Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Tom Hardy. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Tom Hardy. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 17 stycznia 2016

Zjawa ****

Historia oparta na powieści Michaela Punke. Akcja toczy się w 1823 roku na terenach dziewiczych i niebezpiecznych Gór Skalistych. Hugh Glass (Leonardo Di Caprio) to traper, który zaciąga się do oddziału kompanii. Po jednej z wędrówek nasz bohater zostaje mocno poturbowany przez niedźwiedzia grizzly i zostawiony na pastwę losu przez swoich dwóch towarzyszy - Johna Fitzgeralda (Tom Hardy) oraz Jima Bridgera (Will Poulter). Glass poprzysięga zemstę.

O Glassie wiemy niewiele. Sam bohater jest tajemniczy i skryty. Wiemy tylko, że był związany z Indianką, z którą ma syna Hawka i która została zamordowana przez amerykańskiego oficera. Jego syn towarzyszy mu w wyprawie i widać, że jest mocno związany z ojcem.

Najważniejsza w filmie jest zemsta. To ona determinuje Glassa. I w momencie, kiedy zostaje on zostawiony przez towarzyszy, to właśnie zemsta dodaje bohaterowi sił, wręcz się nią żywi i dzięki niej jest w stanie przetrwać najgorsze chwile.

Jeśli Di Caprio w końcu nie dostanie Oskara, to nie wiem już jak daleko będzie musiał się posunąć w następnych filmach, aby otrzymać tą statuetkę. Rola w "Zjawie" nie jest jego najwybitniejszą, bo też sam film nie jest arcydziełem, ale fizyczne poświęcenie dla roli robi wrażenie. Jego kreacja to całkowite przeciwieństwo nadmiernego efekciarstwa w grze i wyglądu Jordana Belforta w "Wilku z Wall Street". Tutaj Di Caprio ma blizny, jest zarośnięty i wygląda jak prawdziwy traper. Jego bohater jest wyciszony i nie wypowiada za wielu kwestii (te najambitniejsze są wyrażane w narzeczu Indian). Jednak mimiką twarzy i ciałem dobrze oddał emocje, które pozwalają uwierzyć widzowi w jego cierpienie, nie tylko fizyczne. Na pewno potrafił przykuć uwagę swoją oszczędną, ale sugestywną grą. Równie dobry jest Hardy, grający chyba najbardziej obleśnego typa, jakiego się dało. Gdyby przyznawać aktorom oskary za głos, to podejrzewam, że Hardy miałby już kilka statuetek na swoim koncie. Bardzo dobrze spisuje się też drugi plan, z Domhnallem Gleesonem oraz Willem Poulterem na czele.

Co jest atutem "Zjawy" oprócz gry aktorskiej? Niewątpliwie znakomite zdjęcia (czyżby trzeci Oskar z rzędu dla Emmanuela Lubezkiego?) i sposób kadrowania świetnie oddają ponury, dziki klimat Gór Skalistych i zarazem tworzą nastrój pewnego rodzaju mistycyzmu oraz bajkowości (czasami miałem wrażenie jakbym oglądał kolejną część "Władcy Pierścienia"). Jeśli do tego dodamy bardzo realistycznie nakręconą walkę z niedźwiedziem, to pod względem technicznym film jest naprawdę piękny. Inarritu, po "Birdmanie", kolejny raz udowadnia, że potrafi chyba najlepiej na świecie dopieścić każdy detal, niuans, który daje poczucie, że ogląda się coś wielkiego.

Niestety najsłabszy w filmie jest scenariusz. Jak sobie przypomnę genialną, wielowątkową fabułę w "Amores Perros" to żałuję, że Meksykanin od tego czasu nie stworzył nic na miarę tamtego arcydzieła. Tutaj z pewnością był nieco ograniczony przez książkę Punke, bo zemsta głównego bohatera to historia w kinie wałkowana w wielu filmach. I Inarritu razem z Markiem L Smithem nie wykraczają pod względem fabularnym poza ramy zwykłej banalności. "Zjawa" momentami nuży, a niektóre sny na jawie Glassa i pojawianie się w nich jego żony jako zjawy niepotrzebnie wydłużają i tak już długi (2h i 36 minut) film.

