Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Marcin Dorociński. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Marcin Dorociński. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 9 października 2016

Na granicy ***

Zimowy, sylwestrowy wieczór. Dawny pogranicznik Mateusz (Andrzej Chyra) wraz z synami wraca do miejsca, w którym służył jeszcze parę lat temu. Widok gości, choć nie zakłóci trwającej w posterunku straży granicznej w Tarnicy Niżnej zabawy, to nie wszystkich uraduje tak jak szefa placówki Lecha (Andrzej Grabowski). Lechu nie chce Mateuszowi od razu obiecać powrotu do służby, ale nie zamyka tematu, zachęcając by ten najpierw spędził trochę czasu z chłopakami w lesie, w odciętym od świata posterunku straży. Mateusz przystaje na ofertę i nazajutrz rano ruszają zamkniętymi górskimi szlakami do samotni.

Nie wiem czy nie najmocniejszym punktem thrillera Wojciecha Kasperskiego “Na granicy” nie są przepiękne, pejzażowe zdjęcia bieszczadzkiej zimy. Żadne nie zapadają w pamięć jak te, na których małe, czarne ludzkie punkciki przedzierają się pomału przez wielkie, białe połacie zasypanych śniegiem połonin. Stanowią one również swoistą ramę reszty filmu. I tak jak dla bohaterów wielu westernów zamieszkałych gdzieś na pustkowiach prerii, tak dla naszych bohaterów, nagle pojawiająca się na horyzoncie postać oznaczać może tylko jedno: kłopoty.

Akcja “Na granicy” zawiązuje się niespiesznie. I choć wydaje się, że daje to dużo czasu na ekspozycję postaci, reżyser nie jest zainteresowany referowaniem nam ich życiorysów. Fragment dialogu, jakaś scena w nocy pozwalają nam domyślać się, dlaczego Mateusz opuścił straż, sugerują czemu jego relacje ze starszym synem Jankiem (Bartosz Bielenia) są dość napięte, ale z rozwojem akcji nie będzie nam dane zbliżyć się do postaci, pozostając do końca jedynie w roli podglądacza. Zasygnalizowany początkowo wątek rozwoju (leczenia?) relacji Mateusza z Jankiem, niestety nigdy nie doczekał się żadnej puenty.

Kasperski dość umiejętnie rozwija fabułę, podtrzymuje napięcie tak, że do końca nie wiemy, jak to się wszystko skończy. Niestety osiągnięte jest to w dużej mierze przez powierzchowne nakreślenie postaci, będących najsłabszym elementem filmu. Ich zachowania często wydają się nieracjonalne, jeśli nie wręcz głupie i nie śledzi się ich losów z przesadnym zainteresowaniem. Najbardziej jest to chyba frustrujące w przypadku postaci tajemniczego przybysza Konrada, granego, takie miałem wrażenie, niezbyt konsekwentnie przez Marcina Dorocińskiego. Trudno zrozumieć motywacje pchające go do kolejnych działań, na czele z nieoczekiwanym monologiem o stanie polskiej duszy.

Ogólnie "Na granicy" to przyzwoity thriller pozostawiający jednak pewien niedosyt, w którym najbardziej podobał mi się konsekwentnie budowany minimalistycznymi środkami (w filmie właściwie nie ma muzyki) klimat.



niedziela, 23 lutego 2014

Jack Strong ****

Ryszard Kukliński - bohater czy zdrajca? Zagadnieniem tym postanowił się zająć Władysław Pasikowski, który w ostatnim czasie nie boi się podejmować trudnych tematów filmowych. Kuklińskiego (Marcin Dorociński) poznajemy pod koniec lat 60. jeszcze jako Majora Wojska Polskiego. Wkrótce podejmuje on współpracę z amerykańskim wywiadem i pod pseudonimem operacyjnym "Jack Strong" zdobywa dla CIA tajne dokumenty polskiej służby wojskowej.

Początek filmu wprowadza nas w realia zimnej wojny, gdzie szpiegów skazuje się na śmierć w męczarniach (jak chociażby spalenie żywcem w piecu). Później mamy spokojne przedstawienie postaci Kuklińskiego, jego życie osobiste, awanse zawodowe, wreszcie pierwsze kontakty z amerykańskimi służbami. Film tak na dobre rozpoczyna się właśnie od momentu współpracy polskiego oficera z CIA i z każdą minutą coraz bardziej wciąga.

Reżyser przedstawia Kuklińskiego jako patriotę, którego działania zapobiegły wybuchowi III wojny światowej. Pułkownik nie zdradził Ojczyzny tylko działał w stanie wyższej konieczności, szkodząc Rosjanom a nie Polsce - taki przekaz wynika z filmu. Kukliński w filmie to bohater, ale na miarę polskich realiów, a nie amerykańskiego herosa. Świadczy o tym kilka momentów, gdy pułkownik zachowuje się mocno niefrasobliwie (jak chociażby w znakomitej, humorystycznej scenie posiedzenia kadry oficerskiej, gdy "odkrywany" jest szpieg). Dodatkowo nie potrafi pogodzić szpiegowania z życiem rodzinnym. W realistycznym przedstawieniu postaci reżyser wzbudził jeszcze większą sympatię do "Jacka Stronga". Bo czy nie będziemy bardziej kibicować zwykłemu bohaterowi, a nie agentowi z gadżetami, który radzi sobie w każdej sytuacji?

Sama opowieść o Kuklińskim jest przedstawiona znacznie ciekawiej niż chociażby niedawna historia Lecha Wałęsy w "Człowieku z Nadziei" Andrzeja Wajdy, co w dużej mierze ma na pewno związek z interesująco ukazanym wątkiem szpiegowskim, który trzyma w napięciu. Pasikowski umiejętnie reguluje tempo i potrafi w odpowiednim momencie zaskoczyć widza nagłym zwrotem akcji. Bardzo precyzyjnie odtwarza przy tym realia, w których żyli główni bohaterowie (mieszkanie Kuklińskich, ulice czy bal sylwestrowy aż kipią siermiężnym komunizmem). Do atutów zaliczyć należy również niezły montaż, którego dobre efekty można szczególnie zauważyć w trakcie pościgu samochodowego i brawurowej ucieczki Kuklińskich z Polski. Minusem jest zbyt często serwowana patetyczna muzyka, której na początku filmu jest zdecydowanie za dużo.

Jak to w filmach Pasikowskiego - nie brakuje wyrazistych, męskich postaci i ciekawych ról. Marcin Dorociński, pomimo mojego sporego sceptycyzmu co do braku fizycznego podobieństwa do Kuklińskiego, gra znakomicie i swoją kolejną kreacją potwierdza, że obok Roberta Więckiewicza jest w tej chwili najlepszym polskim aktorem. Nie brakuje również innych dobrych ról, wśród których wyróżnić należy szczególnie Ireneusza Czopa w roli Mariana Rakowieckiego oraz Zbigniewa Zamachowskiego i Mirosława Bakę za komediowe role oficerów Gendery i Putka. Słowa pochwały należą się również Patrickowi Wilsonowi, grającego amerykańskiego agenta Daniela, który całkiem nieźle sobie poradził z językiem polskim (nie potrzeba było na szczęście polskiego dubbingu dla jego postaci). Dobrze zagrane i obsadzone są również role rosyjskich oficerów w osobach "twarzowego" Dimitri Bilova i demonicznego Olega Maslenikova. Słabiej wypadają za to panie, co jest jednak normą w przypadku filmów Pasikowskiego. Maja Ostaszewska jako żona Kuklińskiego gra w zasadzie tylko jedną, mocno zmęczoną miną, a jej histeryczna scena zazdrości (tak mocno lansowana w zapowiedziach przedpremierowych przez jedną ze stacji telewizyjnych) była zbyt przerysowana i kompletnie nie trafiła do mnie. Dagmara Domińczyk, jako agentka Sue, poza amerykańskim akcentem, również nie zapadła w pamięci.

Pasikowski zdaje egzamin jako twórca kina gatunkowego, bo po prostu zrobił dobry thriller szpiegowsko-polityczny. Czy stworzył przy tym historię odpowiadającą prawdzie? Myślę, że kwestię postawy Kuklińskiego najlepiej niech każdy oceni zgodnie z własnym sumieniem i wiedzą. Idąc na film oczekiwałem dobrej rozrywki i pod tym względem na pewno się nie rozczarowałem.

piątek, 17 stycznia 2014

Pod Mocnym Aniołem ****

Jeśli ktoś nie jest przekonany do kina Smarzowskiego, niech nie da zwieść się zwiastunowi. "Pod Mocnym Aniołem" nie jest komedią. Owszem, zobaczymy w nim kilka zabawnych scen z alkoholowej imprezy lub wyśmiejemy bredzenie po pijaku, ale jest to czarny humor, a film przedstawia przede wszystkim upodlenie człowieka, dla którego w życiu nie liczy się nic poza piciem.

Pisarz Jerzy (Robert Więckiewicz) jest alkoholikiem. Życie spędza albo w ciągłym cugu, albo na odwyku. Za każdym razem, gdy trafia do zakładu odwykowego, poznajemy historie trafiających tam i powracających razem z Jerzym pacjentów. Miłość do kobiety (Julia Kijowska) może sprawić, że bohater podejmie bardziej skuteczną walkę z nałogiem. Ale czy na pewno?

Film jest dosyć wierny książce pod tym samym tytułem, na kanwie której powstał scenariusz. Proza Pilcha, o dość barokowym charakterze, jest trudna w odbiorze w filmowym wydaniu. Warto sięgnąć do książki i po jej przeczytaniu zdecydować czy stanowi ona zachętę do obejrzenia filmu. "Pod Mocnym Aniołem" w wersji Smarzowskiego, na pewno jest utworem bardziej dosadnym, za sprawą naturalistycznych scen, bezpośredniości w przekazie, obnażaniu człowieka ze wszystkich słabości. Pokazując uzależnionego od alkoholu bohatera, reżyser nie szczędzi ujęć jego upokorzenia, łącznie z ukazaniem fizjologicznych potrzeb, niekiedy załatwianych w nieświadomości... Można by rzec, że autor mógł darować widzowi oglądanie tych obrzydliwości. Ale to głównie one sprawiają, że do widza dociera, że alkohol to nie tylko dobra zabawa, że uzależnienie prowadzi do odczłowieczenia. Kino Smarzowskiego poraża do tego stopnia, że "Żółty szalik" Janusza Morgensterna wydaje się całkiem subtelną opowieścią. Z drugiej strony, Robert Zemeckis w ubiegłorocznym filmie "Lot" udowodnił, że poprzez umiejętne przedstawienie procesu psychiki uzależnionego, możemy zaobserwować jego upadek, bez epatowania naturalizmem.

Przez większość filmu widzimy na ekranie Roberta Więckiewicza, na którym spoczął ciężar przekazania stanu w jakim znajduje się Jerzy. Tą niełatwą rolę, zagrał on bardzo wiarygodnie i po raz kolejny udowodnił, że jest świetnym aktorem. Więckiewicz zasługuje w moim odczuciu na ogromne uznanie, chociażby za role w "Wymyku", "W ciemności" i "Wałęsie" i wciąż zaskakuje, tym jak dobrze potrafi wcielić się w kolejne, zróżnicowane postacie. Wrażenie wywarła na mnie również Kinga Preis grająca wywodzącą się z patologicznego środowiska alkoholiczkę, pacjentkę na odwyku.

Realistyczny odbiór filmu to również zasługa konwencji na jakiej jest oparty. Picie, upadek, odwyk przeplatają się wielokrotnie, a wydarzenia przedstawione są nielinearnie. Ciężko odróżnić to, co dzieje się naprawdę, od pijackich zwidów. Momentami sceny się dłużą, nudne jest oglądanie powtarzającego się schematu. Ale dzięki temu dociera do widza ta sama kwestia, która poruszyła mnie, gdy czytałam książkę - problem błędnego koła, w którym znajduje się alkoholik. Ilekroć razy bowiem Jerzy wraca z odwyku pod blok, w którym mieszka, ląduje na rozstaju dróg pomiędzy wejściem do knajpy "Pod Mocnym aniołem" a całodobowym sklepem monopolowym.

Uświadamiając sobie co traci w życiu alkoholik (i jego bliscy), jak wyniszczający jest nałóg, zastanawiam się ile osób będzie odbierać film jako moralizatorstwo. Sam Smarzowski, podczas spotkania z widzami na pokazie przedpremierowym, wypowiedział się, że stworzył film o piciu, samotności, lęku, ale że ucieszy go jeśli film wpłynie na czyjeś życie. Problem alkoholowy jest zjawiskiem występującym w polskim społeczeństwie nierzadko, więc dobrze by było gdyby film spełnił w jakimś stopniu rolę społeczną. Można oburzać się, że znów Polska przedstawiona jest jako brzydki kraj, słabych ludzi i wypaczeń, ale chyba styl Smarzowskiego jest na tyle definiowalny, że możemy zdecydować, czy mamy ochotę na kino dosadne, poruszające tematy dla nas trudne i przykre, z niekoniecznie optymistycznym zakończeniem, czy też widząc nazwisko reżysera postanawiamy zrezygnować z oglądania filmów w jego wydaniu.

niedziela, 10 lutego 2013

Drogówka ***

Mam mieszane uczucia, co do filmów Wojciech Smarzowskiego. Z jednej strony tworzy on historie odważne, sięga do ciekawych środków artystycznych, jest niezłym obserwatorem życia. Z drugiej strony jego filmom można jednak zarzucić to, że nie dają nadziei na lepsze jutro, są mocno depresyjne i ogólnie przygnębiają. Dlatego po "Domu złym" odpuściłem sobie oglądanie "Róży", ale zachęcony fabułą jego najnowszego filmu "Drogówka", postanowiłem rozwiać lub potwierdzić moje odczucia, co do oceny tego reżysera.

"Drogówka" to historia kilku policjantów, którzy prowadzą beztroskie życie, wspólnie imprezują, trzymają się razem. Historia się zmienia, gdy ginie jeden z nich, a głównym podejrzanym staje się sierżant Ryszard Król.

Pierwsze pół godziny ogląda się jak dobrą komedię (co prawda jak na mój gust jest zdecydowanie za dużo przekleństw i seksu), którą można porównać do najlepszych filmów Stanisława Barei. No właśnie, Smarzowski - podobnie jak kiedyś Bareja - jest dobrym obserwatorem rzeczywistości, umie dosadnie pokazać ludzkie zachowania, ośmieszyć nasze słabości, przywary. Tyle, że chyba bardziej niż twórca "Misia" reżyser "Drogówki" ma zdolność przejaskrawiania pewnych cech charakteru, uwypuklając je zbyt przesadnie. Jest to szczególnie pokazane w postaciach policjantów, granych przez Arkadiusza Jakubika, Eryka Lubosa i Jacka Braciaka, którzy są aż do bólu karykaturalni. Pierwszy z nich to seksoholik, drugi rasista, a trzeci alkoholik. Bohaterowie ci (szczególnie ten pierwszy) to ludzie prymitywni, prości i bez większych zasad. Zresztą wszystkie postacie w filmie są - delikatnie mówiąc - kontrowersyjne, bo i główny bohater - Król - grany przez Bartłomieja Topę nie jest krystaliczny. Akurat w przypadku tego reżysera taki sposób przedstawienia postaci to nic nowego, bo we wszystkich swoich filmach Smarzowski pokazuje wszystko z jak najgorszej strony - jakby wychodząc z założenia, że dla widza lepiej się sprzedaje krytyka niż pochwała. W rezultacie film uderza w poważniejsze tony i w pewnym momencie znika beztroska i zabawa na rzecz brutalności i prania brudów na wszelkich szczeblach władzy. Zaczyna się dramat kryminalny i schemat akcji typowy dla filmów Smarzowskiego, w którym reżyser czuje się chyba najlepiej.

W przeciwieństwie do oglądanego przeze mnie ostatnio "Sępa", "Drogówka" jest lepsza i równiejsza pod względem gry aktorskiej. Przede wszystkim bardzo dobry jest Topa, stanowiący całkowite przeciwieństwo bohatera granego przez Michała Żebrowskiego. Jest po prostu ludzki, naturalny, niemanieryczny. "Swój chłop" można powiedzieć, a nie zrobiony na siłę Superman. Wszystko to zasługa Topy, który bardzo realistycznie pokazał postać Króla. Dobrze też zagrali inni wykonawcy (szczególnie dobrzy - obsadzony w niewielkiej, ale znaczącej roli policjanta Marcin Dorociński oraz Andrzej Grabowski jako polityk) i można powiedzieć, że film pod względem aktorskim nie ma słabych punktów. Ponoć nazwisko "Smarzowski" stanowi już taki magnes dla polskich gwiazdek, że te są w stanie zagrać u niego nawet kilka minut, byleby tylko w ogóle zagrać. Stąd może niewielkie i mało znaczące role Macieja Stuhra, Adama Woronowicza czy Agaty Kuleszy. Ale nie czuję w "Drogówce" przesytu gwiazd.

Nowością jest sposób kręcenia filmu, który mnie jednak nieco zmęczył. Ujęcia z telefonu komórkowego czy też częste przeplatanie akcji scenami z zatrzymań ludzi przez policjantów z tytułowej drogówki, lekko irytują. No i muzyka na zakończenie - przypominająca dźwięki "brzęczących much" - nie przypadła mi do gustu.

Czy film Smarzowskiego stanowi jakiś przełom? Absolutnie nie. Walka z korupcją, ze złem, z bagnem świata współczesnego nie stanowi czegoś odkrywczego w polskim kinie. Nie jest dla mnie niczym nowym pokazywanie, że korupcja jest wszędzie i na porządku dziennym (nawet wśród młodych chłopaków uganiających się za piłką). To wszystko w lepszym lub gorszym wydaniu widzieliśmy w ostatnich filmach, opisywanych na blogu. Zakończenie, które wielu "wgniotło w fotel" też nie stanowi dla mnie czegoś spektakularnego. Reżyser absolutnie nie zaskakuje, jeśli przypomnimy sobie chociażby finał "Domu złego". Stąd głosy, że "film jest zaskakujący i powala na kolana" to spora przesada. Mnie nie powalił, ale może dlatego, że jestem ostatnio przyzwyczajony do polskich filmów, które do lekkich nie należą.

Tym filmem Smarzowski na pewno pokazał, że jest konsekwentny i ma swój styl. Ciekaw jestem czy reżyser nieco zmieni konwencję swoich filmów. Podejrzewam, że pewnie nie, skoro jego twórczość cieszy się aż taką - chociaż myślę, że przesadzoną - popularnością. W "Drogówce" nie było nic wybitnego i rewolucyjnego. Ot, solidne kino, które można obejrzeć, ale czy koniecznie warto?



niedziela, 11 listopada 2012

Obława ****

Dehumanizacja, surowość, brutalność, poczucie totalnej beznadziei - to motywy, które w ostatnim czasie są specjalnością Wojciecha Smarzowskiego. "Obława" Marcina Krzyształowicza niejako wpisuje się w nurt kina "depresyjnego" tworzonego przez autora "Domu złego" czy "Róży".

Głównymi postaciami filmu są partyzanci, którzy w trakcie II wojny światowej w bardzo surowych warunkach walczą z Niemcami i zdrajcami Polski. I właśnie tych ostatnich rozlicza partyzancki "cyngiel" - kapral Wydra (Marcin Dorociński), wykonujący wyroki dla Państwa Podziemnego na kolaborantach, działających na rzecz Niemców.

To, co jest niewątpliwym atutem filmu to jego klimat. Dzięki znakomitym zdjęciom Arkadiusza Tomiaka - ponury, ascetyczny, leśny krajobraz towarzyszy widzom przez cały film. Partyzanci głodują, chodzą zmarznięci, schorowani, w podartych ubraniach. Ich zachowanie również odbiega od normy przyjętej w dotychczasowych polskich filmach wojennych, bo są zaskakująco wulgarni (ich dialogi brzmią jak dla mnie momentami zbyt współcześnie). Opowieść Krzyształowicza odmitologizuje ludzkie postawy. Nie ma tradycyjnego podziału Polacy - dobrzy, Niemcy - źli. Fabuła skupia się na czterech postaciach, które nie są krystalicznie czyste, ale których postawy życiowe da się w pewnym stopniu, przynajmniej częściowo, usprawiedliwić. Mam wrażenie, że wszyscy bohaterowie w filmie mieli w sobie pokłady dobra, ale właśnie bestialska wojna zmusiła ich do zachowań, do których w normalnym życiu by się nie dopuścili. Retrospekcje wplecione w historię początkowo stwarzają wrażenie chaosu, ale pod koniec filmu znajdują logiczne uzasadnienie.

Wszyscy recenzenci chwalą Marcina Dorocińskiego. Owszem, jego rola porusza, ale dla mnie momentami aktor ten gra za bardzo "na jedną modłę" i posługuje się podobnymi środkami wyrazu, jakie można było obejrzeć u niego w jego poprzednich występach. Chętnie zobaczyłbym go w innej, mniej dramatycznej roli, bardziej cynicznej i ironicznej (jak np. w "Rewersie"). Świetnie gra Maciej Stuhr. Jego rola kolaboranta Henryka Kondolewicza jest chyba najbardziej złożoną w filmie. Początkowo pokazany jako zdrajca, później przy bliższym poznaniu zaczynamy go coraz bardziej żałować. Kolendowicz jest niespełniony emocjonalnie i fizycznie w małżeństwie, jest człowiekiem nieszczęśliwym. W pewnym sensie - dzięki grze Stuhra - jego postaci jest mi chyba najbardziej żal w filmie. Panie - Sonia Bohosiewicz i Weronika Rosati - grają dobrze i poprawnie, ale na pewno są w cieniu ról męskich.

W dramacie Krzyształowicza zabrakło mi muzyki. Pojawia się co prawda w trakcie odwetu Wydry na Niemcach nieco frywolna piosenka słuchana przez niemieckich żołnierzy, która jakby była puszczona w antytezie do zbliżających się dramatycznych wydarzeń, jednak nie ma jakiegoś stałego motywu muzycznego w trakcie filmu. Bohaterom towarzyszy leśna głusza i być może jest to celowy zabieg reżysera, aby jeszcze bardziej zwiększyć dramatyzm i napięcie, bez rozpraszania dodatkowymi efektami.

Mam mieszane uczucia, co do oceny tego filmu. Nie czuję się na tyle kompetentny, aby "wchodzić w buty historyków" i oceniać na ile ta historia odpowiada prawdzie. Zdaję sobie sprawę, że polski żołnierz nie zachowywał się jak Hans Kloss czy Janek Kos. Nie zawsze był bohaterski i heroiczny. Myślę, że pogłębianie świadomości Polaków na temat tego, co było złe w trakcie drugiej wojny światowej, jest ważne i konieczne. Tym niemniej film Krzyształowicza można ocenić w kategorii czegoś mocnego, ale pozostawiającego (przynajmniej mnie) w stanie zmęczenia psychicznego. Lubię kino, które daje chociaż odrobinę optymizmu i nadziei na lepsze jutro. "Obława" zastrzyku pozytywnej energii nie daje, ma klimat mocno dekadencki i depresyjny. Na pewno jednak skłania do refleksji i analizy ludzkich zachowań. I przede wszystkim daje do myślenia w kwestii ciężkich wyborów, których mam nadzieję, że moje i przyszłe pokolenia nigdy nie będą musiały podejmować.



czwartek, 26 kwietnia 2012

Lęk wysokości ****

"Lęk wysokości" to film o dziennikarzu telewizyjnym, którego można nazwać człowiekiem sukcesu. Tomek ma żonę, robi coraz większą karierę dziennikarską, wydaje się być spełniony. I właśnie w tym momencie w jego życie wkracza ojciec - Wojtek, który ląduje w szpitalu psychiatrycznym. Początkowo sytuacja ta jest traktowana powierzchownie przez głównego bohatera. Później jednak Tomek coraz bardziej zaczyna się angażować w życie ojca, co zaczyna skutkować większym zaniedbywaniem żony i pracy.

Dzieło Bartosza Konopki jest obrazem kameralnym i klimatycznym. Dobrze w filmie wyglądają efekty wizualne, montaż, nieźle wklecone w fabułę są retrospekcje z dzieciństwa głównego bohatera. Ale nie kwestie techniczne są największym atutem filmu, co sposób przedstawienia relacji ojciec-syn. Nie ma w nich sztuczności, nadmiernego eksploatowania uczuć, pustych słów, gestów znanych z seriali. Jest oszczędność, rozumienie się bez słów, są wreszcie czyny świadczące o silnej więzi głównych bohaterów (chociażby to, że Tomek ciągle wraca do ojca, a ten w pewnym momencie, pomimo swojego szaleństwa, decyduje się na daleką podróż do syna). Tak dobrze ukazana więź nie byłaby możliwa bez świetnej gry Krzysztofa Stroińskiego i Marcina Dorocińskiego, gdzie szczególnie ten pierwszy pokazuje, że jest aktorem genialnym.

Konopka daje spore pole do wyobraźni i interpretacji. W filmie nie została wyjaśniona, skąd tak naprawdę się wzięła choroba psychiczna ojca. Czy to kwestia dziedziczności, stresu, czy też może czegoś innego? Nie wiadomo. Zagadkowa jest także rola matki, która pojawia się tylko na chwilę i w zasadzie jej kontakt z synem jest raczej słaby. Zresztą w ogóle kobiety w filmie stanowią jakby tło dla głównych bohaterów. O matce wiadomo tylko to, że odeszła od swojego męża. A żona Tomka stoi z boku i nawet nie zna jego ojca. Nie rozstrzygnięta zostaje również sprawa tego, czy szaleństwo ojca nie będzie przekleństwem syna i czy przypadkiem choroba Wojciecha nie pochłonie również Tomka. Bo to właśnie lęk przed chorobą będzie największą udręką syna w przyszłości i obawa czy jego dziecko nie będzie również obciążone tą fatalną spuścizną. W każdym razie jeśli ktoś lubi szereg wątpliwości i niedomówień, to na pewno będzie zadowolony po obejrzeniu tego filmu.

Dawno też nie byłem świadkiem tak hipnotyzującego zakończenia. Sytuacja, kiedy pojawiają się już napisy na ekranie, a wszyscy zgromadzeni widzowie siedzą cały czas w fotelach i rozmyślają, jest raczej niespotykana w dużych kinach. Film nie kończy się happy-endem, ale nie mam też po jego obejrzeniu poczucia totalnej beznadziei. Obraz Konopki nie jest wybitny (nieco nuży w połowie), jest też trudny w odbiorze, bo jest nieschematyczny i nieprzewidywalny, ale myślę, że każdy kto go obejrzy, będzie poruszony. Dawka tak szczerych i prawdziwych emocji zdarza się niezwykle rzadko w polskim kinie.