Mamy na planie też kilku panów. Z poprzedniego filmu zostali tylko gliniarze: Majami (Piotr Stramowski), postać która jakoś specjalnie nie urzeka oraz Gebels (Andrzej Grabowski), również rola którą ciężko uznać za szczególną. Nie sposób za to nie napomknąć o Arturze Żmijewskim, który po latach ciepłego wizerunku księdza, wraca do roli kolesia, któremu chętnie dałoby się "w mordę". Natomiast największym atutem filmu jest główna rola gangsterska. Tym razem tradycyjnego mafiosa granego przez Lindę, zastępuje wschodzący talent, Sebastian Fabijanski, obsadzony jako młody-gniewny bandzior "Cukier". Aktor znany z "Belfra", świetnie wciela się w postać, która z jednej strony jest psychopatycznym bandziorem, z drugiej zaś niemalże bohaterem romantycznym i wizjonerem inspirującym się Schopenhauerem. Chociaż bardzo przekonująca jest Cielecka, niezłą grą wykazały się Curuś i Ostaszewska, to jednak kreacja Fabijańskiego sprawia, że filmem wcale nie rządzą kobiety. Współwinna jest tutaj Joanna Kulig, której ani postać, ani gra jakoś do mnie nie trafia.
Tym razem "Pitbull" jeszcze mocniej w porównaniu do poprzedniej odsłony ("Pitbull. Nowe porządki"), zmierza w kierunku komedii niż sensacji. Główny wątek kryminalny nawiązuje do afery paliwowej, ale jest zarysowany ogólnie i szybko, tak żeby widz nie śledził zbytnio logiki działań mafii. Wielość postaci i pobocznych wątków sprawia, że fabuła jest trochę niespójna. Mimo "szarpanej" akcji film wciąga. Z zainteresowaniem śledzi się rozwój wydarzeń, mając jednak nadzieję, że polskie realia, a zwłaszcza działania policji i system więziennictwa nie wyglądają w rzeczywistości tak fatalnie jak przedstawione przez Patryka Vegę. A o minusach fabuły można zapomnieć dzięki dobrej grze aktorskiej i zabawnym scenom. Udaje się Patrykowi Vedze rozbawić salę kinową. Chociaż niektóre sceny są absurdalne a inne tak głupie, że aż śmieszne to "Pitbull" dostarcza zabawnej rozrywki. Gdzieś w tą komedię reżyser próbuje wpleść szarą rzeczywistość. Skorumpowaną policję, niesprawiedliwe wyroki, przemoc domową. I wypada to całkiem nieźle, ale są pewne granice. Niezbyt przemawia do mnie przeplatanie lekkich dowcipów z patologią typu noworodek topiony w toalecie. Tak jakby ktoś nie mógł się zdecydować czy chce rozśmieszać czy szokować brutalnością.
"Pitbull. Niebezpieczne kobiety" nie jest arcydziełem w kategorii film sensacyjny. Należy do niego podejść z przymrużeniem oka, nastawiając się na dowcip i przyzwoitą grę aktorską. W zasadzie wrażenia po obu Pitbullach są podobne, jednak jak to zwykle przy kontynuacjach bywa, nowszą część oceniam pół oczka niżej.
Główni bohaterowie filmu Vegi są trochę jak postaci z komiksu. Robią wokół siebie sporo szumu, ale w gruncie rzeczy ani "Majami" ani "Babcia" (swoją drogą ksywki w filmie drażnią, wolałbym imienne określenia postaci) nie niosą ze sobą jakiejś głębi i poza tym, że sypią komediowymi tekstami jak z rękawa, to brakuje im bardziej psychologicznego rysu. Ten rys reżyser próbował dać bohaterowi Lindy, gdy na samym początku filmu widzimy jak w trakcie kibolskiej ustawki "Babcia" przeżywa osobisty dramat. Później dowiadujemy się tylko, że zdarzenie sprzed kilku lat stanowi dla gangstera powód do prywatnej vendetty. Skąd jednak na Mokotowie pojawił się "Babcia" i czy to właśnie wydarzenie z początku filmu spowodowało, że wszedł on na gangsterską ścieżkę? Tego się nie dowiadujemy, ale jednak kupujemy tą postać. Linda jest w niezłej formie i niektóre jego teksty brzmią zupełnie tak, jakbyśmy mieli do czynienia z Franzem Maurerem, tyle że po drugiej stronie barykady. Jego rola w "Pitbullu" jest najlepszą od co najmniej kilkunastu lat. Z kolei "Majami" jest bezkompromisowy, często używa niedozwolonych metod niekoniecznie zgodnych z prawem, aby osiągnąć swój cel i ma problemy z dyscypliną, co skutkuje jego zesłaniem na Mokotów. I pomimo że debiutujący w filmie fabularnym Stramowski gra nieźle i godnie zastępuje Marcina Dorocińskiego z pierwszego "Pitbulla", to jednak ciężko uznać jego postać za szczególnie interesującą.
Prym wiedzie drugi plan, szczególnie bardzo dowcipnie grająca dziewczynę "Majami", świetnie wyglądająca na ekranie - Maja Ostaszewska. Wyróżniają się też inne postaci, trochę może momentami przerysowane, jak chociażby "Zupa" (Krzysztof Czeczot) - psychol z krwi i kości, prostytutka "Kura" (Agnieszki Dygant) czy tępy osiłek "Strach" (Tomasz Oświęciński). Paradoksalnie największą słabością filmu są ci, którzy w pierwszej części byli ważnymi dla fabuły graczami. Andrzej Grabowski jako legendarny Gebels gra na pół gwizdka, a Barszczyka (Michał Kula) czy Rosłonia (Paweł Królikowski) jest bardzo mało na ekranie.