Jobsa (Asthon Kutcher) poznajemy w trakcie nauki w collegu, którego zresztą nie kończy. Szukając swojego miejsca na ziemi, przyszły twórca Apple ćpa, słucha Boba Dylana, chodzi boso po ziemi i zapowiada się bardziej na hipisa, który chce osiągnąć swoją nirwanę, aniżeli na przyszłego wizjonera. Jak to jednak w życiu bywa - szczęście, znajomość z odpowiednimi ludźmi i olbrzymi tupet Jobsa powodują, że ten w krótkim czasie odnosi sukces w branży komputerowej.
Cała historia jest opowiedziana przyzwoicie i nie nuży. Główna w tym zasługa dobrze napisanych dialogów (które są przyswajalne nawet dla osób średnio zorientowanych w komputerach), świetnej muzyki (sporo kawałków z lat 70.) oraz niezłej gry aktorskiej. Kutcher nie jest i nie będzie wybitnym aktorem. Gwiazdor znany dotychczas z mało wybrednych komedii, słabiej wypada w momentach, gdy musi pokazywać emocje, ewidentnie nie jest to jego specjalność. Za to dobrze sobie radzi, prowadząc szermierkę słowną z innymi bohaterami filmu, czy też gdy musi się wykazać tupetem i bezczelnością w momencie tworzenia firmy i późniejszych rozmów z zarządem. Wtedy Kutcher czuje się jak ryba w wodzie i potrafi zauroczyć widza (szczególnie zapewne panie w różnym wieku). Bardzo dobrze spisuje się Josh Gad, grający Steve'a Wozniaka - przyjaciela Jobsa, genialnego konstruktora, umysłu stojącego za pierwszymi sukcesami Apple. Gruby, niepozorny, jest mistrzem drugiego planu. Dobrze grają też doświadczeni aktorzy, tacy jak Dermot Mulroney czy Matthew Modine.
"Jobs" sprawnie pokazuje całą otoczkę z rozkręcaniem własnego interesu. Towarzyszy temu początkowo młodzieńczy entuzjazm i brawura. Później po osiągnięciu sukcesu wszelkie ideały pryskają i - jak to w biznesie - pojawia się brak zasad i sentymentów. Tytułowy bohater jest ukazany jako człowiek szukający wszędzie spisków, owładnięty manią prześladowczą. Pod względem intelektu jest geniuszem, natomiast w sferze uczuciowej - małym człowiekiem. I - jak to mawiał klasyk - "potrafi wbić zardzewiały nóż w plecy" nie tylko wrogom, ale również swoim przyjaciołom czy też matce swojego dziecka. Jego postawa skłania do myślenia, czy warto osiągnąć sukces materialny kosztem życia osobistego i braku przyjaciół. Wszystko to jednak było już przedstawione w "The Social Network", więc pod tym względem film Sterna jest obrazem nieco wtórnym.
Niestety kuleje wątek osobisty Jobsa. Film ślizga się po jego życiu prywatnym i pokazuje je powierzchownie. Niby dowiadujemy się, że jest on fatalnym ojcem (nie uznaje swojej córeczki), po latach widzimy go jednak razem z latoroślą jako wzorowego ojca, co rodzi wątpliwości, skąd nastąpiła taka nagła przemiana. Brak Billa Gatesa (jest wspomniany w fabule, ale nie ma dla niej większego znaczenia), który jako szef Microsoftu intensywnie rywalizował z Jobsem, jest też rozczarowujący. Również sama końcówka filmu, gdy Jobs wraca do firmy, która się go tak chętnie pozbyła, jest mało przekonująca.
Pomimo braków, o których napisałem powyżej, muszę przyznać, że film się ogląda nieźle i pod względem czystej rozrywki oceniam go dobrze. Natomiast czuję niedosyt związany z wątkiem osobistym Jobsa. Niewykluczone, że dopiero Aaron Sorkin, stworzy coś bardziej kompletnego, bo podobno to właśnie scenarzysta wspomnianego już "The Social Network" ma się zająć za rok biografią twórcy Apple.