Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Mia Wasikowska. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Mia Wasikowska. Pokaż wszystkie posty

sobota, 19 grudnia 2015

Crimson Peak. Wzgórze krwi ****

“Duchy istnieją.Tyle wiem”. Tak zaczyna swoją opowieść Edith Cushing protagonistka/narratorka “Crimson Peak”, najnowszego dzieła współczesnego mistrza kina grozy Guillermo del Toro. Edith (Mia Wasikowska), córka bogatego amerykańskiego przedsiębiorcy z Buffalo jest ambitną, początkującą pisarką. Jako młoda kobieta żyjąca na przełomie XIX i XX wieku, ma pewne problemy by jej twórczość, nie będącą kolejnym romansem, ale historią z duchem w tle potraktowano poważnie. To sprawia, że tym łatwiej daje się oczarować równie tajemniczemu, co spłukanemu angielskiemu arystokracie Thomasowi Sharpe (Tom Hiddleston), który zawitał właśnie do miasta razem z siostrą Lucille (Jessica Chastain), próbując pozyskać fundusze na sfinansowanie swojego wynalazku.

Del Toro, przewrotnie łamiąc zasady gatunku, nie zwleka ani chwili i nie miną dwie minuty seansu, gdy na ekranie pokazuje się nam duch matki Edith w całej swej obrzydliwej krasie (btw, wygląd duchów uznałbym za zdecydowanie najsłabszy punkt wizualnej strony filmu). Robi to, gdyż “Crimson Peak” to raczej opowieść z duchami w tle niż klasyczna “opowieść o duchach”. Duchy istnieją, są dość przerażające, ale nie są motorem zdarzeń. Autor powstrzymuje się również od używania tanich trików do straszenia widzów. Najstraszniejsze są brutalne i graficznie pokazane sceny przemocy, wprowadzone na ogól z użyciem suspensu, co z jednej strony potęguje efekt, z drugiej pozwala wrażliwszym widzom we właściwym momencie odwrócić wzrok.

Osobiście sklasyfikowałbym film del Toro raczej jako gotycki romans z elementami gore. Dekoracje są naprawdę przepiękne. Od pierwszych kadrów obraz naturalnie przywoływał mi na myśl estetykę znaną z dzieł Tima Burtona, chociażby “Jeźdźca bez głowy” i dla mnie jest to bardzo pozytywne skojarzenie. Wszystko jest przestylizowane do granic możliwości - rodzeństwo Sharpe tonie w kruczej czerni, Edith niczym anioł otoczony żółtą poświatą sunie po korytarzach niesamowitej, położonej na dosłownie krwawiącym wzgórzu posiadłości Sharpów. Samemu jej opisowi można by poświęcić kilka paragrafów. Może niektórych ten przesyt drażnić, jak dla mnie idealnie wpasowuje się w konwencję kostiumowego horroru (i myślę, że zapewni twórcom zwycięstwo w paru oskarowych kategoriach technicznych).

Aktorzy nie zawodzą, świetna jest szczególnie Jessica Chastain. Fabuła filmu jest dość przewidywalna, ale świat stworzony w bujnej wyobraźni Guillermo del Toro jest na tyle intrygujący, że i tak jesteśmy ciekawi jak historia się dalej potoczy. Nie wiem czy “Crimson Peak” spełni oczekiwania hardkorowych fanów horroru, myślę jednak że może zyskać uznanie w oczach tych, których niesamowite historie ciekawią, choć do gatunku podchodzą “z pewną taką nieśmiałością”.


niedziela, 12 października 2014

Mapy gwiazd ***

Podstarzała diva Havana Segrand (Julianne Moore) desperacko wierzy, że jedyną drogą na ożywienie jej podupadającej kariery, jest wcielenie się w rolę graną kiedyś przez jej zmarłą tragicznie, toksyczną matkę, ikonę kina. W uwolnieniu od demonów przeszłości pomaga Havanie samozwańczy guru leczenia holistycznego Dr. Stafford Weiss (John Cusack), przygotowujący się do promocji kolejnego swojego poradnika. Jego syn nastoletni gwiazdor Benjie Weissa (Evan Bird), stara się z kolei udowodnić producentom swojego hitu, że uporał się już z problemami narkotykowymi i gotowy jest skasować kolejny gruby czek za wystąpienie w sequelu. Nikt z nich nie jest gotowy na zamieszanie, jakie wywoła w ich życiach tajemnicza, niepozorna dziewczyna (Mia Wasikowski), która właśnie, jak tysiące przed nią, wysiadła na dworcu autobusowym w LA.

Najnowszy film David Cronenberga (otwierający tegoroczny Warszawski Festiwal Filmowy) z początku wydaje się dość mroczną satyrą na Hollywood. W cieniu palm, w pięknych posiadłościach, żyją głęboko nieszczęśliwi ludzie. Reżyser nieśpiesznie ujawnia połączenia między swoimi bohaterami, dając nam okazję przyjrzeć się "szarej codzienności" fabryki snów. Pomału jednak orientujemy się kto jest kim, na wierzch zaczynają wychodzić rodzinne sekrety, a film skręca w kierunku thrillera/horroru.

Zdecydowanie mocniejszą stroną filmu jest duszny portret mieszkańców Hollywood. Cronenberg beznamiętnie (mam wrażenie w ten sam sposób w każdym swoim filmie) filmuje swoich bohaterów, obnażając ich egocentryzm, kompletny brak empatii do tego stopnia, że widz nie wie, czy raczej śmiać się, czy być oburzonym. Doskonale gra, obsadzona trochę wbrew swojemu emploi Julianne Moore (nagrodzona za tę rolę na tegorocznym Cannes), a kroku dotrzymuje jej młody Evan Bird, jako dziwnie samo-świadomy trzynastolatek "taki hajs wykoleiłby nawet Matkę Teresę". Niestety dobre wrażenie psuje wolta gatunkowa w drugiej części filmu. Jest raczej dziwnie niż strasznie, trudno mówić o jakimś napięciu, skoro w sumie od pewnego momentu już się takiego, a nie innego rozwiązania spodziewamy i koniec końców film zostawia z wrażeniem dużego niedosytu i pytaniem czemu twórcy zdecydowali się tak, a nie inaczej poprowadzić fabułę.


piątek, 7 grudnia 2012

Gangster ****

Powinienem już przywyknąć do niezwykle "trafnego" tłumaczenia zagranicznych tytułów filmów na język polski. Amerykański "Lawless" wg scenariusza Nicka Cave'a to po naszemu "Gangster". Na szczęście rzeczownik w tytule niejako odpowiada tematyce filmu. Rzecz jest bowiem o trzech braciach Bondurant, którzy w latach 30. ubiegłego wieku, w czasach prohibicji w Stanach Zjednoczonych handlują bimbrem. Interes idzie im nieźle, dopóki na ich drodze nie stanie agent specjalny Charlie Rakes, będący na usługach skorumpowanego prokuratora. Oczywiście Rakes okazuje się być tym złym, natomiast braciom kibicuje się od samego początku.

Akcja - historii opartej na faktach - toczy się może w niezbyt imponującym tempie, ale nie jest nudna dla osób, które nie nastawiły się na wyszukane efekty specjalne, tylko chcą się skupić na fabule i postaciach. Film przypominał mi trochę opisywanego już na blogu "Kill the Irishman" - podobnie solidne rzemiosło, nieźle zbudowany klimat, dobrze zrealizowane i realistyczne (momentami aż za bardzo krwawe) sceny walk. Ciekawa jest konstrukcja psychologiczna trzech braci. Najstarszy z nich Howard to tępy osiłek, nie zawsze oddany braciom. Średni Forrest to mózg i lider rodziny. Najmłodszy Jack - uważany jest za słabeusza. Nie umie się bić, jest nieco lekceważony przez pozostałych braci. Jednak to on okazuje się być centralną postacią fabuły. Interesujący jest kontrast pomiędzy średnim i najmłodszym bratem. Obaj są zupełnie inni i zaskakujące, że jednak rozumieją się bez słów i są ze sobą silnie związani.

Rewelacyjny, niski głos Toma Hardy'ego można już było usłyszeć w ostatniej części Batmana. Po roli Bane'a aktor, wcielając się w charyzmatycznego Forresta, po raz kolejny zagrał bardzo sugestywnie. Rakes w wykonaniu Guya Pearce'a to dla mnie najbardziej obrzydliwa i sadystyczna postać, jaką widziałem od czasów pamiętnej roli Roberta De Niro w "Przylądku Strachu". Nie wiem jakie są typy Akademii Filmowej dla męskich ról drugoplanowych w przyszłym roku, ale poważnie zastanowiłbym się nad nominacją do Oskara właśnie dla Pearce'a. Dobrze gra LaBeouf (jako Jack), który szczególnie pod koniec filmu ma co grać. Za mało jest Gary'ego Oldmana (po jego mocnym wejściu na początku filmu myślałem, że będzie miał większą rolę). Panie w osobach Jessiki Chastain i Mia Wasikowskiej (momentami fizycznie przypominała mi... Agatę Buzek, a to nie jest komplement) są raczej tłem dla panów, ale to głównie za sprawą wysokiego poziomu męskiego aktorstwa. Na minus filmu - muzyka, której kompletnie nie zapamiętałem po projekcji.

Cieszę się, że w końcu obejrzałem w tym roku coś, co lubię najbardziej, czyli proste kino z motywem gangsterskim i niegłupią fabułą. Film ten nie spowodował, że jestem po nim mądrzejszy, nie skłonił mnie do głębszych przemyśleń. Na pewno jednak dobrze pokazał, czym jest męska solidarność i że - pomimo sporych różnic - rodzeństwo potrafi się zjednoczyć. Mnie absolutnie coś takiego wystarcza i na pewno nie czuję niedosytu po jego obejrzeniu.