"Ziarno prawdy" to kolejna, po niezbyt udanej odsłonie "Uwikłania", w reżyserii Jacka Bromskiego, próba sfilmowania kryminałów Zygmunta Miłoszewskiego. W "Uwikłaniu" popełniono dwa przestępstwa: nie wiem z jakich względów, wspaniale stworzoną postać prokuratora Teodora Szackiego zastąpiono mdłą Agatą Szacką (Maja Ostaszewska), a osadzoną w Warszawie akcję przeniesiono, również bez widocznej przyczyny, do Krakowa. Pełna nadziei pokładanej w Borysie Lankoszu (reżyserze) i w Robercie Więckiewiczu (odtwótrcy roli Szackiego) postanowiłam uwierzyć, że proza Miłoszewskiego jest jednak dobrym materiałem na film kryminalny.
Pierwszą zdecydowaną, pozytywną różnicę dostrzegam w prokuratorze Szackim. Znów niezawodny, wiarygodny i potrafiący idealnie wcielić się w rolę Więckiewicz, pokazuje nam Szackiego rodem z książki. Po raz kolejny, po choćby "Wymyku" i "Pod Mocnym Aniołem" udowadnia w moich oczach, że jest świetny w swoim fachu. Kolejny atut filmu to oddanie mrocznego klimatu wydarzeń i atmosfery miejsca akcji. Nikt na siłę tym razem nie przenosi fabuły do innego miasta, a Sandomierz zyskuje nowe oblicze. Zamiast wizji słonecznego miasteczka rodem z Ojca Mateusza, poznajemy miasto z mroczną przeszłością, która odcisnęła na jego mieszkańcach tak wielkie piętno, że miasto do dziś spowite jest szara mgłą. Udaje się również Lankoszowi obrazem, a Więckiewiczowi grą oddać dowcip i lekkość pióra Miłoszewskiego.
Nie wiem, jak się ogląda film, nie znając książki, czy wątek kryminalny wciąga widza, czy zagadka zostaje rozwikłana w satysfakcjonujący sposób. Ja mam wrażenie, że sporo interesujących w książce wątków zostaje pominiętych. Wiem, że film nie musi być wierny książce, ale brakuje mi w nim wielu istotnych dla rozwiązania sprawy faktów. Kolejne kadry to skakanie z jednego wydarzenia do drugiego, co w całości sprawia, że według mnie strona kryminalna scenariusza kuleje.
Można też rzec, że "Ziarno prawdy" to takie "one man show". Mimo sporej plejady gwiazd, świeci tylko Więckiewicz, a za nim długo długo nikt. Nie jest chyba wina aktorów lecz scenariusza, który na zbyt wiele im nie pozwala. Niby nic nie można zarzucić grze doświadczonych aktorów, jak Jerzy Trela czy Krzysztof Pieczyński, ale też nic z ich ról nie zapadnie w pamięć. Pomimo bardzo ciekawej postaci w książce Jerzego Szyllera, odtwórca postaci - Andrzej Zieliński - w zasadzie pokazuje się tylko na chwilę. Fatalna jest za to Aleksandra Hamkało, wcielająca się w Klarę, dziewczynę-kochankę Szackiego, nudną, nijaką i zrzędzącą. Pominięty zostaje kluczowy romans prokuratora, na rzecz zbędnie rozbudowanego wątku Klary.
Nie jest łatwo obejrzeć ostatnio dobry, polski kryminał. Jeśli ktoś ma wybrać między kinowym "Ziarnem prawdy" a książką, zdecydowanie rekomenduję książkę. Jest ona świetnym, wciągającym kryminałem. Nie można tego do końca stwierdzić o filmie. Natomiast tym, którzy pochłonęli wszystkie części przygód Szackiego polecam obejrzenie Więckiewicza w akcji. Rzadko bowiem zdarza się, żeby tak dobrze oddać na ekranie postać z powieści.
Kryminał jest od wielu lat bardzo zaniedbanym gatunkiem filmowym w Polsce i nie pamiętam, kiedy ostatni raz widziałem u nas jakiś film z tego rodzaju. Za "Uwikłanie" wzięli się nie lada fachowcy na polskim podwórku. Reżyserią zajął się Jacek Bromski (mający już doświadczenie w kinie sensacyjnym - pamiętne "Zabij mnie glino"), a o warstwę fabularną zadbał sam Juliusz Machulski, który przełożył powieść Zygmunta Miłoszewskiego na język filmowy. Co wyszło z działań tego duetu?
Zaczyna się od mocnego uderzenia. Już na początku mamy brutalne morderstwo (szpikulec w oku Krzysztofa Globisza - tego jeszcze w polskim kinie nie było). Za rozwiązanie sprawy biorą się - niedoświadczona pani prokurator Agata Szacka (Maja Ostaszewska) i doświadczony w śledztwach i w drinkowaniu komisarz Smolar (Marek Bukowski). Smaczkiem dodatkowym jest to, że główni bohaterowie znają się z przeszłości, co ma później swoje konsekwencje fabularne.
Film od samego początku ogląda się nieźle. Jeśli przymkniemy oko na pewne niedorzeczności (np. pani prokurator nawet w trakcie zwykłego niedzielnego spaceru z rodziną chodzi w obcisłych sukienkach i wysokich szpilkach), częste, przez co irytujące, najazdy kamerą na widoki Krakowa z lotu ptaka, czy oczywisty brak chemii pomiędzy Ostaszewską i Bukowskim (znacznie lepiej ta dwójka wypada w relacjach z innymi aktorami), to mamy przede wszystkim dosyć logicznie opowiedzianą historię, która wykracza poza ramy zwykłej intrygi kryminalnej. Pojawia się bowiem wątek esbecji i IPN. Na szczęście jest on umiejętnie wpleciony w intrygę i dosyć taktownie poprowadzony. Podobały mi się dwa momenty w trakcie tego wątku. Rozmowa archiwisty IPN (granego przez Adama Woronowicza) z naszą dzielną panią prokurator odnośnie problemu ujawniania i nieujawniania teczek - pokazuje dwa różne stanowiska w tej sprawie. No i sama rozmowa Szackiej z wszystko wiedzącym o archiwach IPN - Wenzelem (znowu świetny, pomimo krótkiej roli, Krzysztof Stroiński) na temat... Stanisława Barei, również może podzielić widzów.
Niejednoznaczne zakończenie pozostawia pewne niedopowiedzenie, ale nie chcę nic więcej pisać. Przedstawiony w filmie tzw. "układ" trzyma się mocno. Dawni esbecy są aż tak bezkarni, że trzeba się posługiwać ich metodami, aby ich wyeliminować. I jedyną szansą na walkę z nimi jest krwawy odwet, a nie legalne, prawne działania. Smutna to konkluzja.
Moja ocena filmu nie byłaby jednak aż tak wysoka, gdyby nie Andrzej Seweryn. Aktor ten dotychczas kojarzył mi się z rolami szlachetnych intelektualistów. Tymczasem tutaj gra zepsutego do szpiku kości esbeka, który jest gotów do największych podłości. Jego monolog do Krzysztofa Pieczyńskiego (bardzo dobra rola) w parku odnośnie "migdalącej" się młodej pary jest rewelacyjny. Można go porównać do kultowego już fragmentu z "Rejsu" i wywodu inżyniera Mamonia na temat kondycji polskiego kina. Chociażby dla niego warto ten film obejrzeć.