Myślę, że "Zjawa" ma olbrzymie szanse na zdobycie oskarów w kategoriach technicznych i aktorskich. Natomiast ciężko mi sobie wyobrazić, aby ten film został uznany za najlepszy, bo do tego miana trochę mu jednak zabrakło.



sobota, 12 września 2015

System ****

“System”, oparty na powieści Tom Roba Smitha thriller Daniela Espinosy, nie zdobył uznania międzynarodowej krytyki. Zwykle nie sięgam po filmy, które na Metacriticu straszą średnią ocen 41, ale świetna obsada z naszą Agnieszką Grochowską, plus osadzenie historii w od zawsze ciekawiącej mnie rzeczywistości ZSRR skłoniły mnie by jednak dać mu szansę.

Autorzy zaczynają od streszczenia losów głównego protagonisty - Leo Demidowa (Tom Hardy). Urodził się na Ukrainie i stracił rodziców w wyniku Wielkiego Głodu Ukraińskiego “Hołodomor” - uznawanego dziś przez wiele krajów na świecie, w tym Polskę, za planowe ludobójstwo dokonane przez aparat stalinowski na ludności ukraińskiej pod pozorem kolektywizacji rolnictwa. Wychował się w Moskwie adoptowany przez rodzinę radzieckiego oficera. Wstąpił do armii i zawieszając flagę ZSRR na Reichstagu, trochę przypadkiem stał się symbolem radzieckiego triumfu w II wojnie światowej.

Jest rok 1953. Leo ustatkował się, ma młodą żonę Raisę (Noomi Rapace) i razem z kolegą z wojska Aleksiejem (Fares Fares) jest oficerem Ministerstwa Bezpieczeństwa Państwowego ZSRR (MGM) trudniącym się poszukiwaniem wszelkiej maści zdrajców narodu. Zapewne ze względu na swoje doświadczenia życiowe nie podziela entuzjazmu swoich współpracowników do bezsensownej przemocy, mając szczególnie na sercu dobro dzieci, co nie przysparza mu w biurze przyjaciół. Gdy dodatkowo zacznie drążyć sprawę morderstwa (przecież w ZSRR takie rzeczy się nie zdarzają) syna Aleksieja, nawet status ikony nie ochroni go przed wzbudzeniem zainteresowania czujnego oka systemu.

Wątek sensacyjny, luźno inspirowany losami rzeźnika z Rostowa, jakkolwiek popychający akcję do przodu okazał się dla autorów raczej pretekstem do nakreślenia portretu życia w stalinizmie. Nie jestem ekspertem, więc za faktyczną prawdziwość historyczną przekazu ręczyć nie mogę, ale budowany przez film klimat szarości, beznadziei i wszechobecnego zagrożenia zgadza się z moimi wyobrażeniami na temat tamtych czasów wyniesionych z książek naszej i radzieckiej literatury. Paranoiczny system, który we własnych obywatelach widzi wrogów. To że w jednej chwili, z powodu donosu torturowanej osoby, z porządnego obywatela człowiek staje się podejrzanym, a podejrzany znaczy właściwie winny, bo system się przecież nie myli. Losy Demidowa, historia jego budowanej na strachu relacji z żoną, nie są podejrzewam wcale wyjątkowe na tle tamtych czasów. Fakt, że twórcy potrzebowali uczynić z niego bohatera narodowego by jakkolwiek uwiarygodnić happy end samo w sobie dużo mówi.

Film jest prawdziwą aktorską ucztą. Duet Hardy-Rapace, który świetnie się już sprawdził w "Brudnym szmalu”, tu również nie zawodzi.Tym razem jednak bardziej doceniłbym chyba kreację Noomi. Leo Hardiego jest jak najbardziej poprawny - skryty, małomówny, wrażliwy stara się zachować człowieczeństwo w nieludzkich okolicznościach. Jednak gra Rapaca sprawia, że nim z przebiegu akcji dowiemy się o jej Raisie więcej, przeczuwamy co skrywa w środku praktycznie od pierwszych kadrów. Gary Oldman w roli szefa Wolskiej milicji potwierdza, że ciągle jest w świetnej formie. Nasza Agnieszka Grochowska nie ma niestety wiele do zagrania i biorąc pod uwagę jej dorobek trudno zachwycać się tym epizodem. Niemniej przyjemnie jest zobaczyć polskiego aktora w tak znakomitym towarzystwie (prócz wspomnianych na ekranie możęmy zobaczyć jeszcze chociażby Vincenta Cassela, Charlesa Danca czy Joel Kinnamana).

Nie bardzo rozumiem surowej oceny filmu Daniela Espinosy dokonanej przez międzynarodową krytykę (szczególnie w obliczu gloryfikowania produkcji w rodzaju "Wady ukrytej"). Może niektórych nie satysfakcjonować tempo akcji, może kogoś drażnić rosyjska maniera, z którą aktorzy się starają mówić, może po prostu niszczy on w niektórych zachodnich lewackich umysłach skrycie pielęgnowane wyobrażenia na temat komunizmu. Nie wiem. Moim zdaniem to więcej niż poprawny thriller, który dodatkowo ciekawie przybliża ducha czasów rzadko niestety goszczących w hollywoodzkich produkcjach.


System

niedziela, 28 grudnia 2014

Brudny szmal *****

Oryginalny tytuł kryminału “Brudny szmal” to “The Drop”. Kasa z lewych interesów półświatka musi lądować w bezpiecznym miejscu. Bossowie brooklyńscy rozwiązują ten problem, wyznaczając losowo na miejsce zbiórki jeden z kontrolowanych przez siebe barów - “drop bar”. Niewtajemniczeni nie mają szansy dostrzec, jak tuż obok nich, koperta za kopertą “brudny szmal” ląduje w ukrytym pod barem sejfie, by nad ranem trafić do właścicieli.

Bob Saginowski (Tom Hardy) jest barmanem w jednym z takich miejsc - “U kuzyna Marva“. Gdy go poznajemy, stawia właśnie, ku wyraźnemu niezadowoleniu Marva (James Gandolfini w swojej ostatniej ukończonej roli), nota bene swojego kuzyna, kolejkę stałym bywalcom, wspominającym zamordowanego przed dziesięciu laty kolegę. Jest 27 grudnia, tonący w niebieskawym świetle Brooklyn ściska mróz. Bob zamyka bar i spokojnym krokiem wraca do domu. W pewnym momencie dobiegnie go skomlenie psa. I tak niespodziewanie w jego życiu zagoszczą Rocco - skatowany szczeniaczek pitbulla i Nadia (Noomi Rapace), w której to śmietniku został porzucony.

Scenariusz filmu, na podstawie własnego opowiadania napisał Dennis Lehane, autor powieści, na kanwie których powstały “Mystic river”, “Gdzie jesteś Amando”, czy “Wyspy tajemnic”. Choć postacie w “Brudnym szmalu” niewątpliwie mają swoje źródło w kinie gatunkowym (dociekliwy detektyw, dziewczyna z przeszłością, gangster nie mogący pogodzić się z tym, że jego czasy minęły), osadzenie ich w ulubionej przestrzeni Lehana, rzeczywistości robotniczej dzielnicy, nadaje im specyficzny rys. Wszyscy wydają się zmęczeni, przywykli do dźwigania na swych barkach ciężaru codzienności. Porozumiewają się półsłówkami, skrzętnie starając się ukryć za nimi swoje prawdziwe ja.

Historia nie jest może najoryginalniejsza (choć przenikanie się wątku “szczenięcego” z wątkiem skoku na szmal, jest rozwiązane bardzo zręcznie) i można by się pewnie zastanowić czy wszystkie postaci wnoszą cokolwiek do fabuły (np. Dottie - siostra Marva), niemniej scenariusz dał pole do popisu całej ekipie. Za reżyserię odpowiedzialny jest autor nominowanej do Oskara “Głowy byka” Belg Michaël R. Roskam. Konsekwentnie, do przesady zwalnia tempo akcji i scen, pozwalając napięciu rosnąć. Niby nie dzieje się nic, ale pod skórą czujemy permanentny stan zagrożenia, w którym żyją bohaterowie. Atmosferę buduje również dopracowana warstwa plastyczna filmu. Kadry stylizowane są, jak przyznaje sam reżyser, na obrazy Georga Bellowsa, amerykańskiego malarza portretującego Nowy Jork początku XX wieku. Wrażenie ciężkości potęguje depresyjny brak światła. Większość filmu rozgrywa się w nocy, w ciemnych pomieszczeniach, ale wydaje się go brakować nawet w tych kilku scenach dziennych, na otwartym powietrzu.

Obsada filmu jest iście międzynarodowa. Tom Hardy daje po “Locku” kolejny popis swoich umiejętności. Jego Bob, cedząc słowa i mierzwiąc brwi, skrywa za maską prostolinijności tajemnicę. Nieodżałowany James Gandolfini wchodzi w swoją rolę z wrodzoną naturalnością. Szwedka Noomi Rapace i Belg Matthias Schoenaerts (szalony były chłopak Nadii) w pełni wykorzystują potencjał drzemiący w ich postaciach. Podsumowując, “Brudny szmal” to dobre kino gatunkowe w starym stylu. Solidna historia, dopracowany klimat i dobre aktorstwo sprawią, że fani kryminałów nie powinni czuć się zawiedzeni.


niedziela, 30 grudnia 2012

Wojownik ***

Ameryka uwielbia historie w których "underdog" (z ang. ktoś skazany na porażkę), pokonuje murowanego faworyta. Najlepiej oczywiście by był sympatyczny (tudzież miał uroczą rodzinę, z jeszcze bardziej uroczymi dziećmi), w beznadziejnej sytuacji życiowej, a potencjalna wygrana to jego jedyna szansa na przetrwanie. Sylvester Stallone zbudował całą swoją karierę na tego typu filmach i Gavin O'Connor, scenarzysta i reżyser "Wojownika", pomyślał chyba, że moda na MMA (mixed martial arts) jest świetnym momentem, by po raz kolejny zaserwować widzom jeszcze raz odgrzanego kotleta.

"Wojownik" to historia dwóch braci i ich ojca. Młodszy z braci Tommy (Tom Hardy), wraz z matką uciekł od ojca, alkoholika, trenera wrestlingu (Nick Nolte), który z tego co słyszymy nie szczędził przemocy również swoim bliskim. Starszy brat Brendan (Joel Edgerton), choć pozostał przy ojcu, odciął się od niego, gdy tylko osiągnął pełnoletniość. Poznajemy ich w momencie, gdy Tommy pojawia się na progu domu swego trzeźwiejącego ojca, prosząc go o pomoc w przygotowaniu do turnieju MMA, a sytuacja życiowa zmusza Brendana (byłego zawodnika UFC, który wcześniejszą karierę zakończył w szpitalu), by znów zaczął walczyć...

Konwencja gatunku sprawia, że już po pierwszych minutach (właściwie wystarczy obejrzeć trailer), wiemy kto zmierzy się w finałowej walce i raczej bez pudła obstawimy zwycięzce. Niemniej mógł autor się postarać by historia była bardziej prawdopodobna. Szczególnie wątek Brendana. Nauczyciel fizyki, ledwo radzący sobie na lokalnych ringach ze zwykłymi zabijakami, w siedem tygodni zmienia się w fightera, który pokonuje najlepszych na świecie? Serio? Rocky był przynajmniej uczciwie trenującym bokserem. Do tego nie jestem przekonany, czy perspektywa powrotu do mniejszego mieszkania, jest wystarczająco dramatyczna, by ryzykować swoje życie i zdrowie, twierdząc jeszcze, że się to robi dla dobra swoich dzieci. Spuśćmy zasłonę milczenia również, na sceny w których dyrektor szkoły podskakuje radośnie razem ze swoimi uczniami oglądając krwawą rzeźnię...

Postacie kreślone są bardzo grubą kreską i tylko doskonałe kreacje aktorskie nadają im cień prawdopodobieństwa. Nie ma chyba drugiego aktora, który by tak przekonująco potrafił zagrać przegranego człowieka, świadomego zła które wyrządził, alkoholika, desperacko próbującego odkupić swoje winy niż Nick Nolte. Tom Hardy, gra bardzo oszczędnie, konsekwentnie budując postać skrytego, zwierzęcego brutala, noszącego głęboko w sobie poczucie krzywdy. Joel Edgerton jest chyba najmniej przekonywujący, choć trzeba przyznać, że miał najtrudniejsze zadanie, gdyż jego postać na tle innych jest raczej nijaka.

Esencją takich filmów są sceny walki i nie rozczarowują. Zostały zrealizowane efektownie i realistycznie. Kamera trochę za bardzo skacze, ale pewnie jest to celowy zabieg by ukryć niedostatki techniczne aktorów i najbrutalniejsze momenty. To prawda, że w MMA teoretycznie każdy może wygrać z każdym, ale długo ciągnące się walki wyglądają raczej jak przytulanki, a jeden dobrze trafiony cios rozstrzyga większość pojedynków. Jakkolwiek rozumiem, że gatunek ma swoje zasady i reżyser nie chciał ich łamać, to sceny walk Brendana budziły we mnie większy wewnętrzny sprzeciw niż te przedstawione w "Rockym". Gdyby tak wyglądał finał, jeszcze może bym zrozumiał, ale każda z nich ma ten sam scenariusz. Przez dwie długie rundy Brendan jest na przemian okładany i rzucany po ringu jak worek kartofli, by nagle w trzeciej wykończyć przeciwnika jakąś efektowną dźwignią. Nikt nie byłby wstanie czegoś takiego znieść, nie mówiąc o tym by po chwili ponownie wejść do klatki i walczyć dalej.

