Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Morgan Freeman. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Morgan Freeman. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 24 sierpnia 2014

Lucy ***

Lucy (Scarlett Johansson) to 25-latka, która studiuje w Tajwanie. Poznajemy ją w momencie, gdy przekomarza się ze swoim kochankiem Richardem, który prosi ją o dostarczenie zaszyfrowanej walizki dla tajemniczego Pana Janga (Choi Min Sik). W rezultacie chłopak zmusza dziewczynę podstępem do tego zadania. Okazuje się, że w walizce znajdują się paczuszki z narkotykami, a Lucy zostaje zobligowana do współpracy z mafią, czego efektem staje się wszycie do jej brzucha jednej z paczek. Zdarzenia związane z Lucy są przeplatane z wykładem prowadzonym przez profesora Normana (Morgan Freeman), który uświadamia nas na temat tajemnic ludzkiego umysłu i zakresu w jakim go wykorzystujemy.

Luc Besson sięgnął po sprawdzone środki. Mocna aktorska osobowość, wizualna warstwa i muzyka - to główne wyznaczniki stylu filmów Bessona. Nie inaczej jest też w "Lucy". Silną jednostką jest tym razem kobieta, którą reżyser wrzuca w kocioł zdarzeń, a te zmieniają się w iście ekspresowym tempie. Siłą rzeczy trudno nie odnieść najnowszego dzieła Bessona do "Nikity". Tutaj też mamy do czynienia z młodą kobietą, która z bezbronnej zwierzyny staje się zimną kilerką. Lucy, dzięki rozpuszczeniu w jej brzuchu narkotyków zyskuje szczególne możliwości i w miarę upływu filmu dowiadujemy się jaki procent umysłu wykorzystuje w danej chwili nasza bohaterka. Im więcej go używa, tym coraz bardziej staje się maszyną, która niczego nie odczuwa. Mocno to naciągane, ale w końcu to science-fiction.

Pod względem technicznym film robi spore wrażenie. Zdjęcia są znakomite (bardzo trafna przeplatanka czasów współczesnych z historią rozwoju ewolucji), a montaż perfekcyjny. Do tego mamy niezwykle klimatyczną muzykę Erica Serry, która jest odpowiednio dopasowana do zwrotów akcji.

Scarlett Johansson nieźle sprawdza się w roli Lucy. Jej bohaterka z mało rozgarniętej blondynki staje się superbohaterką zdolną zagiąć najtęższe umysły uniwersyteckie. Metamorfoza ta została bardzo dobrze pokazana przez aktorkę i cieszę się, że to jej przypadła główna rola, a nie jak pierwotnie zakładano Angelinie Jolie, którą ciężko by mi było sobie wyobrazić w roli Lucy z pierwszej części filmu. Morgan Freeman natomiast nie schodzi poniżej przyzwoitego poziomu, chociaż mam wrażenie, że już od kilku lat gra podobne typy postaci, które są nieco papierowe.

Pomimo że film poprzez filozoficzne mądrości serwowane przez profesora Normana stara się wyjaśnić wątek wykorzystywania przez człowieka potencjału umysłowego, to w "Lucy" nie należy się doszukiwać jednak głębszego sensu. Besson niepewnie porusza się arkanach ludzkiego intelektu i mocno fantazjuje. Samo podkreślanie, że człowiek wykorzystuje jedynie 10% swojego umysłu jest przecież nonsensem. A jeszcze większym jest to, że pod wpływem narkotyków może nastąpić boom intelektualny. Ogólnie scenariusz "Lucy" nie jest jego największą zaletą. Film ma kilka wpadek fabularnych, jak chociażby wprowadzenie mocno przerysowanej mafii koreańskiej, która nie boi się ruszać na otwartą wojnę z francuską policją i praktycznie z całym światem. Podobnie jak zniknięcie jednego z oprawców Lucy, który całkowicie wyparował z fabuły, bez tłumaczenia co się z nim stało.

Jeśli ktoś liczył, że Besson opowie historię zapadającą w pamięci, to może przeżyć zawód. "Lucy" to wyłącznie znakomicie zrealizowany teledysk, na jaki należy patrzeć z przymrużeniem oka i który po kilku tygodniach wyleci z głowy.

wtorek, 2 lipca 2013

Iluzja ****

Należę do osób, które w zdolnościach paranormalnych zawsze będą doszukiwać się szachrajskich sztuczek, a magików uznawać za dobrych obserwatorów i psychologów. "Iluzja" przekonuje nas, że magia to tylko triki, a im bliżej znajdujemy się czarodziejskich wydarzeń, tym łatwiej nas oszukać.

I tak czworo magików: J. Daniel Atlas (Jesse Eisenberg), Merritt McKinney (Woody Harrelson), Henley Reeves (Isla Fisher) i Jack Wilder (Dave Franco) kantuje nie tylko nas przed ekranem, ale całą publiczność swojego przedstawienia w Las Vegas, a także FBI i Interpol. Za sprawą czarodziejskich sztuczek bohaterowie napadną na bank i rozdadzą pieniądze widowni. Na nic zdadzą się wysiłki organów ścigania. Ani sceptycznie nastawiony do magii pracownik FBI Dylan Rhodes (Mark Ruffalo), ani próbująca ją zrozumieć, przydzielona do śledztwa przedstawicielka Interpolu Alma Dray (Melanie Laurent), nie będą mogli udowodnić, że nie poprzez czary, lecz wykonując całkiem normalny przekręt magicy popełnili przestępstwo.

Udana kompozycja efektów specjalnych, gra świateł i wciągające sztuczki magiczne sprawiają, że film ogląda się jak bardzo dobre show. Mimo mojego sceptycyzmu dałam się ponieść czarom i hipnozie, aby potem z napięciem wyczekiwać rozwiązania zagadkowych zdarzeń. Całe szczęście, że większość z nich została wytłumaczona w racjonalny sposób i film, nie okazał się baśnią z 1001 nocy, ani kryminałem-fantasy. Niestety niektóre wyjaśnienia "czarów" były zbyt naiwne, jak na poziom dokonanego oszustwa (np. wyczyszczenie konta milionera poprzez podanie hasła w stylu "nazwisko panieńskie matki").

Nie pochłaniałabym kolejnych zdarzeń z takim entuzjazmem, gdyby nie świetna gra czarodziejów. Szczególne uznanie należy się Eisenbergowi i Harrelsonowi, którym udało się stworzyć kreacje zarówno wiarygodnych, jak i dających się polubić, a przy tym przezabawnych, magików. Do tego niemały wkład do filmu wnieśli weterani kina - Freeman i Caine - których tajemnicze role nadały scenariuszowi "Iluzji" charakter.

Niestety wszystko co dobre szybko się kończy, a zakończenie przynosi rozczarowanie... Kiedy film rozkręca się i poprzez kolejne czary-mary, zaskakuje i ekscytuje, to ostatni wielki skok sprawia zawód. Zakończenie jest co prawda mocno zaskakujące, sprawdza się początkowa teza, że nabieramy się na "czary", gdyż najtrudniej dostrzec oszustwo gdy bacznie przyglądamy się magikowi. W końcówce całkiem ciekawy i trzymający w napięciu pościg funduje nam Dave Franco. Po nim powstaje oczekiwanie, że to najciekawiej zbudowane postacie (Eisenberga i Harrelsona) zaprezentują na koniec najbardziej intrygujące sztuczki. Jednak wzmożony apetyt nie zostaje zaspokojony, ostatni trick bowiem, pomimo zapowiadanego wielkiego show, jest słabszym występem niż poprzednie. A rozwiązanie głównej zagadki jest tandetne i niestety pozostawiło niesmak.

Jeszcze w sali kinowej dawałam "Iluzji" pięć gwiazdek i tak by pozostało, gdyby zakończenie nie popsuło dobrego wrażenia wywołanego przez resztę filmu. Po namyśle uważam, że "Iluzja" prezentuje porządne kino. Niezły pomysł na film, szybka akcja, mocne show i dobra gra aktorska ratują nie do końca udany scenariusz. W zestawieniu z "Prestiżem" film jest bardziej nastawiony na rozrywkę niż głębokie przemyślenia, ale i tak warto go obejrzeć.


czwartek, 2 sierpnia 2012

Mroczny Rycerz powstaje *****

Jestem dużym fanem filmów o Batmanie. Dotyczy to jednak dwóch pierwszych części w reżyserii Tima Burtona z Michaelem Keatonem w roli tytułowej. Następne historie były już słabsze i dopiero Christopher Nolan "zwrócił" temu bohaterowi życie. Chociaż przyznaję, że o ile "Batman - Początek" był dla mnie filmem dobrym, ale nie takim, który będę wspominał po latach, to już "Mroczny Rycerz" takim dziełem się stał.

"Mrocznego Rycerza..." od początku ogląda się znakomicie. Pierwsze półtorej godziny to pokaz czystej, doskonałej rozrywki, przy której nie sposób się nudzić. Są i efekty specjalne (na szczęście nie dominują nad fabułą), ciekawy wątek, świetnie zarysowane postaci oraz jeszcze bardziej dynamizująca akcję, poruszająca muzyka Hansa Zimmera. Kolejna godzina to już dzieło głębsze, odwołujące się bardziej do przeszłości życia Bruce'a Wayne'a (jak chociażby przewijający się bohaterowie z poprzednich części trylogii). Film pozbywa się lekkości i zabawności z początku, robi się bardziej mroczny i ma zaskakujące zakończenie.

Nie wiem czy Nolan zrobił to przypadkowo czy też nie, ale w filmie jest wiele nawiązań do innych obrazów kinematografii. Walka policji ze zbirami Bane'a i sam jego pojedynek z Batmanem przypominają mi nieco epicki rozmach walk z "Gangów Nowego Jorku" i konfrontację Daniela Day Lewisa z Liamem Neesonem (pojawił się w epizodzie filmu). Motyw z dwiema kobietami, kręcącymi się wokół Batmana/Wayne'a - to też stary jak świat chwyt wykorzystywany chociażby z serii o Bondzie. Z kolei sceny na moście przypominają mi świetnie przedstawioną pod względem realizacyjnym scenę bitwy o most Golden Gate w San Francisco, w opisywanej przez Mr. White'a "Genezie planety małp". A sam Bane to miks przypakowanego dresa, z maską Hannibala Lectera i głosem Dartha Vadera. Ale nie ma tutaj kalki innych filmów. Nolan ma swój własny, niepowtarzalny styl. I - co najwyżej - umiejętnie powiela pewne efekty z innych filmów, robiąc to nawet lepiej od swoich poprzedników.

Co należy cenić w filmach Nolana to fakt, że świetnie łączy rozrywkę z nieco ambitniejszym kinem. Motywem przewodnim (tak jak w poprzednich częściach tej serii) jest walka Wayne'a ze swoimi duchami przeszłości i słabościami. Ciekawy jest też wątek związany z mechanizmami sprawowania władzy przez państwo. W pewnym momencie uświadamiamy sobie, że lepiej żyć w skorumpowanym świecie, w którym jest jednak pewien porządek i ład, niż funkcjonować w świecie anarchii, jak to jest ukazane w momencie przewrotu dokonanego przez Bane'a. W Gotham rządzonym przez przeciwnika Batmana króluje bezprawie, a role sędziów przyjmują dawni wrogowie naszego dzielnego nietoperza.

Świetnie grają aktorzy. Bale utwierdził mnie w przekonaniu, że jest idealnym odtwórcą Batmana (chociaż zawsze będę miał sentyment do Keatona). Tom Hardy jako Bane zdaje egzamin. Nie jest aż tak genialny jak Heath Ledger w roli Jokera, ale w przeciwieństwie do Ledgera nie dominuje nad fabułą, tylko potrafi się umiejętnie do niej wpasować. I pomimo to i tak pozostać w pamięci. Mam pewien dylemat z oceną Anne Hathaway w roli Catwoman. Z jednej strony jest niezwykle zabawna, wdzięczna i świetnie prezentuje się w obcisłym kostiumie. Z drugiej jednak strony brakuje mi w niej... kotki (jej kostium przypomina bardziej wdzianko jakiejś wonderwoman, a nie kocicy). No i brak słynnego "miau" (pamiętna Michelle Pfeiffer z dawnej wersji świetnie potrafiła to oddać) stanowi dla mnie pewien niedosyt. Aktorzy drugiego planu (Oldman, Caine, Freeman) nie stanowią tła, tylko wzbogacają fabułę i wartość filmu. Nieźle wypada również Gordon-Levitt w roli młodego policjanta Johna Blake (jeśli będzie kontynuacja Batmana, to mamy nowego Robina). Chyba jedyna rola, która mnie nieco zawodzi, to postać Mirandy Tate w wykonaniu Marion Cotillard. Francuska aktorka gra za bardzo teatralnie i wypada blado wobec kreacji innych osób.

Pomimo pewnych logicznych nieścisłości (nie chcę pisać jakich, aby nie psuć frajdy z oglądania) film uważam za świetny i żałuję, że to już koniec Batmana w wykonaniu Nolana. Reżyser, co prawda, zostawił pewną furtkę swoim następcom, ale wątpię, aby była szansa na dzieło na podobnym poziomie. Póki co możemy rozkoszować się jego kunsztem i najlepszym filmem wakacji.

Chyba najlepszy trailer jaki znalazłem w sieci, z niezwykle dowcipnym zakończeniem: