Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Oskary 2014. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Oskary 2014. Pokaż wszystkie posty

piątek, 19 września 2014

Wielkie piękno **

Nie mając pomysłu na co wybrać się do kina, postanowiłam powrócić do hitów ostatniej Gali Oskarowej i sprawdzić jaki film uznała Akademia, w kategorii najlepszego filmu nieanglojęzycznego, za lepszy od mojego faworyta tj. "Polowania".

Ciężko wyjaśnić fabułę "Wielkiego piękna". Główny bohater Jep Gambardella (Toni Servillo), pisarz i dziennikarz, wiedzie życie zamożnego artysty. Widzimy jak spędza czas z przyjaciółmi z elitarnego światka, a to na mocno zakrapianych balangach, a to na rozmowach o życiu i tematach dosyć intymnych. Spoglądamy na Rzym oczami Jepa, gdy samotnie spaceruje ulicami stolicy. Piękno miasta, poruszający śpiew chóru, przeplata się z ogłupiającymi narkotycznymi imprezami, transową muzyką, brzydotą ludzi i pozbawionym sensu ich relacjom.

To wszystko jest tłem do rozważań bohatera, świadomego, że nie jest już najmłodszy, o pędzącym czasie i tym, co utracił (miłość) i czego nie odnalazł (piękno). Jep poszukuje piękna, które ma być natchnieniem do napisania kolejnej powieści (dowiadujemy się, że w młodości napisał jedną, wysoko nagrodzoną).

Rozumiem ambicje filmu do wychwalania wrażliwości na sztukę. Rozumiem problem przemijania. Cieszy mnie, że bohater odkrywa, życiowe prawdy: że nie musi robić tego na co nie ma ochoty (skoro zostało mu niewiele czasu), że może przyjaciołom otwarcie powiedzieć co o nich sądzi (jest na tyle doświadczonym człowiekiem, że wie czym jest prawdziwa przyjaźń). Ale gdy tak przyglądam się światu z perspektywy bohatera nie wiem, czy mam rozumieć, że piękno jest wszędzie czy nie ma go wcale. Gdy patrzę na Rzym jego oczami, myślę, że Jep dostrzega je w owej utraconej miłości, ale również w drobnych rzeczach i istnieniach, w przyrodzie, dzieciach, zwierzętach. Tyle tylko, że aby to zrozumieć potrzebował wielu lat i docenia, gdyż zbliża się do schyłku życia. Wielu ludzi umiera, odchodzi a jemu dane jest żyć... A może to moja nadinterpretacja? Nie wiem, gdyż film w zasadzie nie ma fabuły.

Może to dobrze, gdy intencje autora nie zostają podane na tacy. Jednak chaos scen i skrawki ukazywanych wydarzeń, mimo że uważam się za osobę wrażliwą, powodują że kilka razy mam ochotę usnąć podczas filmu i nie oglądać go do końca. Czuję się zagubiona, gdy nie wiem o co w tym wszystkim chodzi, a moja ciekawość nie zostaje zaspokojona, więc oglądam dalej, żeby zrozumieć. Zakończenie nie daje mi jednak wcale odpowiedzi. Kolejni bohaterowie wprowadzani do filmu raz po razie mają uświadomić nam przemijalność bytu. O pięknie i przemijaniu można jednak obejrzeć wiele filmów, moim zdaniem dużo lepszych niż nasz oskarowy hit roku 2013. Zaś o pozytywnych stronach "Wielkiego piękna" nie da się dużo napisać. Na uwagę zasługują bardzo ładne zdjęcia. Całkiem nieźle spisuje się Toni Servillo, nagrodzony między innymi za rolę w dramacie "Gomorra", wiarygodnie odgrywa zgorzknienie i zepsucie podstarzałego artysty obracającego się w elitarnym rzymskim środowisku. To tyle.

Niestety "Wielkie piękno" wieje nudą, a scenariusz i fabuła są dla mnie nielogiczne, niepełne, niedające satysfakcji w odbiorze przedstawionej historii. Być może kubeł wody wyleją na mnie wielcy znawcy kina. Jednak nie zamierzam udawać, że film do mnie trafił ani zawyżać oceny sugerując się otrzymanymi przez niego nagrodami. Takie jest skromne zdanie krytyka w kapciach, widza poszukującego filmu dającego do myślenia, a niekoniecznie przerostu formy nad treścią.

środa, 16 lipca 2014

Tajemnica Filomeny ****

Filomena Lee (Sophie Kennedy Clark), religijna Irlandka, w bardzo młodym wieku zachodzi w ciążę z przypadkowym mężczyzną. Ponieważ mowa tutaj o latach 50. XX wieku, Filomena ciężko pracuje za murami klasztoru, gdzie obowiązują zasady rygorystycznej dyscypliny, w zamian za dach nad głową i opiekę nad synkiem. Wkrótce matka zostaje oddzielona od chłopca, siostry zakonne oddają dziecko do adopcji, a Filomenie pozostaje po synku jedynie fotografia. Bohaterka, w dniu przypadającym na 50 urodziny syna, jako starsza już kobieta (Judi Dench), postanawia odnaleźć dziecko i ujawnić światu swoją historię. Wsparcia w poszukiwaniach oraz opisania losów matki i jej dziecka podejmuje się zwolniony z pracy dziennikarz polityczny, Martin Sixmith (współscenarzysta, Steve Coogan).

Filomena i Martin reprezentują dwa odrębne światy. Spokojna, starsza pani, trwająca w wierze w Boga, pomimo tragedii jaka ją spotkała, znajduje wspólny język z młodszym dziennikarzem, który stracił wiarę. Początkowo Martin nie jest zainteresowany napisaniem książki obyczajowej, jednak z czasem angażuje się emocjonalnie w historię Pani Lee i jej syna.

Losy Filomeny są oparte na prawdziwej historii, a fakt, iż jest ona jedną z wielu, sprawia, że dramat jest bardzo poruszający. Oglądając film nie mogłam pogodzić się, z cierpieniem na jakie skazywane były młode dziewczyny, w świecie, w którym dobro matki i dziecka było mniej ważne niż opinia otoczenia i "hańba" jaką niosło za sobą nieślubne poczęcie dziecka. Praktyki sióstr zakonnych budzą bardzo negatywne emocje, jednak zasady, jakimi kieruje się Filomena (świetnie zagrana przez Judi Dench), w zestawieniu z ateizmem Martina, sprawia, że staram się zrozumieć silną, aczkolwiek wystawioną na ciężką próbę, wiarę bohaterki. Oczywiście współczucie i wzruszenie, które towarzyszy w kolejnych kadrach filmu, sprawia, iż oczekuję na zadośćuczynienie i ukaranie osób odpowiedzialnych za krzywdy wyrządzone młodym dziewczynom i ich rodzinom.

