Błyskotliwa kariera Alana Turinga, matematyka, którego prace stanowią podwaliny współczesnej informatyki, została tragicznie przerwana, gdy w wieku 41 lat, po roku terapii hormonalnej, na którą angielski sąd skazał go de facto za homoseksualizm, popełnił samobójstwo. Najbardziej “medialnym” w niej epizodem była niewątpliwie praca w okresie II Wojny Światowej w Bletchley Park nad maszyną mającą pomóc w rozszyfrowywaniu niemieckiej (poprawnie politycznie pewnie byłoby nazistowskiej) komunikacji kodowanej przy użyciu legendarnej enigmy.
Narracja “Gry tajemnic” biegnie trójtorowo. Najwięcej uwagi poświęconej jest oczywiście na okres wojenny. Alan Turing (Benedict Cumberbatch), niedostosowany społecznie geniusz, mający wyraźny problem z autorytetami, trafia do najgorszego mogłoby się wydawać dla takich osób miejsca - wojskowego kompleksu. By osiągnąć swój cel, którym, jak dopowiada nam z offu, jest wygranie wojny, będzie musiał nauczyć się grać zespołowo i wkupić się w łaski swoich współpracowników, którymi z początku wyraźnie pogardza. Równolegle obserwujemy młodego Alana w szkole, odkrywającego swój homoseksualizm (i zamiłowanie do szyfrów), przeżywającego pierwszą miłość. Narratorem obu tych wątków jest sam Turing. Powierza historię swojego życia nadgorliwemu policjantowi, który podejrzejwając go o szpiegowstwo dla ZSRR, ostatecznie doprowadził do skazania za homoseksualizm.
Muszę oddać norweskiemu reżyserowi Mortenowi Tyldumowi, że “Grę tajemnic” ogląda się naprawdę nieźle. Nie ma tu może specjalnych warsztatowych fajerwerków, ale film się nie dłuży, swoją historię opowiada sprawnie. Wsparte jest to wszystko udanymi kreacjami aktorskimi, nominowanego do Oskara Cumberbatcha, o którym jeszcze za chwilę, ale również Charlesa Danca i Marka Stronga w znakomitych epizodach. Ogólnie jeśli byłoby to zwykle, fikcyjne kino gatunkowe, nie bardzo miałbym się do czego przyczepić. Ale nie jest. A jako film biograficzny ma on moim zdaniem dwie kolosalne słabości.
Pierwsza jest dość oczywista. Powiedzieć, że scenarzyści nie trzymali się faktów, to nic nie powiedzieć. Nawet nie chodzi mi tu tylko o marginalizowanie roli Polaków, bo padają dwa zdania, które przynajmniej wspominają o ich udziale w całym procesie. W wątku rozpracowywania enigmy nie zgadza się właściwie nic. W filmie Turing jawi się jako majsterkowicz, w pocie czoła budujący swoją maszynę. W rzeczywistości maszyny (nie jedną) powstały na podstawie jego projektu w fabryce. Bynajmniej nie nazywały się Christopher (jak młodzieńcza miłość Turinga), ale bombe (od polskiej nazwy bomba kryptologiczna - przedwojennej konstrukcji Mariana Rejewskiego, którą Turing rozwijał). Autorem kluczowych poprawek nie był Hugh Alexander, ale Gordon Welchman, którego istnienie film totalnie pomija. Można by wymieniać tak długo, zainteresowanych prawdziwą historią odsyłam do wielu publikacji na ten temat. Przyzwyczaiłem się już, że klisza filmowa, jak papier, przyjmie wszystko. Rozumiem, że czasem, by akcja była bardziej wartka, się coś podkoloryzuje. Ale uważam, że powinny być jakieś granice, po przekroczeniu, których należy najzwyczajniej w świecie zmienić imię i nazwisko bohatera, co najwyżej dodając gdzieś na końcu notkę o luźnej inspiracji prawdziwymi wydarzeniami.
Mój drugi zarzut to prześlizgnięcie się właściwie po samej osobie Alana Turinga. Była to fascynująca, złożona i tragiczna postać. Z tego filmu jednak się tego nie dowiemy. Według autorów to autystyczny geniusz, który najlepiej czuł się w towarzystwie swojego dzieła. Właściwie śledząc wątek enigmy można zapomnieć, że był on homoseksualistą. W rzeczywistości Turing był uczuciowy, miał wiele romansów i między innymi po to, by je ukryć, potrzebne było mu małżeństwo z Joanne Clarke (Keira Knightley). W filmie praktycznie na kilka lat zapomina się, że ta strefa w ogóle istnieje. Jedyne, co ratuje ten portret, to kreacja Benedicta Cumberbatcha, dla którego role geniuszy stają się pomału specjalnością. Swoją grą dodaje trochę tajemnicy, każe domyślać się rzeczy, których na ekranie nie możemy zobaczyć.
“Czasami ludzie, których nie docenia nikt, dokonują rzeczy niewyobrażalnych”. Nie wiem, ile razy ten banał pada z ekranu, nie wiem też czemu miałby się odnosić do profesora Cambridge, uznawanego za jeden z najwybitniejszych umysłów swoich czasów nim skończył trzydzieści lat. Ale razem z przemyconym gdzieś sloganem Apple “Myśl inaczej”, utwierdzał mnie w przekonaniu, że to co oglądam to raczej materiał promocyjny Wielkiej Brytanii o tym jak wygrała II Wojnę Światową, niż portret wielkiego naukowca. Myślę, że Alan Turing zasługuje na więcej (podobnie zresztą jak Steve Jobs biorąc pod uwagę koszmarny “Jobs”), nawet jeśli wbrew temu co na koniec próbują nam wmówić twórcy, maszyna na której piszę tą recenzję, nie może być precyzyjnie nazwana maszyną turinga.
Wiem, wiem 5* dla utrzymanego w lekkim tonie filmu gangsterskiego to dla większości osób pewnie absurd. No cóż mam słabość do komedii gangsterskich Guya Ritchiego, a "Rocknrolla" wytrzymuje porównania z wcześniejszym "Przekrętem", jak i chyba moim ulubionym filmem tego reżysera czyli "Porachunkami".
Brakuje co prawda Jasona Stathama, jak dla mnie będącego samemu w sobie uosobieniem Ritchie'owskich bohaterów, trochę zbyt pewnych siebie twardzieli z ironicznym uśmiechem dostarczają jedną błyskotliwie bezczelną linijkę za drugą, ale mimo to liczba znakomitości brytyjskiego kina pojawiających się w początkowych napisach może przyprawić o zawrót głowy. Tom Wilkinson jako gangster starej szkoły, jego prawa ręka, prawdziwy twardziel Mark Strong, Gerald Butler jako nie do końca rozgarnięty młody oprych, szalony i wiecznie przyćpany rockendrollowiec Toby Kebell, a dla ozdoby śliczna Thandie Newton w roli znudzonej księgowej szukającej adrenaliny w bardzo nieodpowiednich miejscach.
Jest tu wszystko za co świat pokochał filmy Guya Ritchiego. Pokręcona intryga za którą ciężko nadążyć, błyskotliwe i przewrotne dialogi, postacie dalece niedoskonałe, których jednak nie sposób nie polubić, klimatyczna i spójna oprawa wizualna, no i absolutnie fantastyczna muzyka. Polecam chociażby:
Fabuła choć jak we wszystkich tego typu filmach ma służyć przede wszystkim rozrywce, nie pozbawiona jest odniesień do aktualnej (na 2008 rok choć w dużej mierze i dziś) rzeczywistości. Stosunek Brytyjczyków do rosnącej liczby emigrantów, "nowe" pieniądze napływające do Londynu z miejsc takich jak Rosja (nietrudno zauważyć, że postać grana przez Karela Rodena jest wzorowana na Romanie Abramowiczu), czy bańka na rynku nieruchomości.
Ale nie oszukujmy się. To ma być i jest 100% eskapizm. Jeśli przymknie się oko na drobne nielogiczności scenariusza, i zanurzy, bez zadawania zbędnych pytań, w kreślonym kamerą Guya Ritchiego świecie londyńskiego półświatka, to gdy po prawie dwóch godzinach zaczynają lecieć napisy końcowe aż żal, że to koniec i na kolejne jego dzieło nakręcone w tej konwencji (mimo padającej na koniec obietnicy, że bohaterowie powrócą) przyjdzie nam jeszcze długo poczekać, gdyż ostatnio niestety bardziej interesuje go opowiadanie o Sherlocku Holmesie... Cóż na deser trailer:
Ostatnio narzekałem, że brakuje mi błyskotliwego filmu szpiegowskiego z inteligentną intrygą. "Szpieg" Tomasa Alfredsona opowiada o śledztwie prowadzonym przez George'a Smileya (Gary Oldman), mającym na celu wykrycie podwójnego agenta zakonspirowanego w brytyjskim wywiadzie. Thriller, reklamowany jako "dwugodzinny orgazm", na pewno nie dostarczył mi takiej satysfakcji. Co gorsze, momentami wywoływał u mnie nawet lekkie oznaki znużenia i narastającego ziewania.
To co odróżnia "Szpiega" od współczesnych superprodukcji, to na pewno kameralność, stonowanie, subtelność formy. W filmie nie ma bijatyk, można odpocząć od efektów specjalnych, rozlewu krwi i szalonych pościgów. Tylko czy akcja musi się rozgrywać w aż tak ślamazarnym tempie? Oglądając ten thriller miałem wrażenie, że obserwuję teatr telewizji, a nie film fabularny. Akcja jest statyczna, bohaterowie prowadzą ze sobą dialogi z reguły w dużych, zamkniętych pomieszczeniach, nie czuć za bardzo dreszczyku emocji. Owszem motyw kryminalny jest ciekawy (przyznaję, że zagmatwany, trzeba się mocno skupić, aby nie stracić wątku), ale cała otoczka fabularna jest dla mnie raczej ciężkostrawna (brakuje mi po prostu poczucia humoru, nieco sarkazmu i ironii). Wszyscy bohaterowie (poza postacią Colina Firtha, który trochę się odróżnia charakterem od pozostałych) są do siebie podobni - pochmurni, nieufni, zgorzkniali. Cóż, pewnie praca w brytyjskim (i nie tylko) wywiadzie tak mocno deformuje ludzką psychikę.
Aktorsko film wygląda nieźle. Dobry jest Oldman, chociaż nie przesadzałbym w nadmiernym gloryfikowaniu jego gry. Wyróżnia się Firth i - mniej u nas znany - Mark Strong. Trochę za szybko znika John Hurt. Na plus filmu na pewno należy zaliczyć zakończenie - mocno gorzkie i uświadamiające, że działania wywiadu niczym się nie różnią od krwawych porachunków mafii.
Ogólnie film do obejrzenia, ale nie rozumiem zachwytów nad nim. Może to z powodu nostalgii za umierającym gatunkiem, jakim powoli niestety staje się thriller szpiegowski?