem, że trzeba to czymś kompensować". Te słowa, wypowiadane przez głównego bohatera, otwierają "Łowców głów" i właśnie ta męska potrzeba kompensacji, udowadniania sobie swojej wartości jest punktem wyjścia szaleńczej akcji, która wypełnia ten norweski thriller.

Spokojnie nie zamierzam zdradzić ani fragmentu fabuły więcej. Choć początek filmu mógłby równie dobrze służyć za wstęp do dramatu psychologicznego, to nie ma tu miejsca na filozofowanie. Akcja nie zwalnia tempa, do samego końca zastanawiamy się jakie role poszczególne postacie odgrywają w układance. Jeśli miałbym coś zarzucić, to to, że zbytnie skupienie na mnożeniu jeszcze bardziej nieprawdopodobnych i efektownych scen, które nie posuwają fabuły do przodu w pewnym momencie już nuży i mimo, że film nie jest długi, to zdarzyło mi się zerknąć na zegarek.

W trailerze jacyś krytycy porównują "Łowców głów" do dzieł Tarantino i braci Coen. Reżyser rzeczywiście stara się bawić gatunkami, są sceny śmieszne, są mocno przerysowane, ale całość nie jest ani na tyle spójna ani świeża, by prowokować takie skojarzenia w mojej głowie. Przyzwoita rozrywka, nic więcej.



niedziela, 12 lutego 2012

Geneza planety małp ****

W kiepskich humorach po klęsce Barcelony w Pampelunie, postanowiliśmy razem z Mr. Blonde poszukać pocieszenia na planecie Hollywood. Padło na "Genezę planety małp".

Film ma generalnie dwa bardzo różne oblicza. W pierwszym obserwujemy historię zdolnego naukowca, granego przez Jamesa Franco, pracującego nad lekiem na Alzheimera. W wyniku wydarzeń, których nie mam zamiaru streszczać, ląduje u niego w domu małe, piekielnie inteligente szympansiątko, któremu później nadane zostanie imię Ceasar. Dzięki Ceasarowi główny bohater poznaje piękna panią weterynarz (Freida Pinto). No i tak sobie obserwujemy wzruszająco płytką historię miłości między zwierzęciem i człowiekiem dekorowaną urodą pani Pinto, dla której chyba jedynym zadaniem aktorskim było "to usiądź sobie tam i ładnie się uśmiechaj". Romans między Jamesem i Freida rozwija się na tyle dynamicznie, że pocałują się już po około 5 latach, a i wszystkich zwolenników wdzięków tej aktorki mogę z góry rozczarować. Nie są one tu eksponowane w żaden sposób :(.

Obok tego wątku mamy jeszcze zmagania zdolnego naukowca ze swoim chciwym szefem (fatalnie obsadzony David Oyelowo, nie wiem kto może uwierzyć że gołowąs o tak nieskażonej inteligencją twarzy może być szefem w korporacji, gdzie był Don Cheadle się pytam jak kręcono ten film?) o to by pozwolił mu na dalsze prace nad cudownym lekiem. Tutaj scenarzyści również popisują się niezwykłą wręcz zręcznością unikając wszelkich filozoficznych i etycznych dylematów, które mogą wiązać się z tego typu historią.

W końcu jednak, gdy Ceasar ląduje w więzieniu dla człekokształtnych, akcja koncentruje się na jego postaci. Co szokujące po tak fatalnym wprowadzeniu dostajemy prawdziwą ucztę dla kinomana, w której raz po raz dostrzegaliśmy nawiązania do ulubionych filmów. Sam Ceasar jest zdecydowanie najlepiej zagraną i najbardziej charyzmatyczną postacią w filmie. Obdarzony mimiką Andiego Serkisa, który wcześniej podobnie wcielił się w Goluma w trylogii "Władca pierścieni", po prostu żyje na ekranie. Te gesty, te spojrzenia. Na miejscu akademii poważnie zastanowiłbym się czy Surkisowi nie należy się w końcu oskar, za rzeczy które potrafi zrobić z cyfrowymi postaciami. Ciężko dojrzeć granicę gdzie kończy się aktorem a zaczyna animacja, ale efekt jest naprawdę niesamowity.

Tak jak pisałem Ceasar trafia do mrocznego, klaustrofobicznego więzienia. Stajemy się świadkami historii dojrzewania, akceptacji tego kim jest, walki o władzę, buntu oraz ucieczki. Ceasar musi zmierzyć się sam ze sobą, zdefiniować swoje miejsce w świecie. Stawić czoła okrutnemu, nienawidzącemu małp oprawcy (jedyna chyba udana w filmie "ludzka" rola w którą wciela się Tom Fulton). Gdy pomału zdobywa szacunek swoich pobratymców nie sposób się w jego gestach nie doszukiwać się podobieństwa do postaci Micheala Corleone. Tym bardziej, że pomagają mu rudy orangutan jako consigliere oraz wielki i wierny do końca goryl, czyli toczka w toczkę Luca Brasi z "Ojca chrzestnego". Kulminacją akcji jest epicka wręcz scena bitwy o most Golden Gate w San Francisco. Jest tu wszystko, suspens, karne oddziały wiernie wypełniające rozkazy przywódcy, przyjaciel zasłaniający lidera swoją własną piersią, popłoch w zdezorientowanych oddziałach wroga... Obraz Ceasara na galopującym koniu wyłaniającego się z mgly i dającego sygnał do natarcia, jest chyba jednym z bardziej ikonicznych jakie miałem ostatnio okazje widzieć w filmie. Czyste kino.

Tak więc może ze względu na kiepski początek, powinienem dać temu filmowi 3*, ale perfekcyjnie zrealizowana końcówka, którą fundują nam reżyser i spece od efektów specjalnych wciska w fotel na tyle, że nie można ich roboty nazwać inaczej jak po prostu dobrą. Robotę scenarzystów i gwiazd pomińmy życzliwie milczeniem.



niedziela, 5 lutego 2012

Niezniszczalni **

Nie rozumiem uporu z jakim nasi tłumacze próbują kreatywnie tłumaczyć tytuły filmów odbierając im zamierzone znaczenie. Oryginalny tytuł: "Expendables", czyli zbędni, niepotrzebni nie jest przypadkowy. Na ekranie pojawia się elita tak popularnych na przełomie lat 80/90 aktorów filmów akcji. Nad całością czuwa sam twórca Rockiego i Rambo Sly Stallone. Jest reżyserem, współscenarzystą i co ma w zwyczaju obsadził się w głównej roli. Towarzyszą mu między innymi Statham, Rourke, Jet Li, Dolph Lundgren, a w epizodzie pojawiają się również Arni i Bruce Willis. Hollywood zapomniało o gatunku, który przynosił kiedyś wytwórniom krocie. Ten film stara się o nim przypomnieć.

Umówmy się. Jeśli ktoś próbuje szukać tu wrażeń artystycznych to pomylił adres. Niemniej sympatyczny bohater, rzucający na lewo i prawo zabawnymi jedno-linijkowcami, często noszący w sobie jakąś mroczną tajemnice, który bohatersko stawia czoła, w pojedynkę lub z kumplami, przeważającym siłom zła i odnoszący nierealny wydawałoby się triumf pośród orgii wybuchów i wystrzałów to pomysł na scenariusz który przemówi chyba do każdego piętnastolatka. A i do trochę starszych chłopców pewnie też.

No właśnie przepis wydaje się prosty, ale co pokazują "Niezniszczalni" nie tak prosto go zrealizować. Czego zabrakło. Przede wszystkim dowcipnych dialogów. Aktorzy miejscami wyglądają jakby sami nie mogli uwierzyć jakie kwestie przyszło im wypowiadać. Próżno szukać tu cytatów, które zapamiętałoby się na dłużej. Zawiązanie akcji też pozostawia wiele do życzenia. Źli są raczej śmieszni niż groźni, zaś motywacja bohatera by wyruszyć na samobójczą akcje cokolwiek naciągana. Niby idiotyczne zachowania postaci są trochę wpisane w ten gatunek, jednak moment w którym rządzący wyspą która atakują nasi bohaterowie generał stwierdza, że teraz wygłosi przemówienie do narodu o tym jak bardzo omotali go źli amerykanie i on teraz przejrzał na oczy, zaś ci rzeczeni źli amerykanie stoją za jego plecami uzbrojeni po zęby, zakrawa na absurd. Może tak najpierw ich rozbroić?!?

Co się udało. Bohater z piętnem przeszłości, fantastycznie grany przez Mickey Rourka. Nie bierze udziału w głównej akcji, ale jego garaż jest punktem spotkań tytułowej paczki. Gdy jest na scenie na ogół kamera robi maksymalne zbliżenie na jego twarz, a on zaczyna spokojnie z cierpieniem i wypaleniem w oczach snuć opowieści jak to zostawił swoją duszę gdzieś w okopach wojny bałkańskiej. Gdyby w tę rolę wcielił się ktokolwiek inny, bardzo możliwe, że te sceny wypadły by śmiesznie, czy wręcz żenująco, a tak są jednymi z lepszych w filmie.

Choć przez nieciekawe wprowadzenie trochę dłuży się oczekiwanie na właściwą rozpierduchę, to jest ono wynagrodzone. Jest głośno, jest mocno, trup ściele się gęsto, a płomienie sięgają niebiosów. Montaż finałowych scen jest może trochę chaotyczny, ale dzięki czerwonym, nigdy nie spadającym z głowy beretom, widzimy, że wciery dostają ci źli. Mnie najbardziej spodobała się chyba scena nawiązująca do Predatora. Ratując osaczonych kolegów bohater grany przez Terriego Crewsa otwiera ogień z karabinu, który choć może nie wygląda tak przerażająco jak pamiętny usypiacz, to sposób w jaki kosi jakiś mały batalion wojska robi wrażenie.

Ciekawa jest w tym filmie rola Jeta Li. Aktor ten utożsamiany jest chyba głównie z wywodzącym się z hongkongu nurtem kina akcji, który ja lubię nazywać baletem przemocy. Gdy blask gwiazd Stallona i spółki gasł, to właśnie filmy ze szkoły Johna Woo zaczęły święcić swoje największe sukcesy. No więc Jet Li ma w tym filmie kompleks wzrostu i regularnie zbiera lanie w pojedynkach z Dolphem Lundgrenem, na którym jego akrobatyczne kopnięcia nie robią żadnego wrażenia. Gdy po wszystkim gorączkowo upiera się, że mimo wszystko wygrałby, inni uśmiechają się tylko z politowaniem i potakują... Cóż Sly chyba nie jest wielkim fanem nowych trendów.

Ogólnie film tylko dla stęsknionych za Rambo, Komando i resztą dawnych bohaterów. Po mistrzu gatunku i takiej obsadzie można naprawdę było spodziewać się czegoś lepszego. Poniekąd zgodnie z oryginalnym tytułem, można by rzec, że ten film był zbędny.