Film poddaje pod rozwagę postrzeganie świata i relacji międzyludzkich przez osobę wierzącą i ateistę. Krytykuje pewne praktyki religijne, jednocześnie przeciwstawiając pokorę, tolerancję i przebaczenie cechujące Filomenę z gniewem i sceptycyzmem Martina. "Tajemnica Filomeny" zachowuje przy tym idealne proporcje - z tą samą intensywnością ściska za gardło wzruszając, rozbawiając zarazem specyficznym humorem. Rodzi gniew, ale daje nadzieje. Dodając do tego wspaniałe kreacje aktorskie i scenariusz, otrzymujemy bardzo dobre brytyjskie kino.

niedziela, 2 marca 2014

Oskary 2014: Nasze typy

Już dziś w nocy rozdane zostaną najbardziej prestiżowe nagrody filmowe za rok 2013. Nagrody te jak zawsze wzbudzają wiele emocji, czasami nawet kontrowersji. Zdarzało się, że Akademia zaskakiwała nas pozytywnie (np. dostrzegając niebędący faworytem bukmacherów "Crash"), raz negatywnie (jak doceniając jednego z naszych ulubionych reżyserów Martina Scorsese za jeden z jego najsłabszych filmów). Jak będzie tym razem dowiemy się w poniedziałek nad ranem a tymczasem postanowiliśmy zabawić się i wytypować zwycięzców, którzy naszym zdaniem powinni zostać nagrodzeni. Ciekawi jesteśmy Waszych typów więc nie wahajcie korzystać się z komentarzy. Pełną listę nominacji możecie znaleźć np. tutaj.

NAJLEPSZY FILM (typuje Mr. White)

Osobiście nagrodziłbym “Witaj w klubie”. To film poruszający bardzo aktualny problem, gdy system, który miał służyć dobru obywateli de facto odbiera im ostatnią nadzieję. Oparty na faktach, przypomina z jednej strony tak bliską, z drugiej tak odległą epokę, gdy wszyscy bali się HIV i kojarzyli tego wirusa głównie z homoseksualistami. No i zawiera dwie wielkie kreacje aktorskie Jareda Leto i Matthew McConaughey. Nie zdziwi mnie jednak, jeśli Akademia zdecyduje się nagrodzić “Zniewolonego”. Ten niezwykle brutalny obraz niewolnictwa poraża swoją dosadnością i może być dla Hollywood pewnym zadośćuczynieniem za lata, gdy lansowała niemalże sielski obraz XIX wiecznego południa chociażby w “Przeminęło z wiatrem”. Wyróżniłbym również “Kapitana Phillipsa”, jednak nie sądzę by rok po roku Akademia zdecydowała się nagrodzić thriller. Ogólnie jednak wydaje mi się, że niepotrzebnie rozdmuchano tą kategorie aż do tylu tytułów, gdyż co najmniej kilka wydaje się być nominowanych zdecydowanie na wyrost.

NAJLEPSZY AKTOR PIERWSZOPLANOWY (typuje Mr. Blonde)

„And the Oscar goes to… Tom Hanks” - takiego werdyktu spodziewałem się usłyszeć po obejrzeniu „Kapitana Philipsa”. Hanks stworzył wybitną rolę, być może najlepszą od czasów „Forresta Gumpa”, a tymczasem nie dostał nawet nominacji. Skoro nie Hanks, to moim zdecydowanym faworytem jest Matthew McConaughey, dla którego dwa ostatnie lata były niezwykłe. Najpierw świetna rola w „Uciekinierze”, znakomity epizod w „Wilku...”, aż w końcu wisienka na torcie w postaci znakomitej roli chorego na AIDS kowboja Rona Woodroofa w „Witaj w klubie”. McConaughey aktorsko dojrzał i wyszedł już z roli przystojniaka, którego zatrudnia się do filmów tylko dlatego, że dobrze wygląda. Stał się aktorem dramatycznym, zdolnym do największych poświęceń (dla roli schudł kilkanaście kilo). Jeśli nie on, to niewykluczone, że Oskara otrzyma Di Caprio, który miał już zdecydowanie lepsze role, ale jak wskazuje historia - Oskary rządzą się swoimi prawami.

NAJLEPSZA AKTORKA PIERWSZOPLANOWA (typuje Ms. Pink)

W tej kategorii widzę 3 mocne kandydatury: Judi Dench, Meryl Streep i Cate Blanchett. Nie chciałabym, aby Oskara dostała Meryl Streep, gdyż miewała zdecydowanie lepsze role. Judi Dench zagrała nieźle i nie zdziwi mnie jeśli Akademia nagrodzi ją za postać Filomeny, mając na uwadze dotychczasowy wielki dorobek aktorki. Moją faworytką jest jednak Cate Blanchett, która zagrała świetnie dosyć trudną do stworzenia postać. Amy Adams zagrała nieźle, ale dużo lepsza była w w drugim filmie “Ona” - nominowanym w kilku kategoriach, jednak nie za role kobiece. Nominacja dla Sandry Bullock, to chyba jakaś pomyłka. “Grawitacja” jest dobrym filmem, ale na pewno nie jest to zasługa Sandry.

NAJLEPSZY AKTOR DRUGOPLANOWY (typuje Mr. Blonde)

Michael Fassbender ma pecha, który nazywa się Jared Leto. Aktor niemieckiego pochodzenia zagrał naprawdę świetnie sadystycznego Edwina Eppsa w „Zniewolonym”, ale to Leto stworzył genialną rolę transseksualisty w „Witaj w klubie”. Jego Rayona jest tak kobieca, że Leto mógłby swobodnie startować również w kategorii „Najlepsza aktorka drugoplanowa”. Jakikolwiek inny wybór Akademii niż Leto, ewentualnie Fassbender, będzie dla mnie dużą sensacją.

NAJLEPSZA AKTORKA DRUGOPLANOWA (typuje Ms. Pink)

Ani wzruszająca Lupita Nyong’o, ani szalona i lśniąca w stylu lat 70’ Jennifer Lawrence, nie są tak dobre jak Julia Roberts. W swojej roli dojrzała i odważna, nie dając się przyćmić Meryl Streep, jest głównym atutem “Osage Country”.

NAJLEPSZY REŻYSER (typuje Mr. White)

Wśród nominowanych nie ma niespodzianek, wszyscy to znakomici reżyserzy. Ja wyróżniłbym chyba Davida O. Russella za “American Hustle”. Jego dzieło jest hołdem dla starej szkoły (głównie Scorsese), każda scena jest dopracowana, ma przemyślane wejście i wyjście, no i przede wszystkim fantastycznie poprowadził aktorów, którzy stworzyli pełnowymiarowe postacie, choć scenariusz (zresztą również autorstwa Davida O. Russella) tego nie ułatwiał. Sprawdził się również w nowej dla siebie konwencji. To samo można powiedzieć o Alfonso Cuaronie, którego wybór też mnie nie zaskoczy.

