Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Anne Hathaway. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Anne Hathaway. Pokaż wszystkie posty

sobota, 7 listopada 2015

Praktykant ***

Ben Whittaker (Robert De Niro) to 70-letni wdowiec, nudzący się na emeryturze. Pewnego razu starszy pan postanawia skorzystać z ogłoszenia dotyczącego stażu dla emerytów w redakcji strony internetowej poświęconej modzie prowadzonej przez Jules Ostin (Anne Hathaway) i zostaje jej praktykantem.

"Praktykant" jako klasyczny "feel-good movie" nie wychodzi poza normy poprawnego hollywoodzkiego schematu. Role rozpisane w filmie, jak i wątek opierający się na starciu nowoczesności z tradycją, są łatwe do przewidzenia. I tak, z jednej strony mamy Jules, zabieganą bizneswoman, która nie ma czasu dla rodziny oraz Bena, uosobienie staroświeckości, dobrych manier i szarmanckości. To właśnie mężczyzna będzie mentorem w tej relacji, ponieważ uświadomi młodej szefowej, co tak naprawdę w życiu jest najważniejsze, stając się przy tym jej najbliższym przyjacielem i powiernikiem serca.

Czuć w filmie, że reżyserka Nancy Meyers jest zwolenniczką tradycji i ma sentyment do tego, co było kiedyś. Elegancki, taktowny i kulturalny Ben, ze swoimi dobrymi obyczajami i mocnym kodeksem wartości, szerzy (niczym francuska Amelia) dobro w realiach amerykańskiej korporacji. Emeryt nie tylko pomaga Jules, ale także edukuje swoich dużo młodszych kolegów z pracy, ucząc ich dobrych manier w relacjach z kobietami. Można powiedzieć, że na jego przykładzie reżyserka pokazuje jaki powinien być ideał prawdziwego mężczyzny. Ben, pomimo że nie do końca jest na topie, jeżeli chodzi o nowinki technologiczne, dzięki swojej klasie będzie miał zawsze przewagę nad dzisiejszymi wymuskanymi, wiecznymi chłopcami. Powinien być po prostu wzorem do naśladowania dla innych.

"Praktykant" ma zabawne momenty, które wywołują uśmiech na twarzy, ale jeśli ktoś chce się pośmiać do rozpuku, to tego nie uświadczy. Największą wadą filmu jest jego długość, 2 godziny to przynajmniej dla mnie o jakieś 30 minut za dużo. Szczególnie, że im bliżej końca, tym mamy do czynienia z coraz bardziej przewidywalnym, ckliwym zakończeniem.

De Niro dobrze wypada w roli pozytywnego bohatera. Widać, że to na tyle doświadczony i klasowy aktor, że prawdopodobnie byłby w stanie zagrać w sposób przekonujący nawet książkę telefoniczną. Jednak trudno w przypadku tego znakomitego aktora nie oprzeć się refleksji, że co najmniej od kilkunastu lat Hollywood nie potrafi zaoferować mu czegoś na miarę jego talentu i w tej chwili gra on w mało ambitnych projektach. Anne Hathaway wypada poprawnie, chociaż jej rolę równie dobrze mogłaby zagrać inna, mniej znana aktorka i nie widać by było różnicy.

Film Nancy Meyers określiłbym jako nieszkodliwą dla umysłu komedię obyczajową. W sumie nic wielkiego, ale w miarę udana, odprężająca rozrywka.

niedziela, 3 marca 2013

Les Miserables Nędznicy *****

Żeby zakochać się w "Nędznikach", trzeba po pierwsze lubić musicale, po drugie choć trochę być zainteresowanym tematyką powieści Victora Hugo. Nie należy też spodziewać się arii operowych. "Les Miserables" w wydaniu Toma Hoopera poruszają śpiewem pełnym emocji i wzruszeń oraz piękną scenografią i kostiumami.

Film oparty jest na musicalu Claude-Michela Shönberga, powstałym na bazie książki Victora Hugo i wystawianym od lat osiemdziesiątych ubiegłego wieku, łącznie w ponad dwudziestu wersjach językowych. Dzieło Shönberga posiada już swoje ekranizacje i wersje koncertowe. Adaptacja filmowa skupia się przede wszystkim na wątku byłego więźnia Jeana Valjeana (Hugh Jackman) ściganego przez inspektora Javerta (Rusell Crowe). W tle oczywiście pojawia się brudna, biedna, pełna nieszczęść i niesprawiedliwości Francja pierwszej połowy XIX wieku.

Pierwsze sceny z Rusellem Crowe raczej mnie rozbawiły, później jednak przywykłam do widoku hollywoodzkiego aktora (notabene "Gladiatora") śpiewającego w kostiumowym mundurze wersety scenariusza. I muszę przyznać, że jego głos spodobał mi się nawet bardziej niż Jackmana. Hugh Jackman ma, w moim odczuciu, głos słabszy, ale zagrał świetnie. Mistrzostwo to rola Anne Hathaway i to zarówno pod względem gry, charakteryzacji jak i śpiewu. Oskar w pełni zasłużony. Na uwagę zasługuje Samantha Barks (Eponine), która śpiewa i wygląda tak wiarygodnie, że od pierwszej chwili budzi sympatię i współczucie.

Podziwiam przygotowanie i pracę aktorów nad rolami śpiewanymi. Nie jest proste pokazanie widzowi postaci autentycznej, w oprawie śpiewu. Mnie "Nędznicy" przekonali w stu procentach, o czym świadczy wzruszenie (towarzyszące nie tylko mnie, ale większości sali kinowej) podczas filmu. Łzy lały się strumieniami zwłaszcza przy "I dreamed a dream" w wydaniu Anne Hathaway. I jak wspominałam na wstępie śpiew spodobał mi się właśnie dlatego, że nie zawsze był wykonywany przez profesjonalistów. Za sprawą łamiących się, drżących głosów, słów szeptanych lub śpiewanych głośno i dosadnie, postaci oddawały prawdziwe emocje. Na wiarygodność pracują nie tylko aktorzy. Wspaniała charakteryzacja, kostiumy i zdjęcia oddają wyobrażenie sytuacji ludzi uboższej klasy Paryża i Francji z początków XIX wieku - pogrążonej w nędzy, walczącej o przetrwanie. Porównując z "Nędznikami" wystawianymi nie tak dawno w teatrze muzycznym Roma, stwierdzam, że chociaż musical w Romie był fenomenalny, to jednak do samej treści powieści Victora Hugo bardziej przekonał mnie film. Lepszy odbiór Les Miserables w wersji kinowej, wynika chyba z większych możliwości filmu w sferze wizualnej. A oprawa wizualna "Nędzników" Hoopera jest zdecydowanie mocną stroną tego musicalu.

Tomowi Hooperowi i Williamowi Nicholsonowi udało się by w filmie nie było niczego za dużo. Gdy widz wzrusza się sytuacją bohaterów na scenę wkraczają Helena Bonham Carter i Sacha Baron Cohen (tak, mnie też zdziwił Borat w obsadzie) i musical staje się całkiem zabawny. Dodatkowo, "Nędznicy", których fabuła jest dość okrutna wobec przeciętnych obywateli XIX wiecznej Francji, nie odbierają nadziei. Zawsze pojawia się w nich światełko w tunelu, ludzie o dobrym sercu, szanse na lepszą przyszłość.

Dawno nie widziałam musicalu w kinie, który tak mocno by mnie poruszył. Zapamiętam przede wszystkim role Valjeana, Javerta, Fantine, Eponine i Cosette, zapewne zakupię soundtrack z filmu. Ale nie polecam Nędzników nikomu, kto nie wytrzyma 95% dialogów śpiewanych, podkreślam: nie każdy musi lubić musicale. A tym, którzy planują obejrzeć Nędzników, proponuję czym prędzej wybrać się do kina, bo film na domowym ekranie z muzyką z mniejszych głośników będzie zdecydowanie gorszy w odbiorze.



czwartek, 2 sierpnia 2012

Mroczny Rycerz powstaje *****

Jestem dużym fanem filmów o Batmanie. Dotyczy to jednak dwóch pierwszych części w reżyserii Tima Burtona z Michaelem Keatonem w roli tytułowej. Następne historie były już słabsze i dopiero Christopher Nolan "zwrócił" temu bohaterowi życie. Chociaż przyznaję, że o ile "Batman - Początek" był dla mnie filmem dobrym, ale nie takim, który będę wspominał po latach, to już "Mroczny Rycerz" takim dziełem się stał.

"Mrocznego Rycerza..." od początku ogląda się znakomicie. Pierwsze półtorej godziny to pokaz czystej, doskonałej rozrywki, przy której nie sposób się nudzić. Są i efekty specjalne (na szczęście nie dominują nad fabułą), ciekawy wątek, świetnie zarysowane postaci oraz jeszcze bardziej dynamizująca akcję, poruszająca muzyka Hansa Zimmera. Kolejna godzina to już dzieło głębsze, odwołujące się bardziej do przeszłości życia Bruce'a Wayne'a (jak chociażby przewijający się bohaterowie z poprzednich części trylogii). Film pozbywa się lekkości i zabawności z początku, robi się bardziej mroczny i ma zaskakujące zakończenie.

Nie wiem czy Nolan zrobił to przypadkowo czy też nie, ale w filmie jest wiele nawiązań do innych obrazów kinematografii. Walka policji ze zbirami Bane'a i sam jego pojedynek z Batmanem przypominają mi nieco epicki rozmach walk z "Gangów Nowego Jorku" i konfrontację Daniela Day Lewisa z Liamem Neesonem (pojawił się w epizodzie filmu). Motyw z dwiema kobietami, kręcącymi się wokół Batmana/Wayne'a - to też stary jak świat chwyt wykorzystywany chociażby z serii o Bondzie. Z kolei sceny na moście przypominają mi świetnie przedstawioną pod względem realizacyjnym scenę bitwy o most Golden Gate w San Francisco, w opisywanej przez Mr. White'a "Genezie planety małp". A sam Bane to miks przypakowanego dresa, z maską Hannibala Lectera i głosem Dartha Vadera. Ale nie ma tutaj kalki innych filmów. Nolan ma swój własny, niepowtarzalny styl. I - co najwyżej - umiejętnie powiela pewne efekty z innych filmów, robiąc to nawet lepiej od swoich poprzedników.

Co należy cenić w filmach Nolana to fakt, że świetnie łączy rozrywkę z nieco ambitniejszym kinem. Motywem przewodnim (tak jak w poprzednich częściach tej serii) jest walka Wayne'a ze swoimi duchami przeszłości i słabościami. Ciekawy jest też wątek związany z mechanizmami sprawowania władzy przez państwo. W pewnym momencie uświadamiamy sobie, że lepiej żyć w skorumpowanym świecie, w którym jest jednak pewien porządek i ład, niż funkcjonować w świecie anarchii, jak to jest ukazane w momencie przewrotu dokonanego przez Bane'a. W Gotham rządzonym przez przeciwnika Batmana króluje bezprawie, a role sędziów przyjmują dawni wrogowie naszego dzielnego nietoperza.

Świetnie grają aktorzy. Bale utwierdził mnie w przekonaniu, że jest idealnym odtwórcą Batmana (chociaż zawsze będę miał sentyment do Keatona). Tom Hardy jako Bane zdaje egzamin. Nie jest aż tak genialny jak Heath Ledger w roli Jokera, ale w przeciwieństwie do Ledgera nie dominuje nad fabułą, tylko potrafi się umiejętnie do niej wpasować. I pomimo to i tak pozostać w pamięci. Mam pewien dylemat z oceną Anne Hathaway w roli Catwoman. Z jednej strony jest niezwykle zabawna, wdzięczna i świetnie prezentuje się w obcisłym kostiumie. Z drugiej jednak strony brakuje mi w niej... kotki (jej kostium przypomina bardziej wdzianko jakiejś wonderwoman, a nie kocicy). No i brak słynnego "miau" (pamiętna Michelle Pfeiffer z dawnej wersji świetnie potrafiła to oddać) stanowi dla mnie pewien niedosyt. Aktorzy drugiego planu (Oldman, Caine, Freeman) nie stanowią tła, tylko wzbogacają fabułę i wartość filmu. Nieźle wypada również Gordon-Levitt w roli młodego policjanta Johna Blake (jeśli będzie kontynuacja Batmana, to mamy nowego Robina). Chyba jedyna rola, która mnie nieco zawodzi, to postać Mirandy Tate w wykonaniu Marion Cotillard. Francuska aktorka gra za bardzo teatralnie i wypada blado wobec kreacji innych osób.

Pomimo pewnych logicznych nieścisłości (nie chcę pisać jakich, aby nie psuć frajdy z oglądania) film uważam za świetny i żałuję, że to już koniec Batmana w wykonaniu Nolana. Reżyser, co prawda, zostawił pewną furtkę swoim następcom, ale wątpię, aby była szansa na dzieło na podobnym poziomie. Póki co możemy rozkoszować się jego kunsztem i najlepszym filmem wakacji.

Chyba najlepszy trailer jaki znalazłem w sieci, z niezwykle dowcipnym zakończeniem: