Pokazywanie postów oznaczonych etykietą sci-fi. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą sci-fi. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 10 stycznia 2016

Marsjanin ***

Mark Watney (Matt Damon) to członek sześcioosobowej załogi marsjańskiej misji Ares 3. W trakcie badań na obcej planecie dochodzi do wypadku, w wyniku którego Watney zostaje uderzony i odrzucony przez lecące metalowe szczątki anteny. Po krótkich i nieudanych poszukiwaniach Marka reszta załogi z powodu szalejącej burzy podejmuje decyzje o opuszczeniu Marsa. Tymczasem Mark odzyskuje przytomność. Ponieważ ma niewielkie zapasy żywności i stracił łączność z dowództwem, to jego szanse przeżycia na obcej planecie wydają się być znikome.

Ostatnie lata to wysyp amerykańskich produkcji związanych z tematyką podboju kosmosu przez dzielnych Amerykanów. Można się było spodziewać, że jeżeli za kolejny film o "podniebnych przygodach" kosmonautów weźmie się spec od filmów sci-fi - Ridley Scott, to zobaczymy solidny, nieco mroczny, futurystyczny obraz, który zapadnie w pamięci. Tymczasem "Marsjanin" to chyba najbardziej pogodny film w biografii Scotta i w gruncie rzeczy aż trudno uwierzyć, że jest on twórcą tego dzieła a nie np. Robert Zemeckis. Moje nawiązanie do Zemeckisa nie jest przypadkowe, bo oglądając "Marsjanina" miałem wrażenie, że oglądam coś na wzór "Cast Away", tyle że w bardziej humorystycznej wersji. Oczywiście w "Marsjaninie" zamiast samotnego rozbitka z bezludnej wyspy mamy równie samotnego kosmonautę z wyludnionej obcej planety. Jednak schemat obu historii jest ten sam. Obaj bohaterowie muszą się szybko przystosować i zaadoptować do nowej rzeczywistości, obaj są pomysłowi, wreszcie obaj pomimo wielu przeciwności losu udowadniają, że nie ma takiej rzeczy, która by złamała człowieka.

Mark to skrzyżowanie Mac Gyvera i Jamesa Bonda. Z tym pierwszym łączą go zdolności do przetwarzania różnego rodzaju przedmiotów dla własnych potrzeb, tak aby wychodzić z trudnych sytuacji bez szwanku. Z drugim łączy go niezniszczalność - w trakcie oglądania filmu mamy pewność, że Mark da radę wyjść obronną ręką, nawet w najtrudniejszym momencie. Jedynie w przeciwieństwie do Bonda Watney nie musi używać broni ani pięści, ponieważ bohater, poza nieprzyjaznym Marsem, nie ma żadnego przeciwnika. Niestety brak realnego, fizycznego przeciwnika osłabia ładunek emocjonalny filmu.

Największy zarzut jaki mogę sformułować wobec "Marsjanina" to właśnie brak napięcia i dramaturgii, która powinna być związana z samą sytuacją, jaka spotkała bohatera. Jego historia jest przedstawiona w bardzo różowych barwach, od których to aż momentami mdli. Personel NASA pomimo pewnych różnic w kwestiach związanych z powołaniem misji ratunkowej dla Marka potrafi się zjednoczyć i wypracować wspólne stanowisko. Dawna załoga Watneya również decyduje się pomóc naszemu bohaterowi. W misję ratowania Marka włącza się nawet chiński rząd. A sam pobyt Watneya na Marsie, głównie dzięki jego pomysłowości, przypomina bardziej wakacje w trudnych warunkach atmosferycznych niż walkę o przetrwanie na obcej planecie. Cała rzeczywistość w filmie jest przedstawiona w bardzo uproszczony, cukierkowy sposób.

Film Scotta ma jednak swoje zalety. Z pewnością jego siłą jest główny bohater i jego barwne monologi - co chociażby odróżnia "Marsjanina" od infantylnych postaci i dialogów w "Grawitacji". Tutaj można się wręcz pośmiać z ironicznych tekstów Watneya, który nie traci pogody ducha w swoim niezwykle ciężkim położeniu. Bardzo dużo ciepła swojej postaci dał na pewno Damon, który nadaje się do ról "facetów z sąsiedztwa", czyli sympatycznych i normalnych gości, z którymi można się utożsamiać i im kibicować. Pod względem wizualnym i technicznym film ogląda się bardzo przyjemnie i - co postrzegam jako jego atut - nie ma w nim nadmiaru efekciarstwa.

"Marsjanin" w Stanach zebrał bardzo pozytywne opinie, bo jest dobrze zrealizowany, zagrany i odnosi się do życia na innej planecie, co zawsze wzbudza zainteresowanie. Dla mnie to jednak kolejna hollywoodzka historia o dzielnym kosmonaucie, która niesie ze sobą niezbyt wysoką temperaturę i w gruncie rzeczy - poza humorem - nie wnosi nic nowego do kina sci-fi.



niedziela, 24 sierpnia 2014

Lucy ***

Lucy (Scarlett Johansson) to 25-latka, która studiuje w Tajwanie. Poznajemy ją w momencie, gdy przekomarza się ze swoim kochankiem Richardem, który prosi ją o dostarczenie zaszyfrowanej walizki dla tajemniczego Pana Janga (Choi Min Sik). W rezultacie chłopak zmusza dziewczynę podstępem do tego zadania. Okazuje się, że w walizce znajdują się paczuszki z narkotykami, a Lucy zostaje zobligowana do współpracy z mafią, czego efektem staje się wszycie do jej brzucha jednej z paczek. Zdarzenia związane z Lucy są przeplatane z wykładem prowadzonym przez profesora Normana (Morgan Freeman), który uświadamia nas na temat tajemnic ludzkiego umysłu i zakresu w jakim go wykorzystujemy.

Luc Besson sięgnął po sprawdzone środki. Mocna aktorska osobowość, wizualna warstwa i muzyka - to główne wyznaczniki stylu filmów Bessona. Nie inaczej jest też w "Lucy". Silną jednostką jest tym razem kobieta, którą reżyser wrzuca w kocioł zdarzeń, a te zmieniają się w iście ekspresowym tempie. Siłą rzeczy trudno nie odnieść najnowszego dzieła Bessona do "Nikity". Tutaj też mamy do czynienia z młodą kobietą, która z bezbronnej zwierzyny staje się zimną kilerką. Lucy, dzięki rozpuszczeniu w jej brzuchu narkotyków zyskuje szczególne możliwości i w miarę upływu filmu dowiadujemy się jaki procent umysłu wykorzystuje w danej chwili nasza bohaterka. Im więcej go używa, tym coraz bardziej staje się maszyną, która niczego nie odczuwa. Mocno to naciągane, ale w końcu to science-fiction.

Pod względem technicznym film robi spore wrażenie. Zdjęcia są znakomite (bardzo trafna przeplatanka czasów współczesnych z historią rozwoju ewolucji), a montaż perfekcyjny. Do tego mamy niezwykle klimatyczną muzykę Erica Serry, która jest odpowiednio dopasowana do zwrotów akcji.

Scarlett Johansson nieźle sprawdza się w roli Lucy. Jej bohaterka z mało rozgarniętej blondynki staje się superbohaterką zdolną zagiąć najtęższe umysły uniwersyteckie. Metamorfoza ta została bardzo dobrze pokazana przez aktorkę i cieszę się, że to jej przypadła główna rola, a nie jak pierwotnie zakładano Angelinie Jolie, którą ciężko by mi było sobie wyobrazić w roli Lucy z pierwszej części filmu. Morgan Freeman natomiast nie schodzi poniżej przyzwoitego poziomu, chociaż mam wrażenie, że już od kilku lat gra podobne typy postaci, które są nieco papierowe.

Pomimo że film poprzez filozoficzne mądrości serwowane przez profesora Normana stara się wyjaśnić wątek wykorzystywania przez człowieka potencjału umysłowego, to w "Lucy" nie należy się doszukiwać jednak głębszego sensu. Besson niepewnie porusza się arkanach ludzkiego intelektu i mocno fantazjuje. Samo podkreślanie, że człowiek wykorzystuje jedynie 10% swojego umysłu jest przecież nonsensem. A jeszcze większym jest to, że pod wpływem narkotyków może nastąpić boom intelektualny. Ogólnie scenariusz "Lucy" nie jest jego największą zaletą. Film ma kilka wpadek fabularnych, jak chociażby wprowadzenie mocno przerysowanej mafii koreańskiej, która nie boi się ruszać na otwartą wojnę z francuską policją i praktycznie z całym światem. Podobnie jak zniknięcie jednego z oprawców Lucy, który całkowicie wyparował z fabuły, bez tłumaczenia co się z nim stało.

Jeśli ktoś liczył, że Besson opowie historię zapadającą w pamięci, to może przeżyć zawód. "Lucy" to wyłącznie znakomicie zrealizowany teledysk, na jaki należy patrzeć z przymrużeniem oka i który po kilku tygodniach wyleci z głowy.

sobota, 1 marca 2014

Ona ***

"Ona" to oparty na dość ciekawym pomyśle wizji przyszłości film o samotności, wrażliwości, potrzebie dzielenia życia z drugą osobą.

Akcja toczy się w przyszłości, wydawałoby się nie bardzo odległej, ale jednak świat bohaterów jest nieco bardziej zaawansowany technologicznie niż dziś. Theodore (Joaquin Phoenix), po rozstaniu z żoną (Rooney Mara), nie potrafi już cieszyć się życiem. W cierpieniu na pewno nie pomaga mu jego romantyczna natura ani praca, Theodore pisze bowiem listy miłosne na zlecenie innych osób. Główny bohater unika znajomych, nie jest gotowy na kolejne randki, a czatowanie z nieznajomymi dziewczynami nie dostarcza mu nawet chwilowej rozrywki. Gdy w jego życiu pojawia się Ona, wydaje się, że wreszcie poznał kobietę, która przywróci mu radość, zrozumie jego rozterki i potrzeby, kobietę inteligentną i cudowną, niemal ideał... Ale to, co odróżnia Ją od ideału muszę pozostawić zagadką...

Film dzięki samemu pomysłowi na scenariusz, o którym można pomyśleć "tego jeszcze nie było", jest ciekawy. Całkiem przyjemnie ogląda się historię uczuciowego Theodore'a. Mam jednak wrażenie, że to kolejny film pretendujący do Oskara, który zamienia się w dłużyznę. Może mam zbyt mało romantyczną duszę, ale już od połowy filmu ziewam i zastanawiam się co dalej? A zakończenie filmu, może nie jest, jak się spodziewałam, tandetne, ale jednak rozczarowuje.

Joaquin Phoenix gra nieźle, ale bez rewelacji. Zdaje się, że jego kreacja ma pokazać przeciętnego, ale wrażliwego faceta, niemniej jak dla mnie jest on zbyt ckliwy. Wydaje się też celowo oszpecony wielkimi wąsami i ubiorem (kolorowe koszule i spodnie zaczynające się pod pachami). Dziwi mnie trochę, że w świecie przyszłości mielibyśmy się tak słabo ubierać. Trudno też zrozumieć, dlaczego mając zaawansowaną technologię ludzie wciąż podpisują papierowe dokumenty, a w barze obsługuje ich kelnerka, notabene Azjatka.

Jednak cała historia wydaje się być pretekstem, by opisać ludzką naturę, schemat działania uczuć, potrzebę bliskości i zrozumienia przez drugą osobę. Film daje nam nam do rozumienia, że nasze relacje z bliskimi nie układają się, bo zawsze sprawdza się zasada: "wszyscy myślą tylko o sobie, tylko ja myślę o mnie". "Ona" zdaje się przekazywać uniwersalną prawdę, że chociaż świat się rozwija, to uczucia ludzkie są niezmienne, zawsze będziemy podatni na zranienie, delikatni, ale też egocentryczni. A brak otwarcia i zrozumienia dla drugiej osoby, spowoduje, że nie stworzymy dobrego związku i będziemy się nawzajem tylko krzywdzić.

"Ona" to film, który warto zobaczyć dla samego pomysłu, co nas być może czeka w przyszłości, jednak jako całość raczej nie jest moim typem Oskarowym ani w kategorii najlepszego filmu, ani oryginalnego scenariusza. Scenografia również nie porywa, natomiast na uwagę na pewno zasługuje muzyka:

piątek, 20 grudnia 2013

Grawitacja ***

Ryan Stone (Sandra Bullock) i Matt Kowalsky (George Clooney) to jedyni ocalali astronauci, po uderzeniu szczątek satelity w ich stację kosmiczną. Walczą o przetrwanie, chociaż w stanie nieważkości i mając niewielki zasób tlenu, ich powrót na Ziemię jest mało prawdopodobny.

Film ma świetne ujęcia i ... fatalny scenariusz. Zaczynając od pozytywów, efekt przedstawienia bohaterów w stanie nieważkości i zdjęcia przestrzeni kosmicznej są genialne. Oglądając "Grawitację" w 3D trzeba trzymać się fotela. Sceny, w których Ryan próbuje panować nad swoim ciałem bądź też takich, gdy Matt swobodnie poddaje się nieważkości robią wrażenie. Kapitalnie nakręcony jest nie tylko stan w jakim znajdują się bohaterowie, ale wszystko co dzieje się na ekranie od kosmicznej ciszy, po wybuchy na stacji kosmicznej, co idealnie podkreśla odpowiednio dobrana, wyśmienita muzyka.

Niestety scenariusz pozostawia wiele do życzenia. Dialogi, czy też monologi bohaterów, ich postawa, są po prostu głupie. Sposób w jaki Stone i Kowalsky rozmawiają ze sobą, dodają sobie otuchy, ich zachowanie w chwilach zagrożenia życia, sprawia że boheterowie brzmią trywialnie i naiwnie. Historia Ryan i jej zwierzenia to poziom bardzo słabej opery mydlanej. Nie pomaga tutaj dobra obsada, bo aktorzy nie mają się czym wykazać (poza oczywiście walką z grawitacją). Denne dialogi czasem ratuje Clooney, gdyż przynajmniej momentami jest zabawny. Rozczarowanie przynosi jednak banalne zakończenie.

Szkoda, że pomysłodawcy "Grawitacji" nie zlecili napisania do niej bardziej ambitnego scenariusza. Mógłby wtedy powstać bardzo wciągający, dostarczający mocnych wrażeń obraz filmowy. Tym bardziej, że sposób przedstawienia w filmie praw rządzących przestrzenią kosmiczną trzyma poziom. Spostrzegawczy widzowie zauważyli jednak błędy, ciekawym polecam filmik:

wtorek, 5 listopada 2013

World War Z **

Brad Pitt kontra zombie - tak można w skrócie określić "World War Z", który w letnim okresie tego roku gromadził sporą publikę przed ekranami kin. Pomimo pewnej dozy sceptycyzmu (mam lekki przesyt amerykańskich superprodukcji, które służą wyłącznie do nabijania kasy producentom), ze względu na niezłe opinie recenzentów, postanowiłem zaryzykować i obejrzeć ten horror.

Gerry Lane (Pitt) to były śledczy ONZ, który wycofał się z zawodu i pędzi spokojne życie z rodziną. Pewnego razu Lane i jego rodzina wpadają w uliczny korek, który okazuje się nie być zwykłą uliczną blokadą. Na niebie słychać policyjne śmigłowce, po ulicach krążą policjanci na motocyklach, a miasto pogrąża się w chaosie. Co gorsze, ludzie zaczynają się zachowywać irracjonalnie, wzajemnie się atakując. Okazuje się, że wszystko to kwestia wirusa, który zamienia zdrowych ludzi w krwiożercze zombie. Lane i jego rodzina mają nie lada problem...

Początek filmu według filozofii reżysera Marca Forstera miał chyba stanowić "hitchcockowskie trzęsienie ziemi", bo główni bohaterowie od razu muszą się zmierzyć ze sporymi trudnościami i wyzwaniami, a widz kurczowo trzymać się fotela. Wstęp faktycznie to gwarantuje, ale później jest już gorzej. Film staje się schematyczny i trudny gatunkowo do określenia. Jak na horror - zombie bardziej śmieszą niż straszą, a jak na film katastroficzny - nie ma wielkiego napięcia (poza wspomnianym przeze mnie początkiem i późniejszymi scenami z samolotem pasażerskim).

Niewiele lepiej jest również pod względem samej fabuły. Wprowadzenie bohaterów, którzy wydawali się być ważnymi postaciami dla dalszej części historii, by później ich dosyć szybko i bezsensownie uśmiercić, czy wątek wybudowania muru obronnego w Izraelu, mającego chronić przed zombie - to absurdy, które obniżają wartość filmu.

Niestety film zawodzi nie tylko pod względem fabularnym, ale również jeżeli chodzi o same postaci. Główny bohater grany przez Pitta nie dość, że umie strzelać, tamować krew, jest świetnym mężem i ojcem, to dodatkowo sprawdza się nawet w kuchni przy robieniu naleśników. Poza tym nie straszne mu zombie, które zabija jak mrówki. Lane jest tak doskonały, że mam wrażenie, iż przeżyłby nawet katastrofę smoleńską oraz atak na WTC. Aktor gra średnio (co pewnie w dużej mierze jest spowodowane tym, że z jego postaci ciężko coś wycisnąć) i równie dobrze w jego rolę mógłby się wcielić np. Sylvester Stallone, a efekt byłby ten sam. Podobnie jest z innymi bohaterami - wszyscy oni są jak postacie z komiksu - papierowi i bez wyrazu. Warta do zapamiętania z filmu jest jedynie Daniela Kertesz - grająca Segen - charakterną bojowniczkę z Izraela.

Jeśli ktoś lubi naciągane historie, namiastkę horroru i bardzo amerykański typ bohatera, to zawodu nie przeżyje. Niewątpliwie skok twórców na kasę się udał, no i ego Pitta zostało połechtane, więc filmowcy są zadowoleni. A że widz mniej - to już inna sprawa.


sobota, 15 grudnia 2012

Wyścig z czasem ****

Czas to pieniądz to frazes bardzo wyświechtany i oczywisty. W filmie "Wyścig z czasem" Andrew Niccola nabiera on jednak dodatkowego znaczenia, bowiem determinuje ludzkie istnienie i staje się jedyną walutą ważną w życiu.

Akcja filmu dzieje się w przyszłości, gdzie wprowadzono reglamentację czasu do przeżycia, w wyniku której ludzie przestają się starzeć w wieku 25 lat. Czas ten można oczywiście wydłużyć, ale warunkiem jest sprawne dysponowanie i handlowanie minutami i godzinami, co oczywiście stawia ludzi bogatych w uprzywilejowanej sytuacji. W świecie tym poznajemy Willa (Justin Timberlake), który niesłusznie oskarżony o zabójstwo innego człowieka i kradzież jego czasu, porywa córkę miliardera - Sylvię Weis (Amanda Seyfried). Ich tropem rusza Strażnik Czasu - Raymond Leon (Cillian Murphy).

Film, jeżeli chodzi o konstrukcję fabularną, przypomina mi "Wyspę". Tam również dwójka głównych bohaterów (Ewan McGregor i Scarlett Johansson) buntowała się przeciwko istniejącej rzeczywistości i próbowała ją zmienić. W "Wyspie" bohaterowie jednak bardziej myśleli o przetrwaniu. Tutaj Will i Sylvia dodatkowo "bawią" się w obrońców uciśnionych, zabierając czas bogatym i rozdając go biednym. W "Wyścigu" nie ma zbyt dużo efektów specjalnych, co go odróżnia na plus w stosunku do "Wyspy", za to na pewno tam lepiej wypadł duet aktorski McGregor - Johansson. Timberlake nie jest z mojej bajki, ale przynajmniej nie raził mnie i grał przyzwoicie, co w przypadku mojej wrodzonej awersji do niego jako piosenkarza, jest komplementem. Seyfried wygląda zupełnie inaczej niż w innych filmach (ciągle mam w pamięci jej rolę słodkiej blondyneczki z "Mamma Mia"), w roli córki milionera jest ładnym tłem dla toczącej się akcji. Chociaż na pewno do talentu wspomnianej już Johansson, jednak "trochę" jej brakuje.

Ostatnio oglądalem sporo filmów, w których bardzo wyraziście wypadały postacie "schwarzcharakterów". Role Toma Hardy'ego w ostatniej części "Batmana", Guya Pearce'a w "Gangsterze" czy Javiera Bardema w "Skyfall" zapadają w pamięci. W przypadku Cilliana Murphy'ego nie mam takich odczuć. Jego bohater nie przeraża i w gruncie rzeczy nie sprawia większych problemów dla głównych bohaterów. Pewnie to kwestia scenariusza i słabo zarysowanej roli, bowiem Murphy to aktor ze sporym potencjałem.

Rzeczywistość jest tutaj przedstawiona nieco stereotypowo. Biedni są pokazani w filmie jako bardziej szczęśliwi, potrafią łatwiej dysponować swoim czasem, gdzie wystarcza im zwykła "dobowa norma", aby żyć. Bogaci (poza Sylvią) są zepsuci i egoistyczni. Ciekawie było natomiast pokazane "kupowanie czasu" po 25 roku życia. I tak matka bohatera granego przez Timberlake'a pomimo że była pięćdziesięciolatką, to ze względu na "transfer czasu" wyglądała jak jego rówieśnica. Podobnie było z matką i ojcem Sylvii. Było to niewątpliwie śmieszne, ale też skłaniające do refleksji, że w przypadku "zakupu długowieczności" świat stanąłby na głowie i prędzej czy później rozpadłby się, bo ludzie nie wytrzymaliby ze sobą tak długo.

Słabsze chwile w filmie to pewne nieścisłości - jak Sylvia biegająca i ruszająca w "akcję" w szpilkach, brak telefonów komórkowych (trochę dziwne, zważywszy na to, że akcja dzieje się w przyszłości), no i niewyjaśniony motyw śmierci ojca Willa (w połowie filmu wydawało się, że będzie to ważny wątek dla filmu).

Mimo to ogląda się go nieźle. Akcja toczy się w dobrym tempie, nie jest nudno i na pewno nie mam poczucia straconego czasu. No i okazało się, że Timberlake jest dla mnie bardziej do wytrzymania jako aktor niż piosenkarz ;)



środa, 31 października 2012

Faceci w czerni 3 ****

W 1997 roku "Faceci w czerni" ("Men in Black"), ekranizacja komiksu o agentach tajnej agencji rządowej broniącej niczego nieświadomych ziemian przed przybyszami z kosmosu, szturmem podbiła serca widzów na całym świecie. Zgryźliwy odchodzący na emeryturę agent K (Tommy Lee Jones) rekrutował i przyuczał do zawodu młodego luzaka agenta J (Will Smith). Doskonała gra tej dwójki, humor wynikający z konceptu kosmitów, ukrywających się na ziemi wśród niczego nie spodziewających się ludzi i wpadający w ucho kawałek rapowany przez samego Willa Smitha skończył się ogromnym sukcesem kasowym.



Jeśli jakiś film odnosi w Hollywood sukces podobny do MIB to jest właściwie skazany na sequel i w 2002 roku do kin trafiło MIB2. Szczerze mówiąc nic z niego nie zapamiętałem, chyba jedynie wrażenie, że raczej kolejnego sequelu już nie będzie, bo dwójka zatraciła wiele atutów części pierwszej.

Nadszedł rok 2012 i ku mojemu zaskoczeniu, dziesięć lat po nieudanym sequelu, światło ujrzała trzecia część cyklu. Do kina mi się nie śpieszyło, ale gdy w końcu już film obejrzałem to stwierdzam, że warto było poczekać.

Znów spotykamy się z agentami K i J. Po raz kolejny będą musieli ocalić naszą planetę przed śmiertelnym zagrożeniem. Niemniej dzięki pomysłowemu scenariuszowi Etana Cohena (nie mylić z jednym z braci Coen), który inkorporuje nawet podróż w czasie, całość jest znów świeża, zaskakująca i zabawna. Dynamika relacji K i J, która napędzała jedynkę dalej się rozwija, historia która poznajemy rzuca na nią zupełnie nowe światło, a Nowy Jork końcówki lat 60 ubiegłego wieku jest świetnym tłem kolejnych żartów na temat świata kosmitów i agentów MIB żyjących wokół nas.

Powracający jako reżyser Barry Sonnenfeld zadbał o to, że wizualnie film jest spójny z poprzednimi częściami, ale dzięki rozwojowi technologii jeszcze bardziej efektowny. Mnie szczególnie podobał się sposób pokazania "skoku w czasoprzestrzeni". Do obsady dołączyli między innymi Josh Brolin (fantastycznie odgrywający młodego K), trochę dla mnie nieoczekiwanie sama Emma Thompson, a wyróżnił bym również Jermaina Clementa wcielający się w śmiertelnego wroga naszych bohaterów - strasznego, ale też komicznego Borysa Zwierzaka.

Ogólnie przyjemna rozrywka, szczególnie dla fanów pierwszej części MIB, żal trochę, że piosenka promująca trójkę nie trzyma poziomu tej z oryginału.



niedziela, 12 lutego 2012

Geneza planety małp ****

W kiepskich humorach po klęsce Barcelony w Pampelunie, postanowiliśmy razem z Mr. Blonde poszukać pocieszenia na planecie Hollywood. Padło na "Genezę planety małp".

Film ma generalnie dwa bardzo różne oblicza. W pierwszym obserwujemy historię zdolnego naukowca, granego przez Jamesa Franco, pracującego nad lekiem na Alzheimera. W wyniku wydarzeń, których nie mam zamiaru streszczać, ląduje u niego w domu małe, piekielnie inteligente szympansiątko, któremu później nadane zostanie imię Ceasar. Dzięki Ceasarowi główny bohater poznaje piękna panią weterynarz (Freida Pinto). No i tak sobie obserwujemy wzruszająco płytką historię miłości między zwierzęciem i człowiekiem dekorowaną urodą pani Pinto, dla której chyba jedynym zadaniem aktorskim było "to usiądź sobie tam i ładnie się uśmiechaj". Romans między Jamesem i Freida rozwija się na tyle dynamicznie, że pocałują się już po około 5 latach, a i wszystkich zwolenników wdzięków tej aktorki mogę z góry rozczarować. Nie są one tu eksponowane w żaden sposób :(.

Obok tego wątku mamy jeszcze zmagania zdolnego naukowca ze swoim chciwym szefem (fatalnie obsadzony David Oyelowo, nie wiem kto może uwierzyć że gołowąs o tak nieskażonej inteligencją twarzy może być szefem w korporacji, gdzie był Don Cheadle się pytam jak kręcono ten film?) o to by pozwolił mu na dalsze prace nad cudownym lekiem. Tutaj scenarzyści również popisują się niezwykłą wręcz zręcznością unikając wszelkich filozoficznych i etycznych dylematów, które mogą wiązać się z tego typu historią.

W końcu jednak, gdy Ceasar ląduje w więzieniu dla człekokształtnych, akcja koncentruje się na jego postaci. Co szokujące po tak fatalnym wprowadzeniu dostajemy prawdziwą ucztę dla kinomana, w której raz po raz dostrzegaliśmy nawiązania do ulubionych filmów. Sam Ceasar jest zdecydowanie najlepiej zagraną i najbardziej charyzmatyczną postacią w filmie. Obdarzony mimiką Andiego Serkisa, który wcześniej podobnie wcielił się w Goluma w trylogii "Władca pierścieni", po prostu żyje na ekranie. Te gesty, te spojrzenia. Na miejscu akademii poważnie zastanowiłbym się czy Surkisowi nie należy się w końcu oskar, za rzeczy które potrafi zrobić z cyfrowymi postaciami. Ciężko dojrzeć granicę gdzie kończy się aktorem a zaczyna animacja, ale efekt jest naprawdę niesamowity.

Tak jak pisałem Ceasar trafia do mrocznego, klaustrofobicznego więzienia. Stajemy się świadkami historii dojrzewania, akceptacji tego kim jest, walki o władzę, buntu oraz ucieczki. Ceasar musi zmierzyć się sam ze sobą, zdefiniować swoje miejsce w świecie. Stawić czoła okrutnemu, nienawidzącemu małp oprawcy (jedyna chyba udana w filmie "ludzka" rola w którą wciela się Tom Fulton). Gdy pomału zdobywa szacunek swoich pobratymców nie sposób się w jego gestach nie doszukiwać się podobieństwa do postaci Micheala Corleone. Tym bardziej, że pomagają mu rudy orangutan jako consigliere oraz wielki i wierny do końca goryl, czyli toczka w toczkę Luca Brasi z "Ojca chrzestnego". Kulminacją akcji jest epicka wręcz scena bitwy o most Golden Gate w San Francisco. Jest tu wszystko, suspens, karne oddziały wiernie wypełniające rozkazy przywódcy, przyjaciel zasłaniający lidera swoją własną piersią, popłoch w zdezorientowanych oddziałach wroga... Obraz Ceasara na galopującym koniu wyłaniającego się z mgly i dającego sygnał do natarcia, jest chyba jednym z bardziej ikonicznych jakie miałem ostatnio okazje widzieć w filmie. Czyste kino.

Tak więc może ze względu na kiepski początek, powinienem dać temu filmowi 3*, ale perfekcyjnie zrealizowana końcówka, którą fundują nam reżyser i spece od efektów specjalnych wciska w fotel na tyle, że nie można ich roboty nazwać inaczej jak po prostu dobrą. Robotę scenarzystów i gwiazd pomińmy życzliwie milczeniem.