Pokazywanie postów oznaczonych etykietą James Franco. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą James Franco. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 1 października 2013

To już jest koniec **

Jest taka scena, gdzieś w pierwszej połówce "To już jest koniec": główni bohaterowie, czyli Seth Rogen, James Franco, Jonah Hill, Jay Baruchel, Danny McBride i Craig Robinson, postanawiają wciągnąć wszystkie posiadane dragi i na koniec imprezy spontanicznie kręcą kontynuację jednego z wcześniejszych hitów pisarskiego tandemu Rogen-Goldberg "Pineapple express". Mam dziwne wrażenie, że proces twórczy, który doprowadził do powstania całego "To już jest koniec", nie odbiegał specjalnie od tego schematu.

Fabuła jest nieskomplikowana. Jay Baruchel wpada na weekend do LA, by spotkać się ze swym starym kumplem z młodości, teraz ważniakiem w Hollywood Sethem Rogenem. Jarają blanty, zajadają się hamburgerami ("gluten!"), grają w gry komputerowe... weekend marzeń. Seth podejmuje kolejną próbę przekonania Jaya do blichtru LA oraz swoich nowych znajomych i zaciąga go na parapetówkę do odjechanego domu Jamesa Franco. Są tam wszyscy (nawet Rihanna) i zabawa trwa w najlepsze, gdy za drzwiami rozpoczyna się prawdziwa biblijna apokalipsa...

Kto miał okazję obcować z poprzednimi dziełami duetu Rogen-Goldberg, tym razem również odpowiedzialnego za reżyserię, nie będzie specjalnie zaskoczony rodzajem dowcipu w "To już jest koniec". Kto nie miał okazji, niech uwierzy, że wielki, stylizowany na "Mechaniczną pomarańczę" penis, nie znalazł się w domu Franco przypadkowo. Oprócz tego materiału do żartów, dostarcza obecność wielu znanych twarzy, portretujących samych siebie, a raczej publiczne wyobrażenie o nich (np. tysiąc żartów z homoseksualizmu Jamesa Franco) lub też ich przeciwieństwo (Michael Cera jako przeżarty koką erotoman). Znalazło się również miejsce na kilka gagów parodiujących klasyczne sceny z dzieł takich jak "Egzorcysta" czy "Dziecko Rosemary", które wraz z absurdalnym zakończeniem rozbawiły mnie chyba najbardziej.

Choć poziom żartów jest nierówny, to parę razy się szczerze uśmiałem. Niemniej nie rekompensuje to wspomnianego już przeze mnie na wstępie wrażenia, że całość jest niedopracowana. "To już jest koniec" przypomina bardziej serię skeczy niż fabułę. Płaskie postacie nie wzbudzają emocji, akcja wydaje się donikąd nie zmierzać i po pewnym czasie znużony już tylko wyczekiwałem na zakończenie. Trochę szkoda, bo pomysł, że rozpieszczone gwiazdki Hollywood w obliczu apokalipsy stają twarzą w twarz z faktem, że nie są tak cudownymi ludźmi jak im się wydaje, miał naprawdę spory potencjał i to nie tylko komediowy.


niedziela, 30 czerwca 2013

Spring Breakers *

Zbliżają się letnie ferie ("spring break" - zwyczajowa, dwutygodniowa przerwa w roku szkolnym i akademickim w USA) i czwórka niezbyt grzecznych koleżanek zrobi wszystko, by choć na chwilę wyrwać się z szarej rzeczywistości bliżej niezidentyfikowanej amerykańskiej prowincji...

Reklamowany jako ukazujący niegrzeczną stronę młodych gwiazdek Disneya (Vanessy Hudgens i Seleny Gomez), głośny film Harmonego Korine od pierwszych kadrów rozbudził mój apetyt. Transowy rytm, nietypowa narracja kojarzyły mi się z takimi filmami jak "Reqiem dla snu", "Urodzeni mordercy", czy "Dzikość serca". Półtorej godziny później (choć miałem odczucie, że straciłem minimum trzy) z apetytu pozostał jedynie niesmak, ból głowy i poczucie straconego czasu. Ale po kolei.

"Spring breakers" właściwie nie ma fabuły. To znaczy, niby ma (cała mieści się w trailerze pod tekstem), ale widziałem reklamy proszku do prania o gęstszej intrydze. Cały film zbudowany jest z klisz programów i teledysków lecących w stacjach typu MTV. Imprezy, cycki, gangsterka, zachody słońca, więcej imprez, więcej cycków, więcej zachodów słońca. I tak bez końca. Wszystko to opatrzone lecącymi z offu "głębokimi" przemyśleniami młodych niewiast, w których słówkiem klucz jest "niesamowite". O ile przez pierwsze, powiedzmy dwadzieścia minut, wydaje się to interesującym zabiegiem, to z czasem najpierw nuży, potem irytuje, ostatecznie sprawiając, że kompletnie tracimy zainteresowanie tym co dzieje się ekranie. Nie pomaga również, że zamiast postaci obcujemy z popkulturowymi wydmuszkami, które nie są wstanie wywołać w widzu praktycznie żadnych emocji.

Film, przez to że jest tak niemożebnie nudny, daje wiele okazji, by w trakcie próbować nadać sens temu co oglądamy i pocieszyć samego siebie, że czas jednak nie jest tak całkiem stracony. Może autor próbuje nam pokazać jak pusta jest współczesna kultura masowa? Do czego sprowadziła "american dream"? Jak kiepskie wzorce lansuje? Dziewczyny uważają (podobnie jak karykaturalna postać gangstera kreowana przez Jamesa Franco), że wszystko im się należy. Gdzie praca, Bóg, wartości, rodzina? Może chodzi o poszukiwanie własnego ja? Może o młodzieńczy bunt? Ech, jak miło, że przez absurdalne zakończenie, autor rozwiewa te wątpliwości, jakby śmiejąc nam się w twarz, że wytrzymaliśmy tak długo jego bełkotanie oczekując jakiejś epifanii, czy katharsis w końcówce.

Nie uważam, że kino musi być proste w odbiorze. Jest wiele filmów trudnych, które potrafią dać widzowi dużo satysfakcji. "Spring breakers" to nie jest takie kino. To męczący i nudny film (przepraszam Aronofskiego, Lyncha i Stone'a za porównanie z drugiego akapitu), właściwie bez fabuły, który serwuje nam kilka oklepanych banałów jako pocieszenie, że nie skusiliśmy się go obejrzeć, tylko po to by sprawdzić, która z gwiazdek Disneya ma lepsze cycki.


niedziela, 12 lutego 2012

Geneza planety małp ****

W kiepskich humorach po klęsce Barcelony w Pampelunie, postanowiliśmy razem z Mr. Blonde poszukać pocieszenia na planecie Hollywood. Padło na "Genezę planety małp".

Film ma generalnie dwa bardzo różne oblicza. W pierwszym obserwujemy historię zdolnego naukowca, granego przez Jamesa Franco, pracującego nad lekiem na Alzheimera. W wyniku wydarzeń, których nie mam zamiaru streszczać, ląduje u niego w domu małe, piekielnie inteligente szympansiątko, któremu później nadane zostanie imię Ceasar. Dzięki Ceasarowi główny bohater poznaje piękna panią weterynarz (Freida Pinto). No i tak sobie obserwujemy wzruszająco płytką historię miłości między zwierzęciem i człowiekiem dekorowaną urodą pani Pinto, dla której chyba jedynym zadaniem aktorskim było "to usiądź sobie tam i ładnie się uśmiechaj". Romans między Jamesem i Freida rozwija się na tyle dynamicznie, że pocałują się już po około 5 latach, a i wszystkich zwolenników wdzięków tej aktorki mogę z góry rozczarować. Nie są one tu eksponowane w żaden sposób :(.

Obok tego wątku mamy jeszcze zmagania zdolnego naukowca ze swoim chciwym szefem (fatalnie obsadzony David Oyelowo, nie wiem kto może uwierzyć że gołowąs o tak nieskażonej inteligencją twarzy może być szefem w korporacji, gdzie był Don Cheadle się pytam jak kręcono ten film?) o to by pozwolił mu na dalsze prace nad cudownym lekiem. Tutaj scenarzyści również popisują się niezwykłą wręcz zręcznością unikając wszelkich filozoficznych i etycznych dylematów, które mogą wiązać się z tego typu historią.

W końcu jednak, gdy Ceasar ląduje w więzieniu dla człekokształtnych, akcja koncentruje się na jego postaci. Co szokujące po tak fatalnym wprowadzeniu dostajemy prawdziwą ucztę dla kinomana, w której raz po raz dostrzegaliśmy nawiązania do ulubionych filmów. Sam Ceasar jest zdecydowanie najlepiej zagraną i najbardziej charyzmatyczną postacią w filmie. Obdarzony mimiką Andiego Serkisa, który wcześniej podobnie wcielił się w Goluma w trylogii "Władca pierścieni", po prostu żyje na ekranie. Te gesty, te spojrzenia. Na miejscu akademii poważnie zastanowiłbym się czy Surkisowi nie należy się w końcu oskar, za rzeczy które potrafi zrobić z cyfrowymi postaciami. Ciężko dojrzeć granicę gdzie kończy się aktorem a zaczyna animacja, ale efekt jest naprawdę niesamowity.

Tak jak pisałem Ceasar trafia do mrocznego, klaustrofobicznego więzienia. Stajemy się świadkami historii dojrzewania, akceptacji tego kim jest, walki o władzę, buntu oraz ucieczki. Ceasar musi zmierzyć się sam ze sobą, zdefiniować swoje miejsce w świecie. Stawić czoła okrutnemu, nienawidzącemu małp oprawcy (jedyna chyba udana w filmie "ludzka" rola w którą wciela się Tom Fulton). Gdy pomału zdobywa szacunek swoich pobratymców nie sposób się w jego gestach nie doszukiwać się podobieństwa do postaci Micheala Corleone. Tym bardziej, że pomagają mu rudy orangutan jako consigliere oraz wielki i wierny do końca goryl, czyli toczka w toczkę Luca Brasi z "Ojca chrzestnego". Kulminacją akcji jest epicka wręcz scena bitwy o most Golden Gate w San Francisco. Jest tu wszystko, suspens, karne oddziały wiernie wypełniające rozkazy przywódcy, przyjaciel zasłaniający lidera swoją własną piersią, popłoch w zdezorientowanych oddziałach wroga... Obraz Ceasara na galopującym koniu wyłaniającego się z mgly i dającego sygnał do natarcia, jest chyba jednym z bardziej ikonicznych jakie miałem ostatnio okazje widzieć w filmie. Czyste kino.

Tak więc może ze względu na kiepski początek, powinienem dać temu filmowi 3*, ale perfekcyjnie zrealizowana końcówka, którą fundują nam reżyser i spece od efektów specjalnych wciska w fotel na tyle, że nie można ich roboty nazwać inaczej jak po prostu dobrą. Robotę scenarzystów i gwiazd pomińmy życzliwie milczeniem.