„Jestem królem świata!” krzyczał Leonardo Di Caprio, grając Jacka w „Titanicu”. Spokojnie taką frazę mógłby również powtórzyć w najnowszym obrazie Martina Scorsese - „Wilk z Wall Street”. Jego Jordan Belfort to złote dziecko Wall Street, który zakłada wraz ze swoim kumplem Donnie'm Azoffem (Jonah Hill) firmę maklerską - Stratton Oakmont, zajmującą się akcjami śmieciowymi. Z czasem dorabia się on niebywałego bogactwa, stając się powoli obiektem zainteresowań FBI.

Jeśli Jordan Belfort miał na starcie swojej maklerskiej kariery jakiekolwiek ideały i zasady, to pryskają one niczym bańka mydlana w momencie poznania Marka Hanny (nieduża, ale znacząca dla fabuły rola Matthew McCounagheya). Od swojego „mentora” Belfort dowiaduje się, co zrobić, żeby osiągnąć sukces. I tak - przede wszystkim - powinien oszukiwać, wręcz "doić" klientów z pieniędzy. A w wolnych chwilach wciągać ścieżki kokainy i po prostu korzystać z uroków życia. Idąc za wskazówkami Hanny, Jordan dosyć szybko odnajduje się w regułach finansowego rynku, nie mając przy tym żadnych skrupułów czy wyrzutów sumienia. A nawet jak miewa ledwo dostrzegalne refleksje nad swoim życiem, to znikają one wraz z kolejnymi dawkami prochów czy innych używek. Imprezy, orgie, seks z niezliczoną ilością kobiet, to jest to, co stanowi sens życia młodego milionera. Z filmu nie wynika żaden morał, żadna hollywoodzka przypowieść o tym, że bogactwo niszczy człowieka i w gruncie rzeczy nic mu ono nie daje, bo w środku zostaje on pusty. Scorsese nie moralizuje, nie poucza, po prostu przedstawia fakty i zostawia widzowi ocenę postępowania bohaterów filmu.
Narracja w filmie mocno przypomina „Chłopców z ferajny”. Tutaj też mamy głos zza kadru głównego bohatera, komentujący zdarzenia z jego życia. Zresztą sama banda z firmy Belforta przypomina trochę tą mafijną ekipę z pamiętnego klasyka Scorsese. Tyle, że ci pierwsi zdecydowanie więcej imprezują i ćpają – pod tym względem chłopcy z Bronksu zachowywali się przy nich jak grzeczni przedszkolacy. No i o ile w "Chłopcach..." świetnie pokazane było środowisko mafijne, to tym razem Scorsese skonstruował satyrę na maklerów, obnażając kompletnie tą profesję. Brokerzy w filmie są pokazani jako ludzie niezbyt skomplikowani intelektualnie (co ciekawe w składzie założycielskim Stratton Oakmont, poza Belfortem, nikt nie miał wyższego wykształcenia) i prześcigający się w kolejnych idiotyzmach. I tak „Wilka…" momentami ogląda się jak niesmaczną komedię, przypominającą niekończącą się imprezę, która za chwilę zakończy się puszczeniem wielkiego pawia. Są w filmie śmieszne momenty (jak np. niektóre narkotyczne wizje Belforta), ale są też wyjątkowo żenujące chwile. I tych drugich jest niestety więcej.

Nie jestem zachwycony rolą Di Caprio. Belfort w jego wykonaniu to człowiek bez zasad, zepsuty i chyba jego jedyną zaletą jest to, że jest lojalny wobec swoich kumpli. Aktor momentami za bardzo szarżuje, gra zbyt efekciarsko, a jego przemowy w trakcie filmu (są aż trzy) są mało treściwe i przynajmniej dwie z nich zbyteczne, co jest też dużą winą scenariusza. Niewątpliwie „boski Leo” miewa dobre momenty (gdy musi grać swojego bohatera, będącego na haju czy też, gdy prowadzi świetną rozmowę z agentem FBI, granym przez Kyle Chandlera), ale daleki jestem od zachwytów nad jego rolą. Reszta aktorów wciela się w bardzo antypatyczne postacie, gdzie prym wiedzie szczególnie Jonah Hill, który gra po prostu wyjątkowego kretyna i nieraz ma się ochotę udusić go na ekranie. Margot Robbie - jako druga żona Belforta - Naomi stanowi na pewno niesłychanie miły ozdobnik i pewnie Hollywood jeszcze nie raz się o nią upomni.
„Wilk z Wall Street” to najsłabsze dzieło Scorsese od lat. Niewykluczone, że mój słabszy odbiór tego filmu jest spowodowany tym, że całkiem niedawno obejrzałem
"Arbitraż" również opowiadający o krezusach finansowych, osadzonych w realiach Wall Street i za bardzo nastawiłem się na podobną tematykę. A tymczasem obejrzałem satyrę na maklerów, którą trudno uznać za wybitne dzieło. Owszem, wielki mistrz nic nie stracił ze swojego reżyserskiego kunsztu, ale już sam komediowy charakter historii pozostawił we mnie spore uczucie niedosytu.
