Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Samuel L. Jackson. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Samuel L. Jackson. Pokaż wszystkie posty

piątek, 8 lutego 2013

Django Unchained *****

Osadzona w tle XIX-wiecznych Stanów Zjednoczonych historia łowcy głów Doktora Shultza (Christopher Waltz), który pozbawia łańcuchów Django (Jamie Foxx) - czarnoskórego niewolnika. Django okazuje się dobrym, pragnącym zemsty na "białych", strzelcem i staje się wspólnikiem Doktora w wymierzaniu sprawiedliwości mordercom i oszustom...

Zauważyłam, że w filmie niektórzy doszukują się pastiszu westernu. Moim zdaniem to raczej parodia tego gatunku albo makaroni westernu. Tarantino w moim odczuciu wyśmiewa kowbojów i szeryfów, strzelaniny i bójki, walkę z przestępczością i ogólnie pojęte zwyciężanie dobra nad złem. Typowy dla Tarantino rozlew krwi i czarny humor jest w filmie wręcz groteskowy, a bohaterskie czyny wyzwolonego Django umiejscowione tuż przed wojną secesyjną to wręcz historyczna ironia.

Akcja filmu momentami jest strasznie wolna, sceny konnej jazdy po Dzikim Zachodnie dłużą się niemiłosiernie, ale owe spowolnienie nie jest moim zdaniem wymuszone, daje bowiem możliwość bliższego poznania bohaterów i buduje napięcie (a przy okazji zdjęcia krajobrazów cieszą oko).

Mieszane emocje budzi muzyka, z jednej strony Ennio Morricone, znany już ze spaghetti westernów Sergia Leone, czy Johny Cash, z drugiej ... James Brown i 2Pac. Wyobraźmy sobie: stan Missisipi, kowboje, konie i lecący z głośników rap i R'n'B. Żadną miarą nie pasuje on do konwencji westernu. Być może Tarantino dobrał współczesną muzykę, której głównymi twórcami są czarnoskórzy wokaliści, aby stanowiła kontrast z niewolnictwem, ale mnie jednak od nadmiaru zabawy ze stylami bolały uszy.

Aktorzy raczej nie zawiedli. Foxx dobrze się spisał w roli zdeterminowanego i odważnego byłego niewolnika. Jeśli chodzi o czarne charaktery, po raz kolejny podoba mi się gra DiCaprio, tym razem jako Calvina Candy - wpływowego i zamożnego właściciela wielu plantacji (Candylandu) i niewolników, dla mnie stanowiącego symbol dekadentyzmu w kwestii niewolnictwa. Niezła jest również gra Samuela L. Jacksona, sam fakt, że nie da się lubić postaci, którą stworzył świadczy o tym, że zagrał dobrze. Jednak numerem jeden z obsady jest według mnie Christoph Waltz. Widząc jego grę, jestem w stanie uwierzyć, pomimo absurdalnych scen w filmie, w jego umiejętności, inteligencję i dobre serce. Jest przy tym przezabawny, podobnie zresztą jak w "Bękartach Wojny".

Jako, że jestem z natury mocno wrażliwa, to pomimo żartobliwej konwencji filmu przeraża mnie świadomość bezwzględności i brutalności wobec niewolników. Parodia w zestawieniu z niewolnictwem wydaje się trochę kontrowersyjna. Co prawda ten sam zabieg Tarantino zastosował w "Bękartach wojny" wplatając parodię w drugą wojnę światową i holocaust, ale w "Django" kontrast wydaje się silniejszy. Dzieje się chyba tak za sprawą podkreślenia w filmie ogromu cierpienia uciemiężonych ludzi i bardzo brutalne sceny (walka niewolników, rozszarpanie D'Artagnana przez psy). Okrucieństwo jest dosadne, poraża, ale w ten sposób Tarantino zostawia swoją wizytówkę, a rozlew krwi w koncówce filmu, wydaje się zabawny i "lekki".

Film ten wypada na tle poprzednich produkcji Quentina Tarantino troszkę słabiej. Nie wiem czy jest to kwestia fabuły, czy może po prostu styl tego reżysera nie pasuje do westernu, do którego nawiązuje "Django", tak jak pasował do filmu wojennego w "Bękartach" i azjatyckiego kina sztuki walki w "Kill Billach". W każdym razie Tarantino poniżej pewnego poziomu nie schodzi i cały czas wciąga i zaskakuje.



niedziela, 6 stycznia 2013

Unthinkable *****

Mocno niedoceniony, wręcz niezauważony w Polsce film Gregora Jordana, opowiadający o walce z terroryzmem w Stanach Zjednoczonych.

Początek historii zapowiada się jak standardowe kino o dzielnych amerykańskich agentach i złych muzułmanach. Film przedstawia historię jednego z nich - Yusufa Ata Mohameda, który nazywał się kiedyś Steven Younger i był amerykańskim ekspertem nuklearnym. Otóż Younger / Mohamed podłożył ładunki wybuchowe w trzech największych miastach Stanów Zjednoczonych, które zdetonuje w ciągu dwóch dni. Terrorysta daje się złapać policji i do wszystkiego się przyznaje, poza miejscem ukrycia ładunków. W celu wydobycia z Youngera informacji o bombach jednostki antyterrorystyczne wysyłają agentkę Helen Brody i tajniaka "H" Humphriesa.

Akcja toczy się głównie w sali, gdzie odbywają się przesłuchania Youngera. Zamknięte pomieszczenie i pewnego rodzaju gra pomiędzy terrorystą a przesłuchującymi pozwala skupić się na mocnych i wyrazistych kreacjach aktorskich. Jackson i jego tajemniczy "H" Humphries to osoba bardzo kontrowersyjna, brutalna, która ponad wszystko wyznaje zasadę "cel uświęca środki". Dzięki grze Jacksona ta barwna postać nabiera jeszcze większych rumieńców. Carrie-Anne Moss - jako agentka Brody - bardzo realistycznie pokazuje ludzki wymiar swojej postaci i stanowi zdecydowaną przeciwwagę dla działań Humphriesa. Na przykładzie tych dwóch bohaterów można się zastanowić, które podejście do walki z terroryzmem jest lepsze.

Chyba jednak wszystkich przebija gra Michaela Sheena. Younger w jego wykonaniu to majstersztyk. Jego przemiana, kiedy najpierw wygląda na załamanego i pogodzonego z losem, by później pokazać swoje cyniczne oblicze, to naprawdę czysta perfekcja. Muszę przyznać, że kojarzę tego aktora dotychczas z dwóch ról - tej z "Unthinkable" i z "The Damned United", gdzie wcielił się w rolę charyzmatycznego trenera piłkarskiego Briana Clougha. Każda z nich zapada mocno w pamięci.

Jordan stawia wiele pytań - jak daleko można się posunąć, aby osiągnąć swój cel? Czy w walce z terroryzmem istnieje moralność, czy zimna kalkulacja? No właśnie - o czym już wspominałem - film pokazuje dwie postawy i stawia kolejne pytanie, która z tych postaw jest właściwa. Z jednej strony "H" wierzy, że terrorystów należy gnoić, torturować ich nie tylko psychicznie i fizycznie, ale również, gdy trzeba, to sięgać po środki jeszcze bardziej drastyczne i ostateczne. Z kolei Brody nie akceptuje tych metod i próbuje podejść terrorystę bardziej humanitarnymi sposobami. Końcówka filmu pokazuje, która postawa mogłaby przynieść lepszy rezultat.

Film jak najbardziej mogę polecić tym wszystkim, którzy lubią coś więcej niż zwykłe kino akcji i chcą po prostu zastanowić się przez chwilę nad ludzkim postawami.



sobota, 1 grudnia 2012

Avengers ****

Iron Man, Captain America, Thor, Hulk, Czarna Wdowa i Hawkeye, czyli "The Avengers" (mściciele) razem na ekranie filmowym. Superbohaterowie jednoczą siły by ocalić Ziemię przed zagładą. Spełniony mokry sen fana komiksów wydawnictwa Marvel.

Ostatnimi laty mieliśmy wysyp filmów o komiksowych superbohaterach. Iron Man, Hulk, Captain America i Thor doczekali się filmów poświęconych tylko im. Najwyraźniej hollywoodzcy producenci doszli do wniosku, że przyszedł czas na superprodukcję o superbohaterach. Po ostatnich hitach naszej rodzimej kinematografii z bitwami w tytułach, już na samo słowo superprodukcja reaguję alergicznie, ale jak się okazało, nie zawsze musi być źle.

Choć historia, jak to w ekranizacjach komiksów, jest dość przewidywalna, a film trwa bite 143 minuty, to mi się nie dłużył. Zebranie w jednym miejscu tych wszystkich postaci okazało się dla scenarzystów raczej okazją niż pułapką. W towarzystwie innych superbohaterów nie wydają się aż tak bardzo super, czy też tak bardzo inni. Widzimy ich bardziej ludzką stronę. Tworzą zespół, który tylko współpracując może zwyciężyć. Ich wspólne docieranie się obserwujemy z zainteresowaniem, może trochę żarliwiej niż zwykle kibicując im w śmiertelnym starciu.

Oczywiście nie jest to kino dostarczające materiału do przemyśleń, czy refleksji, ale sądzę, że ludzie czegoś takiego oczekujący wybiorą raczej dzieła Kieślowskiego czy Bergmana. To co dostajemy to czysta rozrywka, ale na naprawdę wysokim poziomie. Zapierające dech w piersiach, ale nie męczące efekty specjalne, precyzyjna reżyseria, parada gwiazd (Roberta Downey Jr, Scarlett Johansson, Samuela L. Jacksona, nasz Jerzy Skolimowski...), które całkiem dobrze odnajdują się w kostiumach superbohaterów oraz pomysłowa fabułą sprawiają, że "Avengers" to dobra propozycja na piątkowy wieczór nie tylko dla fanów komiksów.