Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Matthew McConaughey. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Matthew McConaughey. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 10 lutego 2014

Witaj w klubie ****

Hollywood raczej niechętnie podejmuje tematy związane z problemem AIDS. "Filadelfia" był bodaj pierwszym filmem, który w pełni pokazał istotę tej choroby, jednocześnie wskazując jak chora osoba jest spychana na margines społeczny i wręcz zaszczuta przez społeczeństwo. Jeśli ktoś jednak liczył, że w "Witaj w klubie" ("błyskotliwie" przetłumaczony amerykański tytuł "Dallas Buyers Club") obejrzy ciężki i sentymentalny obraz, na który trzeba będzie szykować kilka paczek chusteczek, może poczuć się zawiedziony.

Historia oparta na faktach. Mamy 1985 rok i mocno korzystającego z życia Rona Woodroofa (Matthew McCounaghey) - z zawodu elektryka, który w wolnych chwilach oddaje się pasji rodeo. Woodroff pali, ćpa, często korzysta z usług prostytutek. Krótko mówiąc, nie oszczędza się. Pewnego razu - w wyniku niegroźnego wypadku w pracy - nasz kowboj trafia do szpitala i tam w trakcie rutynowych badań dowiaduje się, że jest chory na AIDS. Pomimo niedowierzania i szoku Ron postanawia walczyć z chorobą. Jedzie do Meksyku, aby stamtąd przeszmuglować zakazane w USA leki, które opóźniają rozwój wirusa. W międzyczasie poznaje transseksualistę Rayona (Jared Leto) i wraz z nim zakłada klub, pomagając chorym ludziom.

Film nie stanowi dosadnej opowieści o tym jak wyniszczający wpływ na życie człowieka ma AIDS. Również przez samo zachowanie głównych postaci trudno jest zdawać sobie powagę z sytuacji Rona, który nie użala się nad sobą i nie zachowuje się jak chory człowiek. Pokazuje za to mocną wolę walki z chorobą i determinację.

"Witaj w klubie" to jednak przede wszystkim film o tolerancji wobec drugiej osoby i o tym jak potrafi się ona zmienić w zależności od sytuacji. Ron początkowo nie akceptuje Rayona, ale ze względu na wspólne nieszczęście, jego optyka się zmienia na tyle, że bohater grany przez McCounagheya zrywa kontakty ze swoimi kolegami, którzy go nie akceptują z powodu choroby i potrafi się wręcz zaprzyjaźnić z transseksualistą. Jest to też film o koncernach farmaceutycznych i o tym jak potrafią one dla zysku zrobić wszystko, tylko nie pomagać chorym. Woodroof próbuje walczyć z systemem testowania i akceptacji leków. Systemem obłudnym, bo nie pomagającym ludziom i na dodatek zabierającym im ostatnią nadzieję. Dostaje się również amerykańskiemu prawu, które w ważnym momencie nie stoi po stronie obywatela.

Dwójka głównych aktorów gra znakomicie. McCounaghey rewelacyjnie kreuje Woodroofa. Pomimo że jego bohater jest hedonistą i homofobem, to jednak ma coś w sobie pozytywnego, a jego niewyparzony język nadaje filmowi komediowy charakter. Ron nie akceptuje seksualności Rayona, ale lubi go jako człowieka i wzajemne interakcje tej dwójki są wielkim atutem dramatu. Równie świetny jest Leto, który gra tak przekonująco transseksualistę, że gdyby jego postać przenieść do obrazu Pedro Almodovara, to chyba słynny hiszpański reżyser znalazłby swoją kolejną "muzę" filmową. Przy tak mocnych kreacjach męskich blado wypada Jennifer Garner w roli Dr Evy Saks. Aktorka gra przyzwoicie, ale jakby bez energii, którą emanują panowie.

Myślę, że właśnie dzięki aktorom ta historia wiele zyskała, bo sama sekwencja zdarzeń nie jest pokazana jakoś nadzwyczajnie. Film staje się nieco monotonny, gdy Ron zakłada klub i przekonuje się do Rayona. Dwaj główni bohaterowie przestają się zabawnie przekomarzać, co powoduje, że fabuła traci na impecie.

"Witaj w klubie" nie jest może filmem wybitnym, ale na pewno wartym obejrzenia. Nie będę zdziwiony Oskarem dla kogoś z duetu McCounaghey-Leto albo nawet dla nich obu, bo ich role faktycznie są warte nagród.



niedziela, 12 stycznia 2014

Wilk z Wall Street ***

„Jestem królem świata!” krzyczał Leonardo Di Caprio, grając Jacka w „Titanicu”. Spokojnie taką frazę mógłby również powtórzyć w najnowszym obrazie Martina Scorsese - „Wilk z Wall Street”. Jego Jordan Belfort to złote dziecko Wall Street, który zakłada wraz ze swoim kumplem Donnie'm Azoffem (Jonah Hill) firmę maklerską - Stratton Oakmont, zajmującą się akcjami śmieciowymi. Z czasem dorabia się on niebywałego bogactwa, stając się powoli obiektem zainteresowań FBI.

Jeśli Jordan Belfort miał na starcie swojej maklerskiej kariery jakiekolwiek ideały i zasady, to pryskają one niczym bańka mydlana w momencie poznania Marka Hanny (nieduża, ale znacząca dla fabuły rola Matthew McCounagheya). Od swojego „mentora” Belfort dowiaduje się, co zrobić, żeby osiągnąć sukces. I tak - przede wszystkim - powinien oszukiwać, wręcz "doić" klientów z pieniędzy. A w wolnych chwilach wciągać ścieżki kokainy i po prostu korzystać z uroków życia. Idąc za wskazówkami Hanny, Jordan dosyć szybko odnajduje się w regułach finansowego rynku, nie mając przy tym żadnych skrupułów czy wyrzutów sumienia. A nawet jak miewa ledwo dostrzegalne refleksje nad swoim życiem, to znikają one wraz z kolejnymi dawkami prochów czy innych używek. Imprezy, orgie, seks z niezliczoną ilością kobiet, to jest to, co stanowi sens życia młodego milionera. Z filmu nie wynika żaden morał, żadna hollywoodzka przypowieść o tym, że bogactwo niszczy człowieka i w gruncie rzeczy nic mu ono nie daje, bo w środku zostaje on pusty. Scorsese nie moralizuje, nie poucza, po prostu przedstawia fakty i zostawia widzowi ocenę postępowania bohaterów filmu.

Narracja w filmie mocno przypomina „Chłopców z ferajny”. Tutaj też mamy głos zza kadru głównego bohatera, komentujący zdarzenia z jego życia. Zresztą sama banda z firmy Belforta przypomina trochę tą mafijną ekipę z pamiętnego klasyka Scorsese. Tyle, że ci pierwsi zdecydowanie więcej imprezują i ćpają – pod tym względem chłopcy z Bronksu zachowywali się przy nich jak grzeczni przedszkolacy. No i o ile w "Chłopcach..." świetnie pokazane było środowisko mafijne, to tym razem Scorsese skonstruował satyrę na maklerów, obnażając kompletnie tą profesję. Brokerzy w filmie są pokazani jako ludzie niezbyt skomplikowani intelektualnie (co ciekawe w składzie założycielskim Stratton Oakmont, poza Belfortem, nikt nie miał wyższego wykształcenia) i prześcigający się w kolejnych idiotyzmach. I tak „Wilka…" momentami ogląda się jak niesmaczną komedię, przypominającą niekończącą się imprezę, która za chwilę zakończy się puszczeniem wielkiego pawia. Są w filmie śmieszne momenty (jak np. niektóre narkotyczne wizje Belforta), ale są też wyjątkowo żenujące chwile. I tych drugich jest niestety więcej.

Nie jestem zachwycony rolą Di Caprio. Belfort w jego wykonaniu to człowiek bez zasad, zepsuty i chyba jego jedyną zaletą jest to, że jest lojalny wobec swoich kumpli. Aktor momentami za bardzo szarżuje, gra zbyt efekciarsko, a jego przemowy w trakcie filmu (są aż trzy) są mało treściwe i przynajmniej dwie z nich zbyteczne, co jest też dużą winą scenariusza. Niewątpliwie „boski Leo” miewa dobre momenty (gdy musi grać swojego bohatera, będącego na haju czy też, gdy prowadzi świetną rozmowę z agentem FBI, granym przez Kyle Chandlera), ale daleki jestem od zachwytów nad jego rolą. Reszta aktorów wciela się w bardzo antypatyczne postacie, gdzie prym wiedzie szczególnie Jonah Hill, który gra po prostu wyjątkowego kretyna i nieraz ma się ochotę udusić go na ekranie. Margot Robbie - jako druga żona Belforta - Naomi stanowi na pewno niesłychanie miły ozdobnik i pewnie Hollywood jeszcze nie raz się o nią upomni.

„Wilk z Wall Street” to najsłabsze dzieło Scorsese od lat. Niewykluczone, że mój słabszy odbiór tego filmu jest spowodowany tym, że całkiem niedawno obejrzałem "Arbitraż" również opowiadający o krezusach finansowych, osadzonych w realiach Wall Street i za bardzo nastawiłem się na podobną tematykę. A tymczasem obejrzałem satyrę na maklerów, którą trudno uznać za wybitne dzieło. Owszem, wielki mistrz nic nie stracił ze swojego reżyserskiego kunsztu, ale już sam komediowy charakter historii pozostawił we mnie spore uczucie niedosytu.

niedziela, 29 grudnia 2013

Pokusa **

Film „The Paperboy”, czyli „Pokusa” (kolejne „genialne” przełożenie tytułu przez polskich tłumaczy) miał absolutnie wszystkie atuty, aby stać się w ubiegłym roku filmowym hitem. Świetni aktorzy, dobry reżyser, scenariusz oparty na bestsellerowej powieści, kawał historii przedstawiający burzliwą końcówkę lat 60. w Stanach Zjednoczonych. Całość zapowiadała się interesująco. Zakładałem, że nawet disneyowska gwiazdka w postaci Zaca Efrona nie zepsuje mi przyjemności oglądania tego filmu.

Przejdźmy do fabuły. Gorące lato 1969 roku. Ward Jansen (Matthew McConaughey), dziennikarz The Miami Times, przyjeżdża wraz ze swoim asystentem Yardleyem Achemanem (Dawid Oyelwo) do małej mieściny na Florydzie, aby zrobić reportaż o oskarżonym o zabójstwo miejscowego szeryfa - łowcy aligatorów, Hillarym Van Wetterze (John Cusack). Wardowi towarzyszy również jego młodszy brat Jacka (Zac Efron), który zostaje kierowcą dziennikarzy. Pierwszy trop prowadzi ich do ekscentrycznej i neurotycznej Charlotte Bless (Nicole Kidman). Kobieta ma w zwyczaju pisanie listów do więźniów skazanych na śmierć i nawiązuje w ten sposób kontakt z Van Wetterem. Ward i spółka nie wierzą w jego winę i robią wszystko, aby wyciągnąć go z więzienia.

Duszną i gorącą atmosferę życia na prowincji Florydy czuć w każdym kadrze filmu Lee Danielsa. Dobrze oddaje on ducha nieco rozwydrzonej (zmiany obyczajowe i rewolucja kulturowa) Ameryki, wewnętrznych tarć na tle rasowym i niespokojny klimat tamtych czasów. Pod względem technicznym „Pokusa” jest zrobiona na zadowalającym poziomie. Gorzej jest jednak, gdy próbujemy się wgłębić w historię. Scenariusz jest chaotyczny, zawiera wiele niepotrzebnych scen, które miały chyba na celu wzbudzić kontrowersje, a wywołały u mnie uczucie niesmaku. Dodatkowo wplatanie w fabułę wątków: homoseksualnego, rasistowskiego oraz miłości do starszej kobiety jako substytutu chęci posiadania matki, którą się utraciło. Uff… Ciężko się było momentami w tym wszystkim połapać. Jako thriller - film również zawiódł. Brak napięcia, rozwleczone sceny powodowały, że momentami było tak nużąco, że aż zasypiałem w trakcie projekcji.

Aktorsko „Pokusa” raczej rozczarowała. Najlepiej wypadł Cusack w roli odpychającego Van Wettera. Aktor ten z reguły gra porządnych, normalnych, czasami cwanych facetów, a tutaj musiał się zmierzyć z rolą obleśnego typa. I taka odmiana w jego przypadku wypadła zdecydowanie na plus. Dalej aktorsko film był nierówny. Efron miewał dobre momenty, ale czasami miał taki wyraz twarzy, jakby nie rozumiał reżysera albo się pytał, co tutaj robi. McConaughey grał przeciętnie i był w cieniu chociażby Cusacka czy nawet Efrona. Charlotte w wykonaniu Kidman nie przekonała mnie, motywacja jej bohaterki była mało zrozumiała, a sceny seksu z jej udziałem były bardziej groteskowe niż ponętne.

Film przypomina ładne opakowanie, które jak się otworzy i zajrzy do wewnątrz, to w gruncie rzeczy w środku - poza niepotrzebnym nagromadzeniem wątków i scen - nic w nim nie ma. Niezrozumiale przetłumaczony tytuł również na pewno nie jest jego atutem, bo obraz ten nie stanowi żadnej pokusy dla miłośników kina.

Jeśli kogoś jednak kręcą "wyuzdane" klimaty z "Pokusy" z Nicole Kidman w roli głównej - polecam filmik (od 2:10 min.) do obejrzenia:



czwartek, 8 sierpnia 2013

Uciekinier ****

Dramat Jeffa Nicholsa wzbudził spore zainteresowanie na festiwalu w Cannes w 2012 roku. Niektórzy krytycy określali go nawet mianem najlepszego amerykańskiego filmu w konkursie, ale jako że nie jest to typowe kino gatunkowe, dystrybutorzy chyba nie wierzyli w jego sukces i minął aż rok nim "Uciekinier" (tyt. oryginalny "Mud") trafił w końcu do szerokiego obiegu.

Lato w Arkansas u brzegów rozległej Missisipi, blisko jej ujścia. Dwójka chłopców Ellis (Tye Sheridan) i Neckbone (Jacob Lofland) odkrywa na jednej z niezamieszkałych wysp osobliwe zjawisko. Łódź, którą ostatnia powódź zostawiła w lesie, pośród koron drzew. Bez chwili namysłu decydują się uczynić z niej swoją letnią kryjówkę, ale równie szybko okazuje się, że nie oni pierwsi wpadli na pomysł jej zagospodarowania. Mieszka już w niej tytułowy uciekinier - Mud (Matthew McConaughey), czekający na swoją wybrankę, Juniper (niewielka rola Reese Witherspoon). To spotkanie bardzo namiesza w życiu naszych młodych bohaterów.

Wątek sensacyjny, choć obecny, schodzi raczej w "Uciekinierze" na dalszy plan. Wydaje mi się że autor chciał po prostu zrobić film o miłości, jej różnych odcieniach, pułapkach. Przedstawiony świat postrzegamy głównie oczami zaczynającego właśnie dojrzewać, czternastoletniego Ellisa. Przeżywa on pierwszą fascynację starszą koleżanką, obserwuje powolny rozpad małżeństwa swoich rodziców. Nie mogąc się z ich gasnącym uczuciem pogodzić, by udowodnić sobie samemu, że prawdziwa miłość istnieje, będzie idealizował toksyczną więź łączącą Muda z Juniper. Punkt widzenia niedoświadczonego jeszcze życiowo chłopaka sprawia, że wszystko wydaje się intensywniejsze. Ellis desperacko próbuje zrozumieć to co się wokół niego dzieje, na czym polega świat uczuć, ale jedyny wniosek z jakim chyba zostaje to, że to wszystko nie jest takie proste.

Jeff Nichols nie krył inspiracji twórczością Marka Twaina, którego "Przygody Huckelberry'ego Finna" rozdał aktorom, by lepiej wczuli się w klimat filmu i mimo że "Uciekinier" nie jest adaptacją żadnej prozy, oglądając go trudno oprzeć się wrażeniu "literackości" dzieła. Jak to w dobrej powieści bywa, nie mniej ważne od opowiadanej historii jest jej tło. Tu jest to fantastycznie sfotografowana Missisipi z jej bujną przyrodą i ludzie, których całe życie się kręci wokół rzeki. Ojciec Ellisa sprzedaje świeżo złowione ryby, wujek wychowujacy Neckbona nurkuje wyławiając muszle i cenne rzeczy, które niesie ze sobą nurt. Przybrzeżne barki są schronieniem dla ludzi szukających spokoju i ucieczki od dawnego życia, jak tajemniczy, budzący strach Tom grany przez Sama Sheparda. Jednak ten styl życia odchodzi powoli do przeszłości. Zarząd rzeczny tylko wypatruje okazji by pod byle pretekstem pozbyć się nadbrzeżnych barek, a i ludzie sami wyprowadzają się do miasta (marzy o tym między innymi matka Ellisa).

Dzięki klasycznej, spokojnej narracji, pięknym zdjęciom oraz doskonałym kreacjom młodych aktorów i Matthew McConaugheya (który skutecznie próbuje udowodnić, że wbrew temu co się o nim mówiło jednak jest aktorem z krwi i kości) "Uciekinier" tworzy pociągający, trochę tajemniczy klimat, mi osobiście kojarzący się raczej z kinem europejskim. Niestety przesadnie odwlekany, nie całkiem pasujący do reszty finał sprawił, że końcówka filmu trochę już mi się dłużyła, a całość nie do końca spełniła rosnące wcześniej z każdą minutą projekcji oczekiwania. Mimo to myślę, że warto dać się porwać Jeffowi Nicholsowi w 130 minutową podróż nad brzegi Missisipi i poznać ten ciekawy świat, przy okazji zastanawiając się chwilę nad tym jak my sami uczyliśmy się miłości.


środa, 22 sierpnia 2012

Magic Mike **

Gdyby parafrazować znane piłkarskie określenie "jesteś tak dobry jak twój ostatni mecz", zamieniając ostatnie słowo na film, to najnowszy obraz Stevena Soderbergha "Magic Mike" należałoby sobie odpuścić. Amerykański reżyser bowiem już od ładnych paru lat nie wyreżyserował niczego szczególnego. Złośliwi nawet twierdzą, że najlepszym filmem był ... jego debiut fabularny: "Seks, kłamstwa i kasety video". Nie zgadzam się z tym twierdzeniem, pamiętając o późniejszych bardzo dobrych: "Trafficu" i "Erin Brokovich". Filmy te jednak powstały kilkanaście lat temu, a więc trudno uznać Soderbergha za twórcę mającego ostatnio dobrą passę. Tym niemniej zachęcony niezłymi opiniami na temat jego najnowszego filmu postanowiłem sprawdzić, co reżyser ma ciekawego do zaproponowania w opowieści o striptizerach reklamowanej jako dramat.

No właśnie zacznijmy od określenia rodzaju tego filmu. W mediach był on określany jako dramat obyczajowy, komedia. Nic bardziej mylnego. Film ani nie porusza (poza jednym momentem), nie wzrusza, nie wywołuje efektów dramatycznych. Ani tym bardziej nie śmieszy. Myślę, że najlepiej można by go było scharakteryzować jako "melodramat z elementami komedii" (których jest jednak stosunkowo mało).

Historia opowiada o losach młodego chłopaka, który nie mając pracy ani żadnego płatnego zajęcia, decyduje się zatrudnić w klubie z męskim striptizem pod okiem nieco starszego znajomego, wprowadzającego go w świat "showbiznesu". Początkowo wydawało mi się, że film będzie zmierzał w kierunku pamiętnego "Coctailu" z Tomem Cruisem, w którym to przecież młody bohater też zdobywał popularność i szybkie pieniądze, co powodowało różne dramatyczne historie w jego życiu. Jednak Adam - postać grana przez Alexa Pettyfera, nie ma w sobie charyzmy i uroku Cruisa. Zresztą sam film skupia się bardziej na jego mentorze - tytułowym Mike'u (co w nim takiego magicznego, to chyba tylko wiedzą/widzą panie).

To co zawodzi to fabuła. A przede wszystkim jej brak. Soderbergh miota się i nie wiadomo, co tak naprawdę chce przedstawić. Najpierw film opowiada standardową historię - jakich wiele - o młodym chłopaku, który odnosi sukces (o ile za takowy można uznać popularność wyniesioną z klubu ze striptizem) i odbija mu sodówka. Później akcja skupia się nagle na Mike'u, próbującym zerwać ze swoim "zawodem". Widzimy jego nieudane próby założenia własnego interesu, przyjaźń z Adamem i chęci do nawiązania głębszych relacji z jego siostrą. Wszystko to przypomina niestrawny bigos, który przerywany jest co rusz występami roznegliżowanych chłopców. Chaos fabularny i fatalne zakończenie tylko "dobija" w moich oczach sam film.

Gra aktorska jest też mało porywająca. Chłopcy na czele z Matthew McConaugheyem tworzą "kreacje" na miarę napisanego scenariusza. Z dwójki głównych bohaterów lepiej wypada Tatum, bo Pettyfer jest "drewniany" jak polski piłkarz. W pamięć zapada mi w zasadzie tylko ciekawa twarz Cody Horn. Co zaskakujące w filmie to karygodne efekty wizualne. Moja dziewczyna zwróciła mi uwagę na to, że gdy kamera najeżdżała na postacie znajdujące się np. na plaży w słońcu, to wyglądały one tak jakby były... przezroczyste. I rzeczywiście pod względem technicznym ten film wygląda marnie. Nie ma ani ładnych scen, ani widoczków. Muzyka też nie bije po uszach (chyba że ktoś lubi klimaty rodem z klubów ze striptizem).

Generalnie duże rozczarowanie i następny film pana Sodebergha będę raczej omijał szerokim łukiem. A już na pewno nie będę oglądał go w kinie.