Pokazywanie postów oznaczonych etykietą sensacja. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą sensacja. Pokaż wszystkie posty

środa, 30 listopada 2016

Prosta historia o morderstwie ****

Jacek (Filip Pławiak) to młody funkcjonariusz policji, który rozpoczyna współpracę ze swoim ojcem, doświadczonym gliniarzem, Romanem (Andrzej Chyra). Kiedy okazuje się, że ojciec, coraz częściej sięga po alkohol i stosuje przemoc wobec matki Jacka - Teresy (Kinga Preis), dochodzi do eskalacji konfliktu w rodzinie. Dodatkowo spór ojca z synem zaostrzają nielegalne interesy Romana ze światem przestępczym, co dla praworządnego Jacka jest nie do przyjęcia.

Aktor Arkadiusz Jakubik, tym razem po drugiej stronie kamery, przedstawił jak w pozornie szczęśliwej rodzinie, która na zewnątrz wydaje się być idealna, jest dużo rys i pęknięć. Na szczęście reżyser pokazując mozaikę męskich charakterów, nie przerysował żadnej z postaci. Roman to nadużywający przemocy alkoholik, który coraz bardziej się stacza. Jacek stara się być całkowitym przeciwieństwem ojca. Stroni od alkoholu, jest uczciwy, stanowi wzorzec kandydata na policjanta. Destrukcyjne geny ojca wpływają jednak na niego i rozedrgany emocjonalnie chłopak nie potrafi do końca ułożyć sobie życia uczuciowego ze swoją dziewczyną. Dwóch braci Jacka: głuchoniemy i wrażliwy Paweł (Przemysław Strojkowski) chyba najgorzej znosi konflikty rodzinne, bo jest w wieku, gdy potrzebuje najbardziej ojca, z kolei średni brat Krystian (Mateusz Więcławek) to cynik, który już zaczyna robić szemrane interesy z "miejscowym establishmentem" i podąża drogą przestępstwa.

Wyraźnie widać na kim wzorował się Jakubik kręcąc film. Sam początek, a później towarzyszące fabule nerwowe zbliżenia kamerą, muzyka - czuć ewidentnie w tych elementach ducha filmów Wojciecha Smarzowskiego. Nawet sposób przedstawienia policjantów, którzy chętnie piją wódkę, prowadzą nielegalne interesy i wrzucenie do tego "kotła" młodego policjanta, próbującego walczyć z układami - to mały ukłon w stronę twórcy "Drogówki". Siłą filmu jest z pewnością retrospektywna narracja, która nakręca dwutorowo fabułę. Jakubik wie, kiedy zwolnić, a kiedy podkręcić tempo akcji i jego obraz chociaż "pachnie" nieco "smarzowszczyzną", to jednak odróżnia się mniej "fatalistycznym" klimatem.

Dużym walorem filmu jest aktorstwo. Powściągliwa gra Pławiaka (dla mnie małe polskie odkrycie filmowe 2016 roku), próbującego wyrwać rodzinę ze szponów despotycznego ojca, jest bardzo dojrzała. Chyra jak zwykle nie schodzi poniżej wysokiego poziomu. Jednym gestem, mimiką potrafił niezwykle realistycznie pokazać zmianę z dobrodusznego, kochającego ojca w bezdusznego potwora. Dobrze w roli matki wypada również Preis, która przekonująco oddała kruchość i tragizm swojej postaci. Ciekawie gra również Więcławek, który po podobnej roli w serialu "Belfer" po raz drugi udanie kreuje wizerunek młodego buntownika.

"Prosta historia o morderstwie" jako psychologiczna rozprawa o życiu rodziny nie jest może specjalnie oryginalna, ale niewątpliwie ma swój klimat i potrafi wciągnąć, a na samym końcu zaskoczyć. A to przecież chodzi w kinie.



poniedziałek, 9 maja 2016

Pitbull. Nowe porządki ****

"Majami" (Piotr Stramowski) to "młody-gniewny" policjant śledczy, który rozpoczyna swoją pracę na Mokotowie, na którym to coraz większe wpływy ma gangster "Babcia" (Bogusław Linda). Przestępca początkowo zajmuje się ściąganiem haraczu z okolicznych stoisk i sklepów na bazarach. Ponieważ jego metody zaczynają być coraz bardziej bezwzględne, to nietrudno się domyślić, że konfrontacja gliniarza z przestępcą będzie nieunikniona.

Kino sensacyjne w Polsce wiąże się ostatnio głównie z Patrykiem Vegą. Po niezłych "Służbach specjalnych" reżyser tym razem stworzył film lżejszy, apolityczny i opowiedziany w bardzo przystępnej formie dla widza. Reżyser sięgnął po sprawdzone środki. Nie komplikując sobie i widzowi fabuły, wprowadził jasne zasady i to co najlepiej sprzedaje się w kinie - podział na złego i dobrego bohatera.