NAJLEPSZY SCENARIUSZ ORYGINALNY (typuje Ms. Pink)

“Ona” - bardzo ciekawy pomysł na film to jednak za mało, cały scenariusz wypada blado. Interesujący jest również “American Hustle”, ale mam wrażenie, że jest nierówny. Zwycięzcą jest dla mnie “Witaj w klubie”, opowiadający nie tylko o chorobie, ale poruszający wiele wątków takich, jak społeczne wykluczenie, ostracyzm i wreszcie walkę z systemem, który na pozór stworzony dla obywateli, wspiera farmaceutyczne lobby.

NAJLEPSZY SCENARIUSZ ADAPTOWANY (typuje Mr. Blonde)

Wygra zapewne „Zniewolony”, ale ja dla przekory i w kontrze do kolejnej amerykańskiej historii o problemach czarnoskórych (który to już tego typu film w ostatnim czasie?) oddaję głos na „Kapitana Phillipsa”. Billy Ray wiernie odtworzył losy tytułowego bohatera z książki Richarda Phillipsa i Stephana Talty „Kapitan. Na służbie”. Pokazał również, że piraci to nie zbóje z opaską na oku, których dotychczas kojarzyliśmy z bajek pt. „Piraci z Karaibów”, tylko przedstawił ich z zupełnie z innej strony. Scenariusz Raya jest złożony, bo skłania do rozmyślań nad wyborami życiowymi bohaterów, ich postawach i mam nadzieję, że pomimo bardzo “amerykańskiego” “Zniewolonego” zostanie jednak nagrodzony.

NAJLEPSZE EFEKTY SPECJALNE (typuje Ms. Pink)

W tej kategorii “Grawitacja” pozostawia konkurencję daleko w tyle. Rewelacyjne efekty wciskają w fotel. Całkiem niezły jest też “Hobbit”, ale mam wrażenie, że wszystko widzieliśmy już w części pierwszej.

NAJLEPSZE KOSTIUMY (typuje Ms. Pink)

Miło popatrzeć na lata 70’ w “American Hustle”, ale najciekawsze kostiumy zobaczyć można jednak na wystawnych przyjęciach u Gatsby’ego.

NAJLEPSZE ZDJĘCIA (typuje Mr. White)

Wydaje mi się że najwyższy już czas by Akademia doceniła Oskarem Rogera Deakinsa. Za “Labirynt” dostał już dziesiątą nominację. Jego wspaniałe, dopracowane zdjęcia doskonale budują duszny, mroczny i przygnębiający klimat tego chyba trochę niedocenionego przez Akademię thrillera.

NAJLEPSZY MONTAŻ (typuje Mr. Blonde)

Pod względem fabuły „Grawitacja” to film średni. Natomiast pod względem technicznym jest znakomity, dlatego jest dla mnie zdecydowanym faworytem w tej kategorii.

Zniewolony ***

Steve McQueen podjął się często już ekranizowanego motywu niewolnictwa. To, co odróżnia "Zniewolonego" to przedstawienie bohatera, który był wolnym człowiekiem lecz został podstępnie uprowadzony i sprzedany jako niewolnik. Solomon Northup (Chiwetel Ejiofor) mąż i ojciec, niegdyś pracujący jako muzyk, staje się własnością plantatorów bawełny.

Osadzona w XIX wieku historia Solomona ukazując losy czarnoskórych niewolników, przeraża scenami przemocy, ich cierpienia. Jednak zestawienie w opowieści osób urodzonych w niewoli z bohaterem, który wie co znaczy być wolnym człowiekiem, kładzie nacisk na wolę walki o przetrwanie tego drugiego. Solomon, żyje nadzieją powrotu do utraconej rodziny, ma wspomnienia z wolnego życia i potrafi być bardziej zdeterminowany oraz znieść więcej, niż Patsey (Lupita Nyong'o), dziewczyna nieznająca innego życia niż niewolnicze.

Film dłuży się i wydaje się, że to celowy zabieg ukazania ciągnących się lat niewoli Solomona. Ejiofor jednak nie zachwycił mnie grą, z wciąż tym samym wyrazem twarzy, na skraju wściekłości i frustracji, ale z nieumierającą nadzieją na odzyskanie wolności. Swoją grą wzrusza Lupita Nyong'o, jednak nominacja do Oskara to w moim odczuciu przesada. Świetnie natomiast zagrał Fassbender w roli psychopatycznego i okrutnego Pana niewolników, którego mamy ochotę znienawidzić. Widzimy w nim człowieka, który wyżywając się na niewolnikach leczy swoje kompleksy i frustracje. Naprawdę wierzy w to, że czarnoskórych nie należy traktować jak ludzi, czego uzasadnienie znajduje nawet w Biblii, którą czyta swoim niewolnikom. Niemal wszyscy "biali" przedstawieni są w filmie jako bezlitośni oprawcy, a z uczuciami czarnoskórych nie liczą się przede wszystkim kobiety.

Reżyser zadbał o wymowność filmu. Okrucieństwo pokazane jest wprost - poprzez brutalne sceny karania niewolników chłostą, jak i symbolicznie np. w formie zakrwawionej koszuli bohatera, którą kiedyś dostał w prezencie od żony. Znaczące są także zdjęcia takie jak te przedstawiające piwnicę z niewolnikami na tle Kapitolu. Mam niestety wrażenie, że wiele scen zrobionych jest na siłę i film, zamiast przeszyć do cna, nuży. Przerost formy nad treścią powoduje, że historia Solomona chociaż bazująca na prawdziwym scenariuszu, nie zapadnie w pamięć. Dużo ciekawsza i również oparta na faktach, była historia, zaprezentowana także w tym roku, walki o równouprawnienie w "Kamerdynerze". Jednocześnie nie do końca przemawia do mnie pomysł na zaadaptowanie scenariusza. Chociaż rozumiem, że ktoś kto zaznał wolności, uwięziony cierpi niczym ptak w klatce, to jednak bardziej mnie porusza los osób takich jak Patsey, dziewczyny która nie ma i co więcej nawet nie może mieć żadnych nadziei, że kiedyś będzie wolna.

Historia, która twórcom filmu jest bliższa niż mnie, gdyż rodzima, na pewno warta jest obejrzenia. Prawdopodobnie "Zniewolony" otrzyma dużo statuetek, moim faworytem do Oskara jednak nie jest ani w kategorii najlepszego filmu, ani roli pierwszoplanowej, ani scenariusza adaptowanego ani nawet scenografii czy kostiumów. Na wyróżnienie zapracował w mojej opinii jedynie Fassbender.

Sierpień w hrabstwie Osage ****

Adaptacja sztuki teatralnej Tracy Letts w wydaniu John'ego Wells'a to zarazem zabawna i pełna sarkazmu komedia, jak i przerażający dramat obyczajowy. Charaktery członków rodziny Weston i ich relacje mogą sprawić, że jeśli komuś wydawało się, że ma nienajlepsze stosunki z rodziną, poczuje ulgę. Po obejrzeniu jednak można uzmysłowić sobie jak bardzo silny wpływ na nasze życie i postawę mogą mieć toksyczne związki w rodzinie, odziedziczone lub nieświadomie powielane zachowania, nie koniecznie pożądane i wzorcowe. Chociaż postacie w filmie nie mają zmartwień większych niż przeciętny człowiek, to sposób ich postępowania sprawia, że naprawdę można im współczuć.

Bohaterowie, a zwłaszcza chora na raka, lekomanka, seniorka rodu Violet (Meryl Streep) usprawiedliwiają swoje zachowania pochodzeniem i związanym z nim trudnym dzieciństwem. I faktycznie za sprawą dobrych zdjęć Osage przedstawione jest jako miejsce, w którym nic się nie dzieje, nie ma perspektyw, a lejący się z nieba żar potęguje to wrażenie.

Oczywiście, ponieważ film opowiada przede wszystkim o ludziach, ich lękach i pragnieniach, to w rękach aktorów spoczywa odpowiedzialność za autentyczność ich postaci. Dobra gra Meryl Streep, przejawiająca się przede wszystkim w tym, że naprawdę nie da się polubić granej przez nią postaci, sprawia, że losy rodziny stają się wiarygodne. Pomimo mojego wielkiego uznania i sympatii do aktorki muszę przyznać, że nie jest to jednak najlepsza rola Streep. Prawdziwy majstersztyk to dla mnie gra Julii Roberts, w roli córki Violet, walczącej z matką, a tak naprawdę ze sobą, dorosłej już kobiety. Doskonale ukazuje swoim zachowaniem piętno, jakie odcisnęło na jej bohaterce wychowanie w toksycznej rodzinie. Dojrzała Roberts niczym nie przypomina w filmie swoich ról z prostych komedii i można dostrzec jak bardzo rozwinęła się aktorsko od, nagrodzonej przecież Oskarem, roli Erin Brockovich. I pomimo grania u boku wielkiej gwiazdy, wcale nie zostaje w jej cieniu. Wręcz przeciwnie film należy bardziej do Julii niż do Meryl. Według mnie za "Osage Country" Roberts drugiego Oskara ma już w kieszeni.


sobota, 1 marca 2014

Ona ***

"Ona" to oparty na dość ciekawym pomyśle wizji przyszłości film o samotności, wrażliwości, potrzebie dzielenia życia z drugą osobą.

Akcja toczy się w przyszłości, wydawałoby się nie bardzo odległej, ale jednak świat bohaterów jest nieco bardziej zaawansowany technologicznie niż dziś. Theodore (Joaquin Phoenix), po rozstaniu z żoną (Rooney Mara), nie potrafi już cieszyć się życiem. W cierpieniu na pewno nie pomaga mu jego romantyczna natura ani praca, Theodore pisze bowiem listy miłosne na zlecenie innych osób. Główny bohater unika znajomych, nie jest gotowy na kolejne randki, a czatowanie z nieznajomymi dziewczynami nie dostarcza mu nawet chwilowej rozrywki. Gdy w jego życiu pojawia się Ona, wydaje się, że wreszcie poznał kobietę, która przywróci mu radość, zrozumie jego rozterki i potrzeby, kobietę inteligentną i cudowną, niemal ideał... Ale to, co odróżnia Ją od ideału muszę pozostawić zagadką...

Film dzięki samemu pomysłowi na scenariusz, o którym można pomyśleć "tego jeszcze nie było", jest ciekawy. Całkiem przyjemnie ogląda się historię uczuciowego Theodore'a. Mam jednak wrażenie, że to kolejny film pretendujący do Oskara, który zamienia się w dłużyznę. Może mam zbyt mało romantyczną duszę, ale już od połowy filmu ziewam i zastanawiam się co dalej? A zakończenie filmu, może nie jest, jak się spodziewałam, tandetne, ale jednak rozczarowuje.

Joaquin Phoenix gra nieźle, ale bez rewelacji. Zdaje się, że jego kreacja ma pokazać przeciętnego, ale wrażliwego faceta, niemniej jak dla mnie jest on zbyt ckliwy. Wydaje się też celowo oszpecony wielkimi wąsami i ubiorem (kolorowe koszule i spodnie zaczynające się pod pachami). Dziwi mnie trochę, że w świecie przyszłości mielibyśmy się tak słabo ubierać. Trudno też zrozumieć, dlaczego mając zaawansowaną technologię ludzie wciąż podpisują papierowe dokumenty, a w barze obsługuje ich kelnerka, notabene Azjatka.

Jednak cała historia wydaje się być pretekstem, by opisać ludzką naturę, schemat działania uczuć, potrzebę bliskości i zrozumienia przez drugą osobę. Film daje nam nam do rozumienia, że nasze relacje z bliskimi nie układają się, bo zawsze sprawdza się zasada: "wszyscy myślą tylko o sobie, tylko ja myślę o mnie". "Ona" zdaje się przekazywać uniwersalną prawdę, że chociaż świat się rozwija, to uczucia ludzkie są niezmienne, zawsze będziemy podatni na zranienie, delikatni, ale też egocentryczni. A brak otwarcia i zrozumienia dla drugiej osoby, spowoduje, że nie stworzymy dobrego związku i będziemy się nawzajem tylko krzywdzić.

"Ona" to film, który warto zobaczyć dla samego pomysłu, co nas być może czeka w przyszłości, jednak jako całość raczej nie jest moim typem Oskarowym ani w kategorii najlepszego filmu, ani oryginalnego scenariusza. Scenografia również nie porywa, natomiast na uwagę na pewno zasługuje muzyka:

Nebraska ***

Kino drogi, starość to motywy stale przewijające się w twórczości Alexandra Payna ("Bezdroża", "Spadkobiercy"). Powraca do nich również w swoim najnowszym dziele, nominowanej aż w sześciu kategoriach do Oskarów (w tym za najlepszy film) "Nebrasce".

W scenie otwierającej film widzimy jak stary, zaniedbany człowiek, jakby w przypływie szaleństwa, desperacko kroczy poboczem autostrady, gdzieś na rogatkach Billings w stanie Montana. To Woody Grant (Bruce Dern). Dostał on pocztą informację o "wygranej" miliona dolarów i by je odebrać musi stawić się w Lincoln w stanie Nebraska do następnego poniedziałku. Tak żona (znana z krótkiej, choć zapadającej w pamięć roli w "Schmidt" tego samego reżysera, June Squibb), jak i starszy syn (Bob Odenkirk) nie zamierzają mu w tym pomóc, uważając, że to tylko kolejna fanaberia będącego na skraju demencji alkoholika. Po kolejnej desperackiej próbie przebycia ponad tysiąca mil na piechotę, zdecyduje się na to jego młodszy syn, Dave (Will Forte), samemu znajdujący się na życiowych rozdrożach. Razem wyruszą w sentymentalną podróż do rodzinnego stanu, tytułowej "Nebraski".

Woody Grant, jak opisują go inni, zawsze był człowiekiem o dobrym sercu, ale naiwnym. Nigdy nie mówił zbyt wiele, a po powrocie z wojny koreańskiej prawie całkiem zamknął się w sobie. Wyznaje zasadę, że skoro spełnił swój obowiązek wobec ojczyzny i terminowo płaci podatki, to należy mu się coś od życia, a tym czymś jest prawo do niezakłócanej przez nikogo konsumpcji alkoholu. Nigdy nie miał dobrego kontaktu z młodszym synem. Dave myśli, że wspólna droga pozwoli mu bliżej poznać ojca, który mimo tylu wspólnych lat pozostaje dla niego enigmą. Przez zrozumienie ojca, ma nadzieję, dowiedzieć się czegoś o sobie samym. Los sprawi, że nim dotrą do Lincoln, wylądują w Hawthorne, miejscowości z której pochodzą, w domu brata Woodiego. Dołączą do nich żona Woodiego, drugi syn, pojawią się bracia, starzy znajomi. Odżyją dawne zadry, a widmo wielkiej wygranej, zaburzy życie tej spokojnej miejscowości.

Nebraska to również rodzinny stan samego Alexandra Payna. W scenariuszu Boba Nelsona dostrzegł chyba okazję, by nakreślić portret ludzi z tamtych stron. Nie jest on specjalnie pozytywny. Gdyby wyciągać wnioski na jego podstawie, można by pomyśleć, że środkowy zachód USA wymiera. Wszyscy są starzy i zmęczeni. To prości ludzie, nie mają większych ambicji niż by kolejny dzień zakończyć nad kieliszkiem w barze. Jak wysoki status ma tam alkohol, najlepiej świadczy scena w barze, w której Woody mówi do starającego się nie pić Dave'a "Bądź kimś, napij się piwa z ojcem". Przygnębiające wrażenie potęgują jeszcze czarno białe zdjęcia. Rodzina Woodiego może czuć się szczęśliwa, że podjęła decyzję, by opuścić Hawthorne. Daleko im do ideału, ale przynajmniej udało im się wychować synów na dobrze funkcjonujących ludzi.

Filmy o podobnie leniwej narracji jak w "Nebrasce" zwykłem określać mianem "snój". To jak bardzo mi się "snój" podoba w dużej mierze zależy od klimatu. W "Nebrasce" świetnie buduje go znakomita muzyka Marka Ortona. Nie zawodzą aktorzy, szczególnie Bruce Dern (wyróżniony przez jury festiwalu w Cannes) i June Squibb, zasłużenie nominowani do Oskara, stworzyli pełnokrwiste i niejednoznaczne sympatię postacie. Nie potrafię zrozumieć decyzji reżysera, by sfotografować piękne pejzaże Montany i Nebraski w czerni i bieli. Ciężko odgadnąć nawet porę roku, w której kręcony był film (można próbować zgadywać, że to jesień na podstawie stanu pól), kadry zlewają się ze sobą, co przy nieśpiesznej akcji, ułatwia zakradanie się nudzie.

Myślę, że "Nebraska" ma szansę spodobać się widzom ceniącym leniwe klimaty. Można ją docenić za próbę nakreślenia portretu trochę zapomnianej społeczności. Mnie jednak mimo świetnej muzyki i doskonałej gry aktorów odrobinę wynudziła i rozczarowała swoją przewidywalnością. Podobne historie rodzinne śledziliśmy już na ekranie nie raz. Po Alexandrze Paynie spodziewałem się bardziej oryginalnego podejścia do tematu.


wtorek, 18 lutego 2014

All Is Lost ****

Drugi, po "Chciwości", film J.C. Chandora, choć znalazł się w konkursie głównym Cannes, wygrał Złotego Globa w kategorii muzyka i zebrał świetne recenzje krytyków na całym świecie, nie wszedł jednak w Polsce do szerszego obiegu. Dystrybutorzy zapewne nie wierzyli w jego sukces, gdyż prezentuje on radykalnie inne podejście do tematu samotności i walki o przetrwanie rozbitka od standardowo praktykowanego przez Hollywood, a którego świetnym przykładem jest chociażby aż dziesięciokrotnie nominowana w tym roku do Oscara "Grawitacja".

Film otwiera scena, w której obserwujemy swobodnie dryfującą po morzu tratwę i słuchamy monologu będącego, jak się możemy domyślać, listem pożegnalnym próbującego się na niej ratować człowieka. Nie ma on już sił i świadomy tego, że nie przetrwa żegna się z najbliższymi. To pierwszy i zarazem ostatni moment, w którym twórcy pozwolą nam "zajrzeć" w duszę głównego bohatera, poznać jego myśli. Odkąd w następnym ujęciu przeniesiemy się w czasie osiem dni wcześniej, do feralnego poranka, gdy obudził go huk kontenera uderzającego w burtę łodzi, którą podróżował samotnie po Oceanie Indyjskim, będziemy mogli jedynie przyglądać się z pewnego dystansu jego zmaganiom z żywiołem.

Bohater nie tylko nie wygłasza przemówień do przedmiotów ani nie dostarcza swoich przemyśleń "z offu". My nic o nim nie wiemy. Nie wiemy jak się nazywa (w końcowych napisach widnieje jako "nasz bohater", z ang. "our man"), skąd pochodzi. Możemy oczywiście wyciągać wnioski na podstawie tego co widzimy. Nie wydaje się przypadkiem, że gra go Robert Redford. Dawny symbol seksu, nadal jest przystojny, mimo lat. Co autorzy dobitnie pokazują, w nieco absurdalnej scenie golenia się w obliczu nadciągającego sztormu, przywiązuje dużą wagę do swego wyglądu. Choć, jak dowiadujemy się z listu otwierającego film, ma bliskich, to zdecydował się na samotną podróż. Jest zamożny, na łodzi niczego nie brakuje, nie wydaje się przed niczym uciekać, ta podróż, i samotność z nią związana była wyborem nie przymusem. Widzimy jak działa w obliczu zagrożenia, jest chłodny, opanowany, nie dokonuje pochopnych decyzji, metodycznie wykonuje to co sobie zaplanował. Poddany niemalże Hiobowej próbie, nie marudzi, nie szuka winnych, do samego końca nie traci determinacji i woli walki o siebie. Gdy po kolejnym niepowodzeniu wykrzyczy w końcu bluźnierstwo, uwalniając ogrom kłębiących się emocji, chyba wszyscy oglądający czują ulgę.

Przez samą tematykę "All is lost" przywodzi na myśl dzieła Hemingwaya, Conrada, a specyficzna narracja wydaje mi się, że jeszcze te skojarzenia potęguje. Niewiele obrazów skłania do rozważań nad kruchością ludzkiego istnienia, jak widok małej łódki miotanej przez fale wzburzonego oceanu. Do całego tego bagażu kulturalnego J.C Chandor dodał od siebie parę symboli odwołujących się bezpośrednio do naszych czasów. "Nasz bohater" to biorąc pod uwagę jego postawę (i fakt że gra go Robert Redford) praktycznie ideał mężczyzny zachodu. Kontener, który uszkodził jego łódź pochodzi najprawdopodobniej z Chin, a wypływają z niego dziecięce buciki. Znaczące są też obrazy, gdy ogromne kontenerowce mijają beznamiętnie maleńką, dryfującą tratwę z desperacko wzywającym pomocy rozbitkiem, czy chociażby finałowa scena, której oczywiście nie mam zamiaru zdradzać. Starcie wschodu z zachodem, krytyka globalizacji? Każdy widz zinterpretuje to wszystko po swojemu.

Mimo że "All is lost" opowiada historię nie raz już przez nas słyszaną, to robi to na swój sposób, językiem czysto filmowym (obrazem) i dzięki temu jej symbolizm jest chyba nawet bardziej dosadny niż literackich pierwowzorów. Ponieważ film nie odniósł sukcesu komercyjnego, raczej nie uda mu się rozepchać ram skostniałego gatunku, ale myślę, że warto go zobaczyć. Również dla świetnej, choć nie docenionej przez akademię, roli Roberta Redforda, który musiał udźwignąć cały film na swoich barkach i praktycznie przez 105 minut nie schodzi z ekranu.


poniedziałek, 10 lutego 2014

Witaj w klubie ****

Hollywood raczej niechętnie podejmuje tematy związane z problemem AIDS. "Filadelfia" był bodaj pierwszym filmem, który w pełni pokazał istotę tej choroby, jednocześnie wskazując jak chora osoba jest spychana na margines społeczny i wręcz zaszczuta przez społeczeństwo. Jeśli ktoś jednak liczył, że w "Witaj w klubie" ("błyskotliwie" przetłumaczony amerykański tytuł "Dallas Buyers Club") obejrzy ciężki i sentymentalny obraz, na który trzeba będzie szykować kilka paczek chusteczek, może poczuć się zawiedziony.

Historia oparta na faktach. Mamy 1985 rok i mocno korzystającego z życia Rona Woodroofa (Matthew McCounaghey) - z zawodu elektryka, który w wolnych chwilach oddaje się pasji rodeo. Woodroff pali, ćpa, często korzysta z usług prostytutek. Krótko mówiąc, nie oszczędza się. Pewnego razu - w wyniku niegroźnego wypadku w pracy - nasz kowboj trafia do szpitala i tam w trakcie rutynowych badań dowiaduje się, że jest chory na AIDS. Pomimo niedowierzania i szoku Ron postanawia walczyć z chorobą. Jedzie do Meksyku, aby stamtąd przeszmuglować zakazane w USA leki, które opóźniają rozwój wirusa. W międzyczasie poznaje transseksualistę Rayona (Jared Leto) i wraz z nim zakłada klub, pomagając chorym ludziom.

Film nie stanowi dosadnej opowieści o tym jak wyniszczający wpływ na życie człowieka ma AIDS. Również przez samo zachowanie głównych postaci trudno jest zdawać sobie powagę z sytuacji Rona, który nie użala się nad sobą i nie zachowuje się jak chory człowiek. Pokazuje za to mocną wolę walki z chorobą i determinację.

"Witaj w klubie" to jednak przede wszystkim film o tolerancji wobec drugiej osoby i o tym jak potrafi się ona zmienić w zależności od sytuacji. Ron początkowo nie akceptuje Rayona, ale ze względu na wspólne nieszczęście, jego optyka się zmienia na tyle, że bohater grany przez McCounagheya zrywa kontakty ze swoimi kolegami, którzy go nie akceptują z powodu choroby i potrafi się wręcz zaprzyjaźnić z transseksualistą. Jest to też film o koncernach farmaceutycznych i o tym jak potrafią one dla zysku zrobić wszystko, tylko nie pomagać chorym. Woodroof próbuje walczyć z systemem testowania i akceptacji leków. Systemem obłudnym, bo nie pomagającym ludziom i na dodatek zabierającym im ostatnią nadzieję. Dostaje się również amerykańskiemu prawu, które w ważnym momencie nie stoi po stronie obywatela.

Dwójka głównych aktorów gra znakomicie. McCounaghey rewelacyjnie kreuje Woodroofa. Pomimo że jego bohater jest hedonistą i homofobem, to jednak ma coś w sobie pozytywnego, a jego niewyparzony język nadaje filmowi komediowy charakter. Ron nie akceptuje seksualności Rayona, ale lubi go jako człowieka i wzajemne interakcje tej dwójki są wielkim atutem dramatu. Równie świetny jest Leto, który gra tak przekonująco transseksualistę, że gdyby jego postać przenieść do obrazu Pedro Almodovara, to chyba słynny hiszpański reżyser znalazłby swoją kolejną "muzę" filmową. Przy tak mocnych kreacjach męskich blado wypada Jennifer Garner w roli Dr Evy Saks. Aktorka gra przyzwoicie, ale jakby bez energii, którą emanują panowie.

Myślę, że właśnie dzięki aktorom ta historia wiele zyskała, bo sama sekwencja zdarzeń nie jest pokazana jakoś nadzwyczajnie. Film staje się nieco monotonny, gdy Ron zakłada klub i przekonuje się do Rayona. Dwaj główni bohaterowie przestają się zabawnie przekomarzać, co powoduje, że fabuła traci na impecie.

"Witaj w klubie" nie jest może filmem wybitnym, ale na pewno wartym obejrzenia. Nie będę zdziwiony Oskarem dla kogoś z duetu McCounaghey-Leto albo nawet dla nich obu, bo ich role faktycznie są warte nagród.



piątek, 17 stycznia 2014

Hobbit. Pustkowie Smauga ***

Druga część przygód Hobbita utwierdziła mnie w przekonaniu, że rozbijanie niezbyt obszernej książki na kilka filmów przynosi korzyści jedynie producentom. "Niezwykła podróż" rok temu wprowadziła mnie w świat Hobbita. Moja wyobraźnia kieruje się obrazami już zapamiętanymi, znam już bohaterów w wersji Jacksona. Nie poznam jednak końca ich podróży, na to muszę czekać kolejny rok. I na tym właśnie traci "Pustkowie Smauga", że jest środkowym odcinkiem i nie wnosi ani zaskoczenia, jakie towarzyszyło oglądaniu pierwszej części, ani nie zaspokaja głodu obejrzenia zakończenia.

Bilbo wciąż wpada w tarapaty i posiłkuje się pierścieniem, ale schodzi na dalszy plan w porównaniu do pierwszej części. Co jakiś czas pojawia się Gandalf, w ciągłym pościgu za bohaterami ujrzymy znów Azoga. Prym wiedzie, podobnie jak w "Niezwykłej podróży" Thorin, świetnie zagrany przez Richarda Armitage. Powiew nowości wnosi do filmu, pomagający bohaterom Bard, całkiem nieźle odtworzony przez Luke Evans'a.

"Pustkowie Smauga" ma jednak przewagę nad pierwszą częścią przygód Hobbita, jeśli chodzi o wartkość akcji. Tutaj rozwija się ona znacznie szybciej i bohaterowie co chwila stają do walki, próbują się ukryć lub przechytrzyć wroga. Dzięki temu film trzyma w napięciu. Jednak momentami rzezi jest chyba za dużo. Trup ściele się gęsto, aż dziw, że wataha Thorina wychodzi z tego niemal cało. Sam Legolas zabija z częstotliwością 5 orków na minutę, a jego blond włosy falują na ekranie przy kolejnych zadawanych ciosach niczym u baletnicy.

Towarzyszące oglądaniu emocje, zawdzięczamy również pięknej scenerii. Znów możemy podziwiać zadziwiające krajobrazy Nowej Zelandii, które przenoszą nas do świata baśni. Efekty specjalne przede wszystkim powalają w walce ze smokiem. Kulminacyjna konfrontacja bohaterów ze Smaugiem, jest najlepszym momentem filmu. Przyjemna dla ucha jest ścieżka dźwiękowa, autorstwa mistrza gatunku Howarda Shore'a. W pamięć zapada również finałowy hit Eda Sheerana:



Do kina idę jednak na film. Jeden cały film, z początkiem i zakończeniem, a nie po to by zobaczyć fragment historii i czekać rok na ciąg dalszy. Komercyjne dzielenie filmów na kawałki irytowało mnie przy Piratach z Karaibów, Harrym Potterze i wkurza również przy Hobbicie. Film powinien chyba przynosić zyski w inny sposób. A tak mam wrażenie, że kilka godzin nakręcono na siłę. O Hobbicie mógłby powstać dobry, długi film, bez konieczności wymyślania połowy fabuły, spoza "scenariusza" Tolkiena. Nie wiem, czy za rok silniejsza będzie chęć zobaczenia zakończenia przygód Bilbo, czy oprotestowania robienia z kinowych filmów seriali, wyrażona nie zakupieniem biletu.

niedziela, 12 stycznia 2014

Wilk z Wall Street ***

„Jestem królem świata!” krzyczał Leonardo Di Caprio, grając Jacka w „Titanicu”. Spokojnie taką frazę mógłby również powtórzyć w najnowszym obrazie Martina Scorsese - „Wilk z Wall Street”. Jego Jordan Belfort to złote dziecko Wall Street, który zakłada wraz ze swoim kumplem Donnie'm Azoffem (Jonah Hill) firmę maklerską - Stratton Oakmont, zajmującą się akcjami śmieciowymi. Z czasem dorabia się on niebywałego bogactwa, stając się powoli obiektem zainteresowań FBI.

Jeśli Jordan Belfort miał na starcie swojej maklerskiej kariery jakiekolwiek ideały i zasady, to pryskają one niczym bańka mydlana w momencie poznania Marka Hanny (nieduża, ale znacząca dla fabuły rola Matthew McCounagheya). Od swojego „mentora” Belfort dowiaduje się, co zrobić, żeby osiągnąć sukces. I tak - przede wszystkim - powinien oszukiwać, wręcz "doić" klientów z pieniędzy. A w wolnych chwilach wciągać ścieżki kokainy i po prostu korzystać z uroków życia. Idąc za wskazówkami Hanny, Jordan dosyć szybko odnajduje się w regułach finansowego rynku, nie mając przy tym żadnych skrupułów czy wyrzutów sumienia. A nawet jak miewa ledwo dostrzegalne refleksje nad swoim życiem, to znikają one wraz z kolejnymi dawkami prochów czy innych używek. Imprezy, orgie, seks z niezliczoną ilością kobiet, to jest to, co stanowi sens życia młodego milionera. Z filmu nie wynika żaden morał, żadna hollywoodzka przypowieść o tym, że bogactwo niszczy człowieka i w gruncie rzeczy nic mu ono nie daje, bo w środku zostaje on pusty. Scorsese nie moralizuje, nie poucza, po prostu przedstawia fakty i zostawia widzowi ocenę postępowania bohaterów filmu.

Narracja w filmie mocno przypomina „Chłopców z ferajny”. Tutaj też mamy głos zza kadru głównego bohatera, komentujący zdarzenia z jego życia. Zresztą sama banda z firmy Belforta przypomina trochę tą mafijną ekipę z pamiętnego klasyka Scorsese. Tyle, że ci pierwsi zdecydowanie więcej imprezują i ćpają – pod tym względem chłopcy z Bronksu zachowywali się przy nich jak grzeczni przedszkolacy. No i o ile w "Chłopcach..." świetnie pokazane było środowisko mafijne, to tym razem Scorsese skonstruował satyrę na maklerów, obnażając kompletnie tą profesję. Brokerzy w filmie są pokazani jako ludzie niezbyt skomplikowani intelektualnie (co ciekawe w składzie założycielskim Stratton Oakmont, poza Belfortem, nikt nie miał wyższego wykształcenia) i prześcigający się w kolejnych idiotyzmach. I tak „Wilka…" momentami ogląda się jak niesmaczną komedię, przypominającą niekończącą się imprezę, która za chwilę zakończy się puszczeniem wielkiego pawia. Są w filmie śmieszne momenty (jak np. niektóre narkotyczne wizje Belforta), ale są też wyjątkowo żenujące chwile. I tych drugich jest niestety więcej.

Nie jestem zachwycony rolą Di Caprio. Belfort w jego wykonaniu to człowiek bez zasad, zepsuty i chyba jego jedyną zaletą jest to, że jest lojalny wobec swoich kumpli. Aktor momentami za bardzo szarżuje, gra zbyt efekciarsko, a jego przemowy w trakcie filmu (są aż trzy) są mało treściwe i przynajmniej dwie z nich zbyteczne, co jest też dużą winą scenariusza. Niewątpliwie „boski Leo” miewa dobre momenty (gdy musi grać swojego bohatera, będącego na haju czy też, gdy prowadzi świetną rozmowę z agentem FBI, granym przez Kyle Chandlera), ale daleki jestem od zachwytów nad jego rolą. Reszta aktorów wciela się w bardzo antypatyczne postacie, gdzie prym wiedzie szczególnie Jonah Hill, który gra po prostu wyjątkowego kretyna i nieraz ma się ochotę udusić go na ekranie. Margot Robbie - jako druga żona Belforta - Naomi stanowi na pewno niesłychanie miły ozdobnik i pewnie Hollywood jeszcze nie raz się o nią upomni.

„Wilk z Wall Street” to najsłabsze dzieło Scorsese od lat. Niewykluczone, że mój słabszy odbiór tego filmu jest spowodowany tym, że całkiem niedawno obejrzałem "Arbitraż" również opowiadający o krezusach finansowych, osadzonych w realiach Wall Street i za bardzo nastawiłem się na podobną tematykę. A tymczasem obejrzałem satyrę na maklerów, którą trudno uznać za wybitne dzieło. Owszem, wielki mistrz nic nie stracił ze swojego reżyserskiego kunsztu, ale już sam komediowy charakter historii pozostawił we mnie spore uczucie niedosytu.

piątek, 20 grudnia 2013

Grawitacja ***

Ryan Stone (Sandra Bullock) i Matt Kowalsky (George Clooney) to jedyni ocalali astronauci, po uderzeniu szczątek satelity w ich stację kosmiczną. Walczą o przetrwanie, chociaż w stanie nieważkości i mając niewielki zasób tlenu, ich powrót na Ziemię jest mało prawdopodobny.

Film ma świetne ujęcia i ... fatalny scenariusz. Zaczynając od pozytywów, efekt przedstawienia bohaterów w stanie nieważkości i zdjęcia przestrzeni kosmicznej są genialne. Oglądając "Grawitację" w 3D trzeba trzymać się fotela. Sceny, w których Ryan próbuje panować nad swoim ciałem bądź też takich, gdy Matt swobodnie poddaje się nieważkości robią wrażenie. Kapitalnie nakręcony jest nie tylko stan w jakim znajdują się bohaterowie, ale wszystko co dzieje się na ekranie od kosmicznej ciszy, po wybuchy na stacji kosmicznej, co idealnie podkreśla odpowiednio dobrana, wyśmienita muzyka.

Niestety scenariusz pozostawia wiele do życzenia. Dialogi, czy też monologi bohaterów, ich postawa, są po prostu głupie. Sposób w jaki Stone i Kowalsky rozmawiają ze sobą, dodają sobie otuchy, ich zachowanie w chwilach zagrożenia życia, sprawia że boheterowie brzmią trywialnie i naiwnie. Historia Ryan i jej zwierzenia to poziom bardzo słabej opery mydlanej. Nie pomaga tutaj dobra obsada, bo aktorzy nie mają się czym wykazać (poza oczywiście walką z grawitacją). Denne dialogi czasem ratuje Clooney, gdyż przynajmniej momentami jest zabawny. Rozczarowanie przynosi jednak banalne zakończenie.

Szkoda, że pomysłodawcy "Grawitacji" nie zlecili napisania do niej bardziej ambitnego scenariusza. Mógłby wtedy powstać bardzo wciągający, dostarczający mocnych wrażeń obraz filmowy. Tym bardziej, że sposób przedstawienia w filmie praw rządzących przestrzenią kosmiczną trzyma poziom. Spostrzegawczy widzowie zauważyli jednak błędy, ciekawym polecam filmik:

środa, 18 grudnia 2013

Kapitan Phillips ****

Kwiecień 2009 roku. Richard Phillips (Tom Hanks) jest kapitanem amerykańskiego kontenerowca Maersk Alabama, który przepływa w pobliżu wybrzeży Somalii. Na statek wdzierają się piraci, a Phillips robi co może, aby uratować siebie i swoją załogę.

Reżyser Paul Greengrass dosyć leniwie wprowadza w fabułę. Najpierw dowiadujemy się co nieco o głównych postaciach dramatu. Z jednej strony mamy uporządkowany świat Phillipsa, którego największym zmartwieniem jest dorastający syn. Z drugiej strony jest Somalijczyk Muse (Barkhad Abdi), dla którego każdy dzień stanowi walkę o przetrwanie w Somalii, gdzie można zostać albo rybakiem, albo morskim piratem. Tak na dobrą sprawę wyboru nie ma, bowiem kontenerowce uniemożliwiają połowy miejskim rybakom. Nierówności społeczne i negatywne skutki globalizacji są pokazane w filmie, ale twórcy nie uderzają w publicystyczne tony i skupiają się głównie na akcji.

Bo "Kapitan Phillips" to jednak przede wszystkim bardzo sprawnie poprowadzony thriller, z których Greengras jest znany (wyreżyserował chociażby cykl filmów z agentem Jasonem Bournem z Mattem Damonem w roli głównej). Są emocje, napięcie, które jest umiejętnie budowane krok po kroku przez reżysera, dobra ścieżka dźwiękowa i sugestywne zdjęcia. Wreszcie są świetnie poprowadzone postacie. Hanks jest znakomity i w zasadzie z każdą sceną jego postać nabiera coraz większego ładunku dramatycznego. A już końcówka filmu w jego wykonaniu to majstersztyk. Ciekawie i realistycznie gra naturszczyk Abdi (przed zatrudnieniem w filmie pracował jako szofer). Jego Muse to nie ideologiczny szaleniec tylko postać tragiczna, której każdy wybór będzie zły.

Pomimo niezłej reżyserii, sprawnego połączenia obu gatunków - dramatu i thrillera oraz świetnego Hanksa trudno mi jest przesadnie zachwycać się filmem. Być może jego tematyka sprawiła, że aż tak mnie nie wciągnął i w rezultacie oceniam go jako dobry, a nie wybitny. Tym niemniej warto obejrzeć ten obraz, niezależnie od tego czy znało się historię Phillipsa przed seansem, czy też nie, bo jest to bardzo solidne kino, którego nigdy za wiele.