Gavin O'Connor poszedł na całość i zdecydował się przedstawić historię dwóch underdogów w jednym filmie i moim zdaniem była to zła decyzja. Jeśliby ograniczyć film do wątku Tommiego to dostalibyśmy świetny film gatunkowy, takiego "Rockiego" z domieszka "Fightera" w wersji MMA. Wątek Brendana i na siłę robiony happy end w finale może spodobały się amerykańskiej widowni, ale dla mnie sprawiły, że z kawałka mocnego męskiego kina zrobiła się nierealna bajeczka dla dużych chłopców, którzy nie chcą dorosnąć.



piątek, 7 grudnia 2012

Gangster ****

Powinienem już przywyknąć do niezwykle "trafnego" tłumaczenia zagranicznych tytułów filmów na język polski. Amerykański "Lawless" wg scenariusza Nicka Cave'a to po naszemu "Gangster". Na szczęście rzeczownik w tytule niejako odpowiada tematyce filmu. Rzecz jest bowiem o trzech braciach Bondurant, którzy w latach 30. ubiegłego wieku, w czasach prohibicji w Stanach Zjednoczonych handlują bimbrem. Interes idzie im nieźle, dopóki na ich drodze nie stanie agent specjalny Charlie Rakes, będący na usługach skorumpowanego prokuratora. Oczywiście Rakes okazuje się być tym złym, natomiast braciom kibicuje się od samego początku.

Akcja - historii opartej na faktach - toczy się może w niezbyt imponującym tempie, ale nie jest nudna dla osób, które nie nastawiły się na wyszukane efekty specjalne, tylko chcą się skupić na fabule i postaciach. Film przypominał mi trochę opisywanego już na blogu "Kill the Irishman" - podobnie solidne rzemiosło, nieźle zbudowany klimat, dobrze zrealizowane i realistyczne (momentami aż za bardzo krwawe) sceny walk. Ciekawa jest konstrukcja psychologiczna trzech braci. Najstarszy z nich Howard to tępy osiłek, nie zawsze oddany braciom. Średni Forrest to mózg i lider rodziny. Najmłodszy Jack - uważany jest za słabeusza. Nie umie się bić, jest nieco lekceważony przez pozostałych braci. Jednak to on okazuje się być centralną postacią fabuły. Interesujący jest kontrast pomiędzy średnim i najmłodszym bratem. Obaj są zupełnie inni i zaskakujące, że jednak rozumieją się bez słów i są ze sobą silnie związani.

Rewelacyjny, niski głos Toma Hardy'ego można już było usłyszeć w ostatniej części Batmana. Po roli Bane'a aktor, wcielając się w charyzmatycznego Forresta, po raz kolejny zagrał bardzo sugestywnie. Rakes w wykonaniu Guya Pearce'a to dla mnie najbardziej obrzydliwa i sadystyczna postać, jaką widziałem od czasów pamiętnej roli Roberta De Niro w "Przylądku Strachu". Nie wiem jakie są typy Akademii Filmowej dla męskich ról drugoplanowych w przyszłym roku, ale poważnie zastanowiłbym się nad nominacją do Oskara właśnie dla Pearce'a. Dobrze gra LaBeouf (jako Jack), który szczególnie pod koniec filmu ma co grać. Za mało jest Gary'ego Oldmana (po jego mocnym wejściu na początku filmu myślałem, że będzie miał większą rolę). Panie w osobach Jessiki Chastain i Mia Wasikowskiej (momentami fizycznie przypominała mi... Agatę Buzek, a to nie jest komplement) są raczej tłem dla panów, ale to głównie za sprawą wysokiego poziomu męskiego aktorstwa. Na minus filmu - muzyka, której kompletnie nie zapamiętałem po projekcji.

Cieszę się, że w końcu obejrzałem w tym roku coś, co lubię najbardziej, czyli proste kino z motywem gangsterskim i niegłupią fabułą. Film ten nie spowodował, że jestem po nim mądrzejszy, nie skłonił mnie do głębszych przemyśleń. Na pewno jednak dobrze pokazał, czym jest męska solidarność i że - pomimo sporych różnic - rodzeństwo potrafi się zjednoczyć. Mnie absolutnie coś takiego wystarcza i na pewno nie czuję niedosytu po jego obejrzeniu.



czwartek, 2 sierpnia 2012

Mroczny Rycerz powstaje *****

Jestem dużym fanem filmów o Batmanie. Dotyczy to jednak dwóch pierwszych części w reżyserii Tima Burtona z Michaelem Keatonem w roli tytułowej. Następne historie były już słabsze i dopiero Christopher Nolan "zwrócił" temu bohaterowi życie. Chociaż przyznaję, że o ile "Batman - Początek" był dla mnie filmem dobrym, ale nie takim, który będę wspominał po latach, to już "Mroczny Rycerz" takim dziełem się stał.

"Mrocznego Rycerza..." od początku ogląda się znakomicie. Pierwsze półtorej godziny to pokaz czystej, doskonałej rozrywki, przy której nie sposób się nudzić. Są i efekty specjalne (na szczęście nie dominują nad fabułą), ciekawy wątek, świetnie zarysowane postaci oraz jeszcze bardziej dynamizująca akcję, poruszająca muzyka Hansa Zimmera. Kolejna godzina to już dzieło głębsze, odwołujące się bardziej do przeszłości życia Bruce'a Wayne'a (jak chociażby przewijający się bohaterowie z poprzednich części trylogii). Film pozbywa się lekkości i zabawności z początku, robi się bardziej mroczny i ma zaskakujące zakończenie.

Nie wiem czy Nolan zrobił to przypadkowo czy też nie, ale w filmie jest wiele nawiązań do innych obrazów kinematografii. Walka policji ze zbirami Bane'a i sam jego pojedynek z Batmanem przypominają mi nieco epicki rozmach walk z "Gangów Nowego Jorku" i konfrontację Daniela Day Lewisa z Liamem Neesonem (pojawił się w epizodzie filmu). Motyw z dwiema kobietami, kręcącymi się wokół Batmana/Wayne'a - to też stary jak świat chwyt wykorzystywany chociażby z serii o Bondzie. Z kolei sceny na moście przypominają mi świetnie przedstawioną pod względem realizacyjnym scenę bitwy o most Golden Gate w San Francisco, w opisywanej przez Mr. White'a "Genezie planety małp". A sam Bane to miks przypakowanego dresa, z maską Hannibala Lectera i głosem Dartha Vadera. Ale nie ma tutaj kalki innych filmów. Nolan ma swój własny, niepowtarzalny styl. I - co najwyżej - umiejętnie powiela pewne efekty z innych filmów, robiąc to nawet lepiej od swoich poprzedników.

Co należy cenić w filmach Nolana to fakt, że świetnie łączy rozrywkę z nieco ambitniejszym kinem. Motywem przewodnim (tak jak w poprzednich częściach tej serii) jest walka Wayne'a ze swoimi duchami przeszłości i słabościami. Ciekawy jest też wątek związany z mechanizmami sprawowania władzy przez państwo. W pewnym momencie uświadamiamy sobie, że lepiej żyć w skorumpowanym świecie, w którym jest jednak pewien porządek i ład, niż funkcjonować w świecie anarchii, jak to jest ukazane w momencie przewrotu dokonanego przez Bane'a. W Gotham rządzonym przez przeciwnika Batmana króluje bezprawie, a role sędziów przyjmują dawni wrogowie naszego dzielnego nietoperza.

Świetnie grają aktorzy. Bale utwierdził mnie w przekonaniu, że jest idealnym odtwórcą Batmana (chociaż zawsze będę miał sentyment do Keatona). Tom Hardy jako Bane zdaje egzamin. Nie jest aż tak genialny jak Heath Ledger w roli Jokera, ale w przeciwieństwie do Ledgera nie dominuje nad fabułą, tylko potrafi się umiejętnie do niej wpasować. I pomimo to i tak pozostać w pamięci. Mam pewien dylemat z oceną Anne Hathaway w roli Catwoman. Z jednej strony jest niezwykle zabawna, wdzięczna i świetnie prezentuje się w obcisłym kostiumie. Z drugiej jednak strony brakuje mi w niej... kotki (jej kostium przypomina bardziej wdzianko jakiejś wonderwoman, a nie kocicy). No i brak słynnego "miau" (pamiętna Michelle Pfeiffer z dawnej wersji świetnie potrafiła to oddać) stanowi dla mnie pewien niedosyt. Aktorzy drugiego planu (Oldman, Caine, Freeman) nie stanowią tła, tylko wzbogacają fabułę i wartość filmu. Nieźle wypada również Gordon-Levitt w roli młodego policjanta Johna Blake (jeśli będzie kontynuacja Batmana, to mamy nowego Robina). Chyba jedyna rola, która mnie nieco zawodzi, to postać Mirandy Tate w wykonaniu Marion Cotillard. Francuska aktorka gra za bardzo teatralnie i wypada blado wobec kreacji innych osób.

Pomimo pewnych logicznych nieścisłości (nie chcę pisać jakich, aby nie psuć frajdy z oglądania) film uważam za świetny i żałuję, że to już koniec Batmana w wykonaniu Nolana. Reżyser, co prawda, zostawił pewną furtkę swoim następcom, ale wątpię, aby była szansa na dzieło na podobnym poziomie. Póki co możemy rozkoszować się jego kunsztem i najlepszym filmem wakacji.

Chyba najlepszy trailer jaki znalazłem w sieci, z niezwykle dowcipnym zakończeniem:



czwartek, 26 lipca 2012

Rock'N'Rolla *****

Wiem, wiem 5* dla utrzymanego w lekkim tonie filmu gangsterskiego to dla większości osób pewnie absurd. No cóż mam słabość do komedii gangsterskich Guya Ritchiego, a "Rocknrolla" wytrzymuje porównania z wcześniejszym "Przekrętem", jak i chyba moim ulubionym filmem tego reżysera czyli "Porachunkami".

Brakuje co prawda Jasona Stathama, jak dla mnie będącego samemu w sobie uosobieniem Ritchie'owskich bohaterów, trochę zbyt pewnych siebie twardzieli z ironicznym uśmiechem dostarczają jedną błyskotliwie bezczelną linijkę za drugą, ale mimo to liczba znakomitości brytyjskiego kina pojawiających się w początkowych napisach może przyprawić o zawrót głowy. Tom Wilkinson jako gangster starej szkoły, jego prawa ręka, prawdziwy twardziel Mark Strong, Gerald Butler jako nie do końca rozgarnięty młody oprych, szalony i wiecznie przyćpany rockendrollowiec Toby Kebell, a dla ozdoby śliczna Thandie Newton w roli znudzonej księgowej szukającej adrenaliny w bardzo nieodpowiednich miejscach.

Jest tu wszystko za co świat pokochał filmy Guya Ritchiego. Pokręcona intryga za którą ciężko nadążyć, błyskotliwe i przewrotne dialogi, postacie dalece niedoskonałe, których jednak nie sposób nie polubić, klimatyczna i spójna oprawa wizualna, no i absolutnie fantastyczna muzyka. Polecam chociażby:

Fabuła choć jak we wszystkich tego typu filmach ma służyć przede wszystkim rozrywce, nie pozbawiona jest odniesień do aktualnej (na 2008 rok choć w dużej mierze i dziś) rzeczywistości. Stosunek Brytyjczyków do rosnącej liczby emigrantów, "nowe" pieniądze napływające do Londynu z miejsc takich jak Rosja (nietrudno zauważyć, że postać grana przez Karela Rodena jest wzorowana na Romanie Abramowiczu), czy bańka na rynku nieruchomości.

Ale nie oszukujmy się. To ma być i jest 100% eskapizm. Jeśli przymknie się oko na drobne nielogiczności scenariusza, i zanurzy, bez zadawania zbędnych pytań, w kreślonym kamerą Guya Ritchiego świecie londyńskiego półświatka, to gdy po prawie dwóch godzinach zaczynają lecieć napisy końcowe aż żal, że to koniec i na kolejne jego dzieło nakręcone w tej konwencji (mimo padającej na koniec obietnicy, że bohaterowie powrócą) przyjdzie nam jeszcze długo poczekać, gdyż ostatnio niestety bardziej interesuje go opowiadanie o Sherlocku Holmesie... Cóż na deser trailer:


RocknRolla przez MyMovies_International