Mark Watney (Matt Damon) to członek sześcioosobowej załogi marsjańskiej misji Ares 3. W trakcie badań na obcej planecie dochodzi do wypadku, w wyniku którego Watney zostaje uderzony i odrzucony przez lecące metalowe szczątki anteny. Po krótkich i nieudanych poszukiwaniach Marka reszta załogi z powodu szalejącej burzy podejmuje decyzje o opuszczeniu Marsa. Tymczasem Mark odzyskuje przytomność. Ponieważ ma niewielkie zapasy żywności i stracił łączność z dowództwem, to jego szanse przeżycia na obcej planecie wydają się być znikome.
Ostatnie lata to wysyp amerykańskich produkcji związanych z tematyką podboju kosmosu przez dzielnych Amerykanów. Można się było spodziewać, że jeżeli za kolejny film o "podniebnych przygodach" kosmonautów weźmie się spec od filmów sci-fi - Ridley Scott, to zobaczymy solidny, nieco mroczny, futurystyczny obraz, który zapadnie w pamięci. Tymczasem "Marsjanin" to chyba najbardziej pogodny film w biografii Scotta i w gruncie rzeczy aż trudno uwierzyć, że jest on twórcą tego dzieła a nie np. Robert Zemeckis. Moje nawiązanie do Zemeckisa nie jest przypadkowe, bo oglądając "Marsjanina" miałem wrażenie, że oglądam coś na wzór "Cast Away", tyle że w bardziej humorystycznej wersji. Oczywiście w "Marsjaninie" zamiast samotnego rozbitka z bezludnej wyspy mamy równie samotnego kosmonautę z wyludnionej obcej planety. Jednak schemat obu historii jest ten sam. Obaj bohaterowie muszą się szybko przystosować i zaadoptować do nowej rzeczywistości, obaj są pomysłowi, wreszcie obaj pomimo wielu przeciwności losu udowadniają, że nie ma takiej rzeczy, która by złamała człowieka.
Mark to skrzyżowanie Mac Gyvera i Jamesa Bonda. Z tym pierwszym łączą go zdolności do przetwarzania różnego rodzaju przedmiotów dla własnych potrzeb, tak aby wychodzić z trudnych sytuacji bez szwanku. Z drugim łączy go niezniszczalność - w trakcie oglądania filmu mamy pewność, że Mark da radę wyjść obronną ręką, nawet w najtrudniejszym momencie. Jedynie w przeciwieństwie do Bonda Watney nie musi używać broni ani pięści, ponieważ bohater, poza nieprzyjaznym Marsem, nie ma żadnego przeciwnika. Niestety brak realnego, fizycznego przeciwnika osłabia ładunek emocjonalny filmu.
Największy zarzut jaki mogę sformułować wobec "Marsjanina" to właśnie brak napięcia i dramaturgii, która powinna być związana z samą sytuacją, jaka spotkała bohatera. Jego historia jest przedstawiona w bardzo różowych barwach, od których to aż momentami mdli. Personel NASA pomimo pewnych różnic w kwestiach związanych z powołaniem misji ratunkowej dla Marka potrafi się zjednoczyć i wypracować wspólne stanowisko. Dawna załoga Watneya również decyduje się pomóc naszemu bohaterowi. W misję ratowania Marka włącza się nawet chiński rząd. A sam pobyt Watneya na Marsie, głównie dzięki jego pomysłowości, przypomina bardziej wakacje w trudnych warunkach atmosferycznych niż walkę o przetrwanie na obcej planecie. Cała rzeczywistość w filmie jest przedstawiona w bardzo uproszczony, cukierkowy sposób.
Film Scotta ma jednak swoje zalety. Z pewnością jego siłą jest główny bohater i jego barwne monologi - co chociażby odróżnia "Marsjanina" od infantylnych postaci i dialogów w "Grawitacji". Tutaj można się wręcz pośmiać z ironicznych tekstów Watneya, który nie traci pogody ducha w swoim niezwykle ciężkim położeniu. Bardzo dużo ciepła swojej postaci dał na pewno Damon, który nadaje się do ról "facetów z sąsiedztwa", czyli sympatycznych i normalnych gości, z którymi można się utożsamiać i im kibicować. Pod względem wizualnym i technicznym film ogląda się bardzo przyjemnie i - co postrzegam jako jego atut - nie ma w nim nadmiaru efekciarstwa.
"Marsjanin" w Stanach zebrał bardzo pozytywne opinie, bo jest dobrze zrealizowany, zagrany i odnosi się do życia na innej planecie, co zawsze wzbudza zainteresowanie. Dla mnie to jednak kolejna hollywoodzka historia o dzielnym kosmonaucie, która niesie ze sobą niezbyt wysoką temperaturę i w gruncie rzeczy - poza humorem - nie wnosi nic nowego do kina sci-fi.
Clint Eastwood jako reżyser nie boi się podejmować w swoich filmach trudnych tematów. Eutanazja, rasizm - m.in. te zjawiska były przedstawiane w jego poprzednich dziełach. Teraz Eastwood postanowił się rozprawić z problematyką życia po śmierci.
Zaczyna się od mocnego uderzenia, bowiem od fali tsunami w azjatyckim miasteczku, gdzie w jego centrum pojawia się francuska dziennikarka, Marie (Cecile De France). Udaje się jej cudem przeżyć. Doznaje jednak wizji, w trakcie której przez chwilę znajduje się po "drugiej stronie rzeki". Później akcja przenosi się do San Francisco, gdzie poznajemy pozornie przeciętnego robotnika budowlanego George'a (Matt Damon), który jest jednak obdarzony - dla wielu darem, dla siebie przekleństwem - zdolnością komunikowania się ze zmarłymi. Mamy i trzeci kontynent, Anglię, gdzie śledzimy losy dwóch bliźniaków - Marcusa i Jasona, z których jeden ginie. Temat śmierci przewija się zatem we wszystkich wątkach, a historie tych trzech osób są toczone równolegle.
Pierwsze 30 minut filmu jest naprawdę obiecujące. Wątki są interesujące i przez chwilę odniosłem nawet wrażenie, że Eastwood w kwestii konstrukcji filmu będzie próbował zrobić coś na miarę filmów Alejandro Gonzáleza Iñárritu, który w swoich obrazach często łączy różne wątki i postaci w jedną spójną całość. W pewnym sensie tak się dzieje, ale trudno porównać ten zabieg do chociażby "Amores Perros" czy nawet "Babelu". Przede wszystkim film w pewnym momencie robi się tak nudny, że oglądając go musiałem zmienić pozycję z leżącej na siedzącą, żeby nie usnąć. Niestety główny motyw, czyli życie po śmierci, schodzi jakby na drugi plan, a film staje się melodramatyczny i bardziej nastawiony na wyciskanie łez niż próbę zgłębiania tego, co się dzieje po śmierci. Oczywiście wszystkie trzy postaci spotykają się pod koniec filmu (ach ten cudowny, hollywoodzki zbieg okoliczności) i w mniejszym lub większym stopniu znajdują ukojenie w swoim otoczeniu.
Zastanawiałem się po filmie czy wniósł on coś nowego do mojego postrzegania zaświatów i mogę powiedzieć, że nie. Wierzę w życie po śmierci, ale jestem sceptycznie nastawiony do jasnowidzów czy wróżek i "Medium" mojego stosunku do takich zjawisk nie zmienił. A sam film potraktowałem bardziej w kategoriach nudnej, bez większego poczucia humoru i polotu bajki, a nie czegoś, co chociaż lekko zmieniłoby mój światopogląd.
Wolę Eastwooda z "Gran Torino" czy z "Za wszelką cenę" i mam nadzieję, że stary, poczciwy Clint weźmie się następnym razem za to, co wychodzi mu najlepiej i w czym jest po prostu prawdziwy. A melodramaty czy bajkowe historie niech zostawi innym.