Główni bohaterowie filmu Vegi są trochę jak postaci z komiksu. Robią wokół siebie sporo szumu, ale w gruncie rzeczy ani "Majami" ani "Babcia" (swoją drogą ksywki w filmie drażnią, wolałbym imienne określenia postaci) nie niosą ze sobą jakiejś głębi i poza tym, że sypią komediowymi tekstami jak z rękawa, to brakuje im bardziej psychologicznego rysu. Ten rys reżyser próbował dać bohaterowi Lindy, gdy na samym początku filmu widzimy jak w trakcie kibolskiej ustawki "Babcia" przeżywa osobisty dramat. Później dowiadujemy się tylko, że zdarzenie sprzed kilku lat stanowi dla gangstera powód do prywatnej vendetty. Skąd jednak na Mokotowie pojawił się "Babcia" i czy to właśnie wydarzenie z początku filmu spowodowało, że wszedł on na gangsterską ścieżkę? Tego się nie dowiadujemy, ale jednak kupujemy tą postać. Linda jest w niezłej formie i niektóre jego teksty brzmią zupełnie tak, jakbyśmy mieli do czynienia z Franzem Maurerem, tyle że po drugiej stronie barykady. Jego rola w "Pitbullu" jest najlepszą od co najmniej kilkunastu lat. Z kolei "Majami" jest bezkompromisowy, często używa niedozwolonych metod niekoniecznie zgodnych z prawem, aby osiągnąć swój cel i ma problemy z dyscypliną, co skutkuje jego zesłaniem na Mokotów. I pomimo że debiutujący w filmie fabularnym Stramowski gra nieźle i godnie zastępuje Marcina Dorocińskiego z pierwszego "Pitbulla", to jednak ciężko uznać jego postać za szczególnie interesującą.

Prym wiedzie drugi plan, szczególnie bardzo dowcipnie grająca dziewczynę "Majami", świetnie wyglądająca na ekranie - Maja Ostaszewska. Wyróżniają się też inne postaci, trochę może momentami przerysowane, jak chociażby "Zupa" (Krzysztof Czeczot) - psychol z krwi i kości, prostytutka "Kura" (Agnieszki Dygant) czy tępy osiłek "Strach" (Tomasz Oświęciński). Paradoksalnie największą słabością filmu są ci, którzy w pierwszej części byli ważnymi dla fabuły graczami. Andrzej Grabowski jako legendarny Gebels gra na pół gwizdka, a Barszczyka (Michał Kula) czy Rosłonia (Paweł Królikowski) jest bardzo mało na ekranie.

Jeśli spojrzymy na fabułę z lekkim przymrużeniem oka i nie będziemy dla scenariusza przesadnie surowi, to nie trudno stwierdzić, że twórca "Pitbulla" jest sprawnym warsztatowcem i obserwatorem życia. Poprzez dobrą robotę reżyserską, ścieżkę dźwiękową, dowcipne dialogi i niezłych aktorów Vega potrafi wciągnąć widza w historię. W filmie jest pewien ładunek dramatyczny (dwie-trzy mocne sceny), ale w gruncie rzeczy przez większość czasu ogląda się go jak komedię sensacyjną.

Vega pokazał, że w Polsce można stworzyć dobry film rozrywkowy, który nie próbuje łączyć niepotrzebnie zbyt wielu gatunków filmowych i jest w miarę spójny. Do klasy "Psów" czy do pierwszego filmu sprzed 11 lat zabrakło większego ładunku emocjonalnego, ale z pewnością "Pitbulla - nowe porządki" ogląda się zaskakująco dobrze.



niedziela, 12 stycznia 2014

Wilk z Wall Street ***

„Jestem królem świata!” krzyczał Leonardo Di Caprio, grając Jacka w „Titanicu”. Spokojnie taką frazę mógłby również powtórzyć w najnowszym obrazie Martina Scorsese - „Wilk z Wall Street”. Jego Jordan Belfort to złote dziecko Wall Street, który zakłada wraz ze swoim kumplem Donnie'm Azoffem (Jonah Hill) firmę maklerską - Stratton Oakmont, zajmującą się akcjami śmieciowymi. Z czasem dorabia się on niebywałego bogactwa, stając się powoli obiektem zainteresowań FBI.

Jeśli Jordan Belfort miał na starcie swojej maklerskiej kariery jakiekolwiek ideały i zasady, to pryskają one niczym bańka mydlana w momencie poznania Marka Hanny (nieduża, ale znacząca dla fabuły rola Matthew McCounagheya). Od swojego „mentora” Belfort dowiaduje się, co zrobić, żeby osiągnąć sukces. I tak - przede wszystkim - powinien oszukiwać, wręcz "doić" klientów z pieniędzy. A w wolnych chwilach wciągać ścieżki kokainy i po prostu korzystać z uroków życia. Idąc za wskazówkami Hanny, Jordan dosyć szybko odnajduje się w regułach finansowego rynku, nie mając przy tym żadnych skrupułów czy wyrzutów sumienia. A nawet jak miewa ledwo dostrzegalne refleksje nad swoim życiem, to znikają one wraz z kolejnymi dawkami prochów czy innych używek. Imprezy, orgie, seks z niezliczoną ilością kobiet, to jest to, co stanowi sens życia młodego milionera. Z filmu nie wynika żaden morał, żadna hollywoodzka przypowieść o tym, że bogactwo niszczy człowieka i w gruncie rzeczy nic mu ono nie daje, bo w środku zostaje on pusty. Scorsese nie moralizuje, nie poucza, po prostu przedstawia fakty i zostawia widzowi ocenę postępowania bohaterów filmu.

Narracja w filmie mocno przypomina „Chłopców z ferajny”. Tutaj też mamy głos zza kadru głównego bohatera, komentujący zdarzenia z jego życia. Zresztą sama banda z firmy Belforta przypomina trochę tą mafijną ekipę z pamiętnego klasyka Scorsese. Tyle, że ci pierwsi zdecydowanie więcej imprezują i ćpają – pod tym względem chłopcy z Bronksu zachowywali się przy nich jak grzeczni przedszkolacy. No i o ile w "Chłopcach..." świetnie pokazane było środowisko mafijne, to tym razem Scorsese skonstruował satyrę na maklerów, obnażając kompletnie tą profesję. Brokerzy w filmie są pokazani jako ludzie niezbyt skomplikowani intelektualnie (co ciekawe w składzie założycielskim Stratton Oakmont, poza Belfortem, nikt nie miał wyższego wykształcenia) i prześcigający się w kolejnych idiotyzmach. I tak „Wilka…" momentami ogląda się jak niesmaczną komedię, przypominającą niekończącą się imprezę, która za chwilę zakończy się puszczeniem wielkiego pawia. Są w filmie śmieszne momenty (jak np. niektóre narkotyczne wizje Belforta), ale są też wyjątkowo żenujące chwile. I tych drugich jest niestety więcej.

Nie jestem zachwycony rolą Di Caprio. Belfort w jego wykonaniu to człowiek bez zasad, zepsuty i chyba jego jedyną zaletą jest to, że jest lojalny wobec swoich kumpli. Aktor momentami za bardzo szarżuje, gra zbyt efekciarsko, a jego przemowy w trakcie filmu (są aż trzy) są mało treściwe i przynajmniej dwie z nich zbyteczne, co jest też dużą winą scenariusza. Niewątpliwie „boski Leo” miewa dobre momenty (gdy musi grać swojego bohatera, będącego na haju czy też, gdy prowadzi świetną rozmowę z agentem FBI, granym przez Kyle Chandlera), ale daleki jestem od zachwytów nad jego rolą. Reszta aktorów wciela się w bardzo antypatyczne postacie, gdzie prym wiedzie szczególnie Jonah Hill, który gra po prostu wyjątkowego kretyna i nieraz ma się ochotę udusić go na ekranie. Margot Robbie - jako druga żona Belforta - Naomi stanowi na pewno niesłychanie miły ozdobnik i pewnie Hollywood jeszcze nie raz się o nią upomni.

„Wilk z Wall Street” to najsłabsze dzieło Scorsese od lat. Niewykluczone, że mój słabszy odbiór tego filmu jest spowodowany tym, że całkiem niedawno obejrzałem "Arbitraż" również opowiadający o krezusach finansowych, osadzonych w realiach Wall Street i za bardzo nastawiłem się na podobną tematykę. A tymczasem obejrzałem satyrę na maklerów, którą trudno uznać za wybitne dzieło. Owszem, wielki mistrz nic nie stracił ze swojego reżyserskiego kunsztu, ale już sam komediowy charakter historii pozostawił we mnie spore uczucie niedosytu.

sobota, 4 stycznia 2014

Babcia Gandzia ***

Paulette (Bernadette Lafont) po śmierci męża mieszka samotnie na przedmieściach Paryża. Starsza pani, która straciła rodzinną cukiernię, robi się z wiekiem coraz bardziej zgorzkniała i nieprzyjemna dla najbliższego otoczenia. Gdy w ręce staruszki trafia nieoczekiwanie paczka z haszyszem, kobieta postanawia skorzystać z możliwości zarobku i staje się dilerem narkotykowym.

Autorzy komedii wpadli na dosyć nietypowy pomysł na fabułę. Koncepcja, że staruszka z powodu kłopotów finansowych nagle zaczyna rozprowadzać miękkie narkotyki, mogłaby się co najwyżej zrodzić w głowach twórców kolejnej, niezbyt mądrej, amerykańskiej komedii. Tymczasem Jérôme Enrico pokazuje cały motyw we wdzięcznej i przyjemnej formie, głównie dzięki wyraziście przedstawionym postaciom i niezłym dialogom. Jest momentami bardzo zabawnie, szczególnie gdy pokazana jest ciemna strona charakteru babci, jej rasizm, egoizm i ksenofobia. W dużej mierze zasługa w tym Bernardette Lafont (zmarłej w ubiegłym roku) i postaci drugoplanowych w osobach Carmen Maury, Françoise Bertin (grających przyjaciółki Paulette) i chyba najlepszego z tego grona - Jeana-Baptisty Anoumona, w roli jej zięcia.

Gdy postać Paulette przechodzi przemianę i zaczyna się nawracać, to mam wrażenie, iż twórcy filmu chcieli nam sprzedać bajkę w amerykańskim stylu. Bajkę, która miała przekonać, że człowiek w każdym wieku jest w stanie dostrzec swoje błędy, że pieniądze mogą zmieniać na lepsze, a narkotyki to zło. Nie do końca kupiłem ten pomysł i raczej nie trafiła do mnie historia odmienionej Paulette. Starsza pani nagle straciła charakter, a film stał się banalny i przewidywalny (może poza lekko zaskakującym zakończeniem).

„Babcia Gandzia” to przyzwoita komedia, którą można obejrzeć, ale do której raczej się nie wróci i zapomni po kilku tygodniach.

wtorek, 3 września 2013

As w rękawie ***

W 2006 roku Joe Carnahan był znany z kilku niezależnych filmów oraz niezłego thrillera "Narc" z Rayem Liottą w roli głównej. Panowie spotkali się ponownie na planie filmu "Smokin' Aces" (polskie tłumaczenie "As w rękawie" - jak zwykle "bardzo trafne"). Oprócz Liotty - reżyser dostał do dyspozycji m.in. Bena Afflecka, Andy'ego Garcia, Ryana Reynoldsa czy debiutującą na ekranie - piosenkarkę Alicię Keys, a więc gwiazdy, którymi można by było obsadzić przynajmniej ze dwa inne dobre filmy. Carnahan napisał również scenariusz, którego fabuła zdawała się być bardzo obiecująca dla fanów kina gangsterskiego i twórczości takich reżyserów jak Quentin Tarantino czy Guy Ritchie.

Dwaj agenci FBI Richard Messner (Reynolds) oraz Donald Carruthers (Liotta) mają za zadanie chronić komika Buddy'ego Israela (Jeremy Piven), który ma interesujące dla wymiaru sprawiedliwości informacje i zdecydował się zeznawać przeciwko mafii. Rozpoczyna się polowanie na niego przez gangsterów. Kilerzy są wynajęci przez różnych zleceniodawców i w związku z tym są przeróżnej maści. Mamy tutaj typowych łowców nagród, którzy zostali skuszeni możliwością łatwego (jak się wydaje) zarobku, psychopatycznych morderców, dwie czarnoskóre panie, a nawet...neonazistów.

Takie nagromadzenie postaci nie przyniosło dobrego rezultatu. Owszem, film rozpoczyna się w iście "tarantinowskim stylu", czyli od dużej ilości krwi, błyskotliwych dialogów pomiędzy głównymi bohaterami (chociażby świetna rozmowa Israela ze swoim ochroniarzem, przypominająca pamiętny dialog pomiędzy Vincentem a Julesem z "Pulp Fiction") i wartkiej akcji. Później jednak konstelacja gwiazd zaczyna męczyć, a i sama fabuła kuleć.

Nie do końca wyszły reżyserowi próby mieszania gatunków. Do gangsterskiej konwencji Carnahan starał się wpleść dramat sensacyjny, który z jednej strony miał wiarygodny wątek, bo logicznie przedstawiał motywy działań szefów FBI. Z drugiej strony dramatyczny ton w dalszej części filmu, przy lżejszej formie z początku, był mało przekonujący, co zdezorientowało Reynoldsa. Aktor ze swoim wyrazem twarzy, stanowiącym skrzyżowanie zatwardzenia z szarżującym bykiem, jakby nie wiedział, co i w którym momencie ma grać. Jak dodamy kilka bezsensownych wątków - neonaziści - zabójcy, rozterki duchowe naćpanego Israela, czy słabe zakończenie historii z Alicią Keys, to mamy w sumie średnio udany film. W zasadzie przed określeniem "kiepski" uratował go klimat i dynamika akcji z początku. A także fakt, że do końca nie było wiadomo, który z bohaterów z krwawej rzezi zafundowanej przez reżysera przeżyje całą zabawę.

"Smokin Aces" miało szansę znacznie bardziej wypalić. Niestety - nawet dobry pomysł na fabułę i plejada gwiazd nie zagwarantowały sukcesu. Trzeba było jeszcze umiejętnie wykorzystać cały zebrany potencjał. W efekcie wyszedł film, który można obejrzeć, ale nie sposób się nim zachwycić.


niedziela, 9 czerwca 2013

Drugie oblicze *****

Luke Glanton (Ryan Gosling) to klepiący biedę kaskader motocyklowy, który dowiaduje się, że ma syna i aby móc go utrzymać, decyduje się na napady rabunkowe na banki. Na jego trop wpada policjant Avery Cross (Bradley Cooper). Jak się później okaże, ta konfrontacja będzie miała wpływ na ich synów i rodziny.

Mogłoby się wydawać, że w warstwie fabularnej Derek Cianfrance - twórca "Blue Valentine" - nie proponuje nam niczego odkrywczego. Ot, starcie złego przestępcy (trzeba jednak przyznać, że wzbudzającego sympatię) Luke'a z dobrym policjantem Averym. Takie historie kino proponowało nam wiele razy. Jednak tym, co odróżnia tę opowieść od innych, jest jej wielowątkowość. Rywalizacja pomiędzy głównymi antagonistami nie stanowi bowiem centralnego punktu w filmie, lecz jest tylko pretekstem do innych ważnych wydarzeń, które niczym w greckiej tragedii, mają wpływ na przyszłe pokolenia bohaterów.

Początek filmu to historia Luke'a. Tajemniczy główny bohater, za maską twardziela i skórą pełną tatuaży, skrywa człowieka z uczuciami, które wybuchają chociażby w trakcie chrztu jego dziecka w kościele. O postaci granej przez Goslinga wiemy tylko to, że miał ciężkie dzieciństwo i nie miał ojca. W związku z tym bohater nie chce, aby jego syn był naznaczony takim samym piętnem, jak on sam. Dlatego chce stworzyć jemu oraz jego matce Rominie (Eva Mendes) godne warunki do życia.

Świetne ujęcia, pokazujące nocne życie miasta oraz dzienne podróże motocyklowe Luke'a, są znakomicie przedstawione przez autora zdjęć - Seana Bobbitta. Ładnym kadrom towarzyszy niezwykle klimatyczna muzyka Mike'a Pattona, wokalisty i multiinstrumentalisty Faith No More. W zasadzie jedyne, do czego mógłbym się przyczepić w tej części filmu to...przesyt tego wszystkiego. Po prostu twórcy przesadzili nieco z przedłużaniem pewnych scen, które miały chyba pokazać maestrię ekipy technicznej. Co za dużo, to niezdrowo i muszę przyznać, że odczuwałem momentami znużenie kolejnymi widoczkami pięknych Stanów Zjednoczonych.

Ciekawym zabiegiem Cianfrance'a jest zmiana w połowie filmu głównego bohatera. Cieżar gry zaczyna spoczywać na barkach Coopera, który jak dla mnie zagrał bardzo przekonująco. Postać Avery'ego nie jest papierowa i jednoznaczna. Myślę, że Cooper znakomicie pokazał jej złożoność i to jak łatwo z ofiary stać się łowczym, pamiętając o tym, że najlepszą formą obrony jest atak. Wątek Avery'ego, opowiadający o korupcji w policji, to lekka kalka "Dnia próby", ale z innym schematem rozwiązania akcji. Warto odnotować w tej części świetną drugoplanową kreację Ray'a Liotty, który gra może rzadko, ale już jak występuje, to jego rola zawsze mocno zapada w pamięci.

Najbardziej poruszająca w filmie jest jednak historia synów głównych bohaterów i to jak jedna decyzja definiuje człowieka oraz jak wpływa na następne pokolenia. O tym, jak bardzo potrzebny jest odpowiedni wzorzec mężczyzny dla młodego chłopaka i że kwestia wysokiej pozycji zawodowej wcale nie wpływa na późniejsze, lepsze wychowanie dzieci. W tej historii moją uwagę zwrócił Dane DeHaan. Moje pierwsze skojarzenie, jak go zobaczyłem - "młody Mick Jagger" i gdyby ktoś się zdecydował na ekranizację biografii The Rolling Stones, to ten młodzian powinien zagrać Jaggera. Chłopak ma wyjątkowo charakterystyczną twarz, a swoją rolę zagrał tak przekonująco, że obok Coopera to najlepsza kreacja w filmie. Tych dwóch postawiło tak wysoko poprzeczkę, że gra Goslinga na ich tle wydaje się być tylko poprawna.

Początkowo zamierzałem ocenić film nieco niżej. Ma on kilka drobnych wad (np. kiepska charakteryzacja aktorów w momencie, gdy akcja przenosi się w czasie czy przydługie sceny motocyklowych popisów Goslinga), ale ze względu na sprawne połączenie wszystkich wątków, świetną grę aktorską, stronę wizualną oraz ścieżkę dźwiękową, muszę oddać Cianfrance'owi, że stworzył bardzo dobre dzieło, które mnie poruszyło i trzymało w napięciu do końca.


sobota, 11 maja 2013

Uprowadzona ****

Pamiętam jeszcze czasy magnetowidów, kaset VHS i namiętne oglądanie takich ówczesnych hitów jak "Comando" czy "Cobra". Filmy te były może mało odpowiednie dla 10-latka, ale za to w bardzo konkretny i zrozumiały sposób definiowały podstawowe zasady moralne i związany z nimi podział na dobro i zło. Główni bohaterowie odtwarzani przez Arnolda Schwarzeneggera i Sylwestra Stalone'a nie mieli ekstrawaganckich samochodów, gadżetów, nie zakładali szykownych garniturów. Nie byli specjalnie szarmanccy czy przystojni. Za to mieli to coś, co powodowało, że każdy z dzieciaków oglądających taki film, chciał być taki jak oni. Umieli się bić, strzelać, nie resocjalizowali przestępców, nie prowadzili z nimi intelektualnych rozmów. Za to jednym ciosem lub strzałem potrafili "rozwiązać problem" w postaci unicestwienia bandziora. Przez to byli niewątpliwie bardziej ludzcy niż wymyśleni później superbohaterowie o nadludzkiej sile czy też agenci specjalni z supernowoczesnymi gadżetami i pięknymi kobietami u boku. Produkcją, która nawiązała do tradycji tamtego - już nieco "oldskulowego kina" - stał się kilka lat temu film "Uprowadzona".

Bryan Mills (Liam Neeson), były agent służb specjalnych, rusza do Paryża, by ratować swoją 17-letnią córkę Kim (Maggie Grace) porwaną przez gang handlujący kobietami. Na ekranie mamy od początku zwartą akcję i sporo emocji. Bryan, za pomocą broni i gołych pięści, bezwzględnie rozprawia się kolejno ze swoimi przeciwnikami i aby odzyskać swoją córkę, idzie dosłownie po trupach do celu.

Neeson - aktor, który rozpoczynał swoją karierę od znakomitych kreacji dramatycznych w takich filmach jak "Lista Schindlera", "Nell" czy "Michael Collins", skierował się kilkanaście lat temu w stronę bardziej komercyjnych przedsięwzięć. Udział w takich flmach wychodzi mu raz lepiej, raz gorzej. W "Uprowadzonej" świetnie się sprawdził w roli ojca, który nie cofnie się przed niczym, aby tylko odzyskać córkę. Byłem szczególnie pod wrażeniem scen walk z jego udziałem, gdzie wypadał równie przekonywująco jak w momentach nieco bardziej dramatycznych, kiedy musiał po prostu "grać twarzą", żeby pokazać emocje swojej postaci. Dobrą robotę wykonał też francuski reżyser Pierre Morel, który sprawnie połączył kino lat 80. i 90., nadając filmowi dodatkowo błysk i dyanamikę nowoczesnego kina akcji - co było widoczne szczególnie w scenach walk. Scenariusz Luca Bessona i Roberta Marka Kamena nie jest może największym atutem "Uprowadzonej", ale trzyma solidny poziom znany z twórczości Bessona. Na pewno dużym plusem są kwestie głównego bohatera wypowiadane wobec kolejno eliminowanych przeciwników - dało się tu wyczuć inspiracje takimi twardzielami kina akcji, jak wspomniany już przeze mnie Schwarzenegger czy Clint Eastwood.

Myślę, że film dla osób, które darzą sentymentem kino sensacyjne sprzed kilkudziesięciu lat będzie stanowił fajną rozrywkę i dobrze spędzony czas. Ja się w każdym razie nie nudziłem i do końca śledziłem w napięciu losy głównych postaci.


niedziela, 17 marca 2013

80 milionów ****

Dziesięć dni przed ogłoszeniem stanu wojennego młodzi działacze dolnośląskiej "Solidarności" postanawiają wyprowadzić z wrocławskiego banku 80 milionów związkowych pieniędzy, ponieważ władze chcą wkrótce zablokować możliwość dużych wypłat. Plan jest śmiały i niebezpieczny, gdyż funkcjonariusze Służby Bezpieczeństwa podążają za nimi krok w krok. Głównymi pomysłodawcami akcji są Józef Pinior (Krzysztof Czeczot), Stanisław Huskowski (Wojciech Solarz) i Piotr Bednarz (Maciej Makowski). Rozpoczyna się gra pomiędzy opozycją a władzą komunistyczną, w trakcie której każdy chwyt jest dozwolony.

Historia wciąga i myślę, że nieźle oddaje klimat lat 80. Szczególnie dobrze wypadają scenki rodzajowe typowe dla tamtych lat - jak chociażby tankowanie samochodu na stacji CPN przez głównych bohaterów czy dialogi przedstawicieli władzy ludowej. Wszystko to zasługa Waldemara Krzystka, który poza dobrym przedstawieniem realiów tamtych czasów zachował autentyczność historii, nie uprawiając przy tym polskiej martyrologii i patosu. Dodatkowo potrafił "ubrać" to wszystko w gatunkowe kino rozrywkowe, z czego wyszedł przyzwoity film sensacyjny. Zaletą filmu jest też muzyka, towarzysząca bohaterom (jedyna nieścisłość w filmie - utwór "Dorosłe Dzieci" zespołu Turbo - słuchany przez jednego z bohaterów - powstał w 1982 roku, a akcja filmu toczy się pod koniec 1981 roku), której na pewno fajnie się słucha.

Jednak największym atutem filmu jest dla mnie gra Piotra Głowackiego. Aktor znakomicie wypadł w roli cynicznego i złego do szpiku kości kapitana SB - Stanisława Sobczaka. Dawno już nie widziałem tak dobrej roli szwarccharakteru w polskim kinie i Głowacki jest dla mnie absolutnym odkryciem. Zresztą również gra pozostałych głównych, nieopatrzonych aktorów, uzupełnionych przez starszych (Baka, Stroiński, Frycz, Ferency) jest na dobrym poziomie.

Myślę, że nawet jeśli ktoś będzie odczuwał niedosyt z powodu nie wgłębiania się przez reżysera w historyczne tło, czy też mało wyraziste przedstawienie niektórych postaci (Władysław Frasyniuk w wykonaniu Filipa Bobka pojawia się na pięć minut i wygląda jak model, a nie solidarnościowy działacz), to te braki nie są jakoś szczególnie znaczące.

Fajnie, że są jeszcze polscy reżyserzy, którzy potrafią nie zamęczyć widza ciężkim przekazem. Pokazać, że historię nie zawsze trzeba traktować z zadęciem i można ją przekuć na dobre kino gatunkowe, przez co staje się ona przystępniejsza i łatwiejsza w odbiorze.



wtorek, 30 października 2012

Skyfall ****

Po czterech latach przerwy i ostatnim przeciętnym - jak na historię o Bondzie - "Quantum of Solace", w końcu doczekaliśmy się nowego dzieła o agencie 007.

Film otwiera niezwykle widowiskowy prolog. Co prawda początki wszystkich Bondów są efektowne, ale tym razem jest zaskakująco ze względu na nietypowe zakończenie. W każdym razie wstęp ze świetną oprawą graficzną i piosenką w wykonaniu Adele mocno wciska w fotel. Początek kształtuje późniejszą fabułę, bowiem agent 007 wpada w dołek psychiczny, zaczyna mocno nadużywać alkoholu, wycofuje się ze służby. Aż do pewnego momentu, kiedy oczywiście wraca.

Za reżyserię Bonda wziął się Sam Mendes. Trudno może dostrzec w filmie jakąś szczególną rękę twórcy "American Beauty", ale potrafił on dobrze połączyć dwa gatunki filmowe, czyli czyste kino akcji z dramatem psychologicznym. Bond jest zmęczony życiem agenta, rozczarowany swoimi zwierzchnikami. Walcząc z wrogiem powraca do swojej przeszłości, w której czuje się bezpiecznie i której jednocześnie nienawidzi. Film pogłębia jego więzi emocjonalne z M. (świetna po raz kolejny Judi Dench - określiłbym ją jako "Anthony Hopkins w spódnicy"). Bond, który jest sierotą, traktuje ją jak matkę, chociaż zbyt łatwo przechodzi do porządku dziennego nad "zdradą" M. z początku filmu. Ale błyskotliwe dialogi pomiędzy tą dwójką to wielka klasa. Zresztą w ogóle poczucie humoru w filmie jest najwyższej próby.

Jest tutaj wiele odniesień do dzisiejszych czasów, mód i tzw. politycznej poprawności. "Szpieg jest wśród nas" - to tylko smutna konkluzja, że problemem wywiadu i tajnych agentur nie są terroryści czy obce mocarstwa, tylko zwalczanie własnych agentów, którzy zostali niegdyś brutalnie wykorzystani przez swoich zwierzchników. Ciekawie też wygląda sposób przedstawienia nowego modelu agenta Q, który wygląda jak mól książkowy i kujon, mając w małym palcu wszelkie nowinki techniczne. Początkowo młody Q kpi sobie z Bonda, sugerując że nowoczesny agent powinien być taki jak on. Oczywiście później w trakcie filmu okazuje się, że ważniejsi są jednak ludzie, a nie komputery, co w jednej z akcji 007 dobitnie pokazuje. Kończący film wątek z czarnoskórą Moneypenny miał chyba również pokazać, że świat i czasy się zmieniają i trzeba się z tym godzić.

To, co obniża w moim przekonaniu wartość filmu, to niejako jego wtórność w stosunku do innego głośnego dzieła sprzed kilku miesięcy o superbohaterze, czyli Batmana. Podobnie jak w filmach o "Mrocznym Rycerzu" mamy tutaj do czynienia ze zmęczeniem psychicznym swoim dotychczasowym życiem głównego bohatera. Zresztą jest jeszcze kilka innych podobnych elementów łączących te dwa filmy. Postać przeciwnika Bonda - Raoula Silvy to jakby bardziej komiczna wersja Jokera. Sama rywalizacja Silvy z Bondem też przypomina wątek Batmana i Jokera. Postać grana przez Javiera Bardema jest przez większość filmu o krok przed 007. Nie ma w niej jednak aż takiej głębi jak w postaci Heatha Ledgera, nie niszczy on aż tak psychicznie głównych bohaterów jak wróg Batmana. Ale muszę przyznać, że ze względu na jedną scenę w filmie Silva w wykonaniu Bardema budzi przerażenie i powoduje, że stanowi on dla mnie najbardziej charakterystycznego wroga Bonda od wielu lat. Początkowo zirytowała mnie natomiast w filmie pewna kwestia natury obyczajowej. W trakcie pierwszego spotkania Bonda z Silvą, ten pierwszy daje lekko do myślenia widzowi, że może być biseksualny. Myślę, że była to jednak ironia i dystans głównego bohatera do siebie. Nie sądzę bowiem, żeby twórcy chcieli burzyć pomnik i wyrażać wątpliwości, co do seksualności Jamesa.

O ile doceniam rolę hiszpańskiego aktora, to niestety w filmie jest zdecydowanie za mało ładnych dziewczyn. Większą rolę ma czarnoskóra Naomie Harris, która jednak jakoś szczególnie wystrzałowa dla mnie nie jest. Bérénice Marlohe jest ładniejsza, ale jej wątek się szybko urywa. Generalnie od czasów Sophie Marceau i Hale Berry z Bondów jeszcze z Pierce'm Brosnanem nie było kobiety, która zapadłaby mi w pamięci. Na szczęście w filmie nie brakuje Astona Martina, charakterystycznego motywu muzycznego i kółeczka ze strzelającym agentem, czyli tych wszystkich elementów, za które pokochaliśmy Bonda.

Reasumując, film jest bardzo dobrze zrobiony i wciągający. Nie ma w nim przesytu efektów specjalnych i fani agenta powinni być z niego zadowoleni. Chociaż myślę, że znajdą się też tacy (jak np. ja), którzy jednak będą woleli stare Bondy z Seanem Connery i Rogerem Moorem. Ale jak na 50. rocznicę od pierwszego filmu o najsłynniejszym agencie jestem zadowolony, że Bond w gruncie rzeczy aż tak bardzo się nie zmienił i nadal trzyma dobry fason.



wtorek, 5 czerwca 2012

Mission Impossible - Ghost Protocol ***

Z reguły większość kontynuacji filmowych danego cyklu jest dla mnie zbędnych, bo są one gorsze od pierwszych części. Filmy z Jamesem Bondem skończyłem oglądać, kiedy rolę agenta 007 przestał pełnić Pierce Brosnan. Już ostatni film z jego udziałem ("Śmierć nadejdzie jutro") był dla mnie lekkim koszmarkiem. Efekty specjalne kosztem fabuły, zaserwowany przerost formy nad treścią zraził mnie do filmów z udziałem "śmiertelnych" bohaterów - agentów. Skuszony propozycją urządzenia maratonu filmowego przez Mr. White'a postanowiłem sobie jednak odświeżyć ten gatunek i obejrzeć czwartą część "Mission Impossible - Ghost Protocol" (oglądałem tylko pierwszą część tego cyklu i muszę przyznać, że film z 1996 roku mi się podobał).

Tym razem Ethan Hunt (grany niezmiennie przez Toma Cruisa) musi powstrzymać terrorystę Cobalta, który chce wywołać wojnę nuklearną. Akcja filmu skacze po krajach i kontynentach. Najpierw Budapeszt, później Moskwa, Dubaj i finał w Mumbaju. Oczywiście wszystko to opatrzone pięknymi widokami i plenerami. O efektach wizualnych nie wypada mi nawet pisać, bo to jest norma w tego typu produkcjach. Chociaż "spacer" Cruisa po wieży Burdż Chalifa w Dubaju jest nowością i na pewno robi wrażenie. I można się tylko zastanawiać co za chwilę wymyślą twórcy Bonda lub Jasona Bourna. Są też w filmie dwie panie - jedna dobra (ładna, śniada Paula Patton grająca agentkę Jane Carter), druga zła (Léa Seydoux - jako płatna zabójczyni Sabine Moreau - niezbyt ładna, ale trzeba przyznać, że pasująca do roli bezwzględnej morderczyni).

Można zatem powiedzieć, że wszystko przebiega standardowo i zgodnie z oczekiwaniami. To co na pewno wyróżnia film to spora dawka humoru, w czym niewątpliwie zasługa brytyjskiego komika Simona Pegga, który gra nieco fajtłapowatego agenta Benji Dunna, odgrywającego na koniec filmu kluczową rolę. On i Cruise - ze swoim słynnym, nieco narcystycznym już uśmiechem (mnie on akurat nie razi) - dodają uroku i lekkości filmowi. Ta dwójka sprawia, że jest po prostu zabawnie i przyjemnie.

Z tego typu dziełami mam jednak od kilku lat ten sam problem. W kwestiach fabularnych i intrygi szpiegowskiej niczym mnie już od dawna nie zaskakują i przez masę nieprawdopodobnych scen - po prostu nużą. Jedyne co można zapamiętać po tym filmie, to właśnie kwestie niektórych technicznych majstersztyków. "Spacer" Hunta po budynku, jego ucieczka przed burzą piaskową, kiedy to nienaganna fryzura Cruisa nie zostaje naruszona, przy tym się uśmiałem i niewątpliwie to zapamiętam. To jednak trochę za mało dla osoby wychowanej na szpiegowskich filmach Alfreda Hitchcocka czy wczesnych Bondach. Chociaż jeśli ktoś liczył na rozrywkowy film z dużą ilością wybuchów i zwrotów akcji, to na pewno nie będzie rozczarowany. Ja tam wolę inne kino.

Coś dla fanów wspinaczek ;)



niedziela, 19 lutego 2012

Amerykanin ***

Wątek płatnego zabójcy po przejściach, który ma wykonać swoje - być może - ostatnie zlecenie, jest w filmie stary jak świat. Tym razem za taką tematykę postanowił się wziąć Anton Corbijn (jego najbardziej znany film "Control" o życiu i śmierci Iana Curtisa, wokalisty Joy Division - był naprawdę niezły). Film opowiada historię Jacka, który jest płatnym zabójcą, najlepszym w swoim fachu. Gdy podczas jednego ze zleceń ginie jego kochanka, postanawia definitywnie wycofać się z zawodu. Dostaje jednak jeszcze jedno zadanie i przenosi się do malowniczej wioski we Włoszech

Film zapowiada się bardzo dynamicznie. Już w pierwszych scenach "trup ściele się gęsto" i można się spodziewać, że będziemy świadkami sprawnego, niegłupiego thrillera z motywem zabójcy po przejściach. Tymczasem film po dziesięciu minutach mocno hamuje i przez najbliższe półtorej godziny jesteśmy świadkami (z małymi wyjątkami) akcji bardzo niehollywoodzkiej, podczas której to główny bohater bardziej poddaje się refleksjom, rozmowom z miejscowym proboszczem i korzystaniu z uciech cielesnych niż morderczej profesji. Wszystko to niestety wypada mało realistycznie.

Przede wszystkim Clooney jako płatny zabójca mnie nie przekonuje. Jestem przyzwyczajony do jego występów, w których gra role czarusiów, amantów bądź ludzi cynicznych. I to jest jego domena. Natomiast, gdy musiał zagrać zabójcę z bagażem doświadczenia, to nie do końca mu uwierzyłem. Przynajmniej w tym filmie. Ale Clooney jednak poniżej pewnego poziomu nie schodzi. Gorzej jest, jeżeli chodzi o aktorów drugiego planu. Włoch Paolo Bonacelli, grający proboszcza, który próbuje naprowadzić bohatera granego przez Clooneya na właściwą ścieżkę, bardziej pasuje na właściciela włoskiej knajpy niż nobliwego dobrodzieja. Kobiety w filmie są ładne, często epatują ciałem i to się chwali ;), ale trudno powiedzieć o ich grze coś dobrego. Violante Placido - grająca prostytutkę Clarę o szlachetnym sercu - na pewno nie jest drugą Julią Roberts z "Pretty Woman". Druga ważna kobieca postać filmu - Thekla Reuten, jako płatna zabójczyni Mathilda, wygląda bardziej na "Aniołka Charliego" niż killerkę (jak można przyjeżdżać na próbę generalną przed akcją w mini spódniczce, kozaczkach i obcisłym golfie?)

Minusem filmu jest też niezrozumiały wątek zlikwidowania bohatera Clooneya przez swojego zleceniodawcę. Owszem, początkowo fajnie jest pożyć w nieświadomości, zadając sobie pytanie - dlaczego chcą wykończyć Clooneya i liczyć, że dowiemy się o tym na końcu, ale jeśli... No właśnie, może nie będę zdradzał zakończenia.

Plusem filmu są na pewno zdjęcia plenerów malowniczej Abruzji, scenografia, kameralność i niekomercyjność filmu. Reżyser próbował wskrzesić w swoim dziele ducha filmów francuskich z Alainem Delonem z lat 60. i 70., ale ponieważ ja nigdy nie byłem fanem tego typu filmów, to i tym bardziej teraz entuzjastą tego nurtu się nie stałem.

Film mnie zatem nie porwał, ale też nie oceniam go jako złego. Corbijnowi niewątpliwie udało się stworzyć klimat i uzyskać efekt wyciszenia i subtelności. A że w filmie kuleje sam wątek sensacyjny oraz nie przekonują odtwórcy drugoplanowych ról to wielka szkoda. Bo pewnie można było wycisnąć z tej historii znacznie więcej.

Trailer do filmu: