poniedziałek, 15 grudnia 2014

Mów mi Vincent ****

Nieznany raczej Theodore Melfi podjął się stworzenia scenariusza i wyreżyserowania dość oklepanego wątku. Zgorzkniały samotnik Vincent (Bill Murray), przepija albo przegrywa resztki posiadanych pieniędzy. Zbieg okoliczności sprawia, że opiekuje się synem nowej sąsiadki, Olivierem (Jaeden Lieberher), którego rodzice właśnie się rozwodzą. Wizja zarobienia dodatkowego grosza sprawi, że Vin zostanie "niańką" chłopca.

Chociaż Vincentowi daleko do ideału babysittera i początki znajomości z Olivierem dla obu nie są łatwe, bohaterowie nawiążą relację. Na pierwszy rzut oka oschły i ignorujący wszystko dookoła mężczyzna, zainteresuje się problemami chłopca. Olivier, tęskniący za rodzicami (obojgiem, bo mama uciekła od zdradzającego męża, a sama jest wiecznie w pracy), nieakceptowany w nowej szkole, zaciekawi się życiem Vincenta. I tak młody zacznie poznawać starego i uczyć się od niego, zarówno dobrych jak i złych rzeczy...

Film odbieram jako przyjemny, który ma głębsze przesłanie. Melfi porusza w nim takie życiowe wątki jak walka z trudami życia codziennego, akceptację drugiego człowieka, podjęcie próby nieoceniania kogoś powierzchownie zanim nie poznamy z jakimi problemami się boryka - to wszystko powoduje, że widz może się poczuć nieco przytłoczony nadmiarem wątków. Szablonowy morał, że nikt nie jest idealny, ale każdego trzeba rozgryźć i zrozumieć wynika w zasadzie z historii każdego bohatera filmu.

To, co wyróżnia film i sprawia, że zapamiętam go na dłużej to oczywiście Bill Murray. Wspaniale odgrywa wszystkie oblicza swojego bohatera, zarówno w chwilach gdy uśmiecha się do niego los, jak i kiedy cierpi. Lubię Vina, gdy przepełnia go gorycz oraz cynizm i kiedy pokazuje bardziej wrażliwe oblicze, bez względu na to czy jest w danej chwili trzeźwy czy pijany. Zdecydowanie Murray stanowi największy atut filmu i pewnie stworzyłby niejedną dodatkową odsłonę Vina, ale moim zdaniem scenariusz jest zbyt prosty i przewidywalny, żeby aktor mógł w swojej roli pokazać jeszcze więcej.

Kontynuując krytykę scenariusza, nie oceniam filmu jako zbytnio zabawnego, bliżej mi było raczej do łez wzruszenia niż płaczu ze śmiechu. Śmieszne sceny to zasługa głównie Murraya, chociaż nieźle poradził sobie również młody Lieberher. Komediowości dodaje filmowi na pewno Naomi Watts, w roli imigrantki ze wschodniej Europy, ciężarnej "królowej nocy".

"Mów mi Vincent" jest warty obejrzenia, jak wspomniałam głównie dla zobaczenia show Murraya. Film, pomimo że specjalnie nie zachwyca, to ze względu na zawarte w nim przesłanie z pewnością może umilić ponury, zimowy wieczór, zwłaszcza ten przedświąteczny.

wtorek, 25 listopada 2014

Zaginiona dziewczyna ****

Nick (Ben Affleck) i Amy Dunne (Rosamund Pike) to dla wielu osób przykładne małżeństwo, o którym można mówić tylko dobrze. Ona jest wziętą pisarką dla dzieci, on wykłada na uniwersytecie. Ich sielanka zostaje przerwana, gdy w dniu piątej rocznicy Amy znika bez śladu. Nick aktywnie włącza się w poszukiwania żony, nie mając nic do ukrycia. Jednak wszelkie poszlaki wskazują na to, że to on stoi za jej zniknięciem.

Początkowo film Finchera, oparty na powieści Gillian Flynn, ogląda się jak dramat rodzinny, w którym role wydają się być jasno określone. Z retrospekcji przedstawione są ostatnie lata pożycia małżeńskiego państwa Dunne. Najpierw poznajemy parę jeszcze przed ślubem, gdy ich uczucie rozkwita. Wszystko zmienia małżeństwo, wtedy to pojawiają się pierwsze rysy na nieskazitelnym dotąd związku. Z jednej strony mamy zgorzkniałego, coraz częściej uciekającego z domu męża, który źle znosi sukcesy zawodowe żony. Z drugiej strony Amy próbuje ratować swoje małżeństwo, licząc że urodzenie dziecka, o którym myśli, pozwoli odbudować jej związek. Jest zatem wyraźny podział na tego "złego" i tą "dobrą".

Całe szczęście, że reżyser ucieka od banalnego przedstawienia modelu małżeństwa osób nastawionych na dostatnie życie i po powolnym, nieco nużącym początku przystępuje do działania. Akcja filmu nabiera tempa w momencie zniknięcia Amy, a sama intryga kryminalna zaczyna przypominać najlepsze dzieła Alfreda Hitchcocka. Niejednoznaczne postacie, niespodziewane zwroty akcji, sprawiają, że film Finchera przywodzi na myśl najlepsze dzieła Hitchcocka. Reżyser nie skupia się wyłącznie na wątku sensacyjnym. Umiejętnie pokazuje również zjawiska życia codziennego - manipulacje mediów, które z dnia na dzień potrafią zrobić z bohatera - zero lub odwrotnie. Film też dosyć przewrotnie pokazuje życie w toksycznym związku - małżeńskie intrygi i nieporozumienia. Nie brakuje przy tym błyskotliwych dialogów i humorystycznych akcentów, co powoduje, że momentami miałem wrażenie, że mamy do czynienia z czarną komedią.

Ben Affleck gra bardzo solidnie i dobrze oddaje rolę sfrustrowanego męża. Aktor jest jednak w cieniu swojej partnerki filmowej. Pike, myślę że byłaby wymarzoną "chłodną" blondynką dla mistrza suspensu, wspomnianego już przeze mnie, Hitchcocka. Aktorka znakomicie oddaje złożoność swojej postaci i w zależności od sceny świetnie potrafiła zmieniać charakter granej przez siebie postaci. Bardzo dobrze w rolach drugoplanowych wypadli też aktorzy znani bardziej z małego ekranu, czyli Carrie Coon (siostra Nicka), Neil Patrick Harris (dawny kochanek Amy) i przede wszystkim Tyler Perry, który w roli adwokata Tannera Bolta rewelacyjnie pokazał sposób działania adwokata nastawionego na karierę medialną.

Szkoda tylko, że końcówka filmu pozostawiła we mnie pewne poczucie niedosytu. Jego zakończenie nasunęło mi kilka wątpliwości, co do pewnych błędów twórców, które być może były celowym zabiegiem, aby wywołać dyskusję wśród odbiorców. Tym niemniej "Zaginiona dziewczyna" stanowi udaną rozrywkę i wręcz obowiązkowy film dla miłośników "Hitcha".



poniedziałek, 10 listopada 2014

Brud ****

Bohater “Brudu” Jon S. Bairda, Bruce Robertson (James McAvoy) to uosobienie złego policjanta. Koka, wóda i przygodny sex na liście jego priorytetów zawodowych znajdują się zdecydowanie wyżej niż łapanie przestępców. Gdy go poznajemy, obmyśla właśnie plan jak zapewnić sobie awans na wakujące stanowisko inspektora. Próba rozwiązania głośnej sprawy zabójstwa japońskiego studenta wydawałaby się pewnie rozsądnym pomysłem, jednak to nie w stylu Bruca. Jako urodzony polityk spróbuje skłócić i ośmieszyć kontrkandydatów.

Scenariusz “Brudu”, podobnie jak głośnego “Trainspotting” powstał w oparciu o powieść Irvina Welsha. Z filmem Dannego Boyla łączy go osadzenie w szkockiej rzeczywistości, obserwowanej z ironicznym dystansem, frenetyczne tempo, żywe kolory i pierwszoosobowa narracja z naszym “bohaterem” opowiadajacym nam o sobie i swoich planach z offu.

Film zaczyna się jak czarna komedia z żartami przywodzącymi na myśl wczesne filmy Guya Ritchiego. Nasz “bohater” używa życia jak może, realizujac przy tym swój plan awansu. Jednak z upływem czasu pod maską wyluzowanego swojaka coraz wyraźniej widać nieszczęśliwego, chorego człowieka. Pomału wnikamy w głowę Bruca, z każdą chwilą bardziej pogrążającego się w szaleństwie. Gdy na ekranie zaczynają gościć wytwory jego wyobraźni, z torturującą go wizją psychiatry-sadysty (fantastycznie zagranego przez Jima Broadbenta) na czele, film traci lekki ton, ale ani trochę nie zwalnia tempa.

Choć autorzy przemycają między wierszami, że Bruce nie od zawsze był złym człowiekiem, nie są jednak zainteresowani analizą, co doprowadziło go do aktualnego stanu. “Brud” to transowa podróź po rzeczywistości chorego umysłu. Miejscami bardzo zabawna (jak lubi się humor na granicy dobrego smaku), świetnie zagrana - McAvoyowi partneruje śmietanka brytyjskiego aktorstwa z chociażby znakomitym Eddie Marsanem w roli ciapowatego przyjaciela głównego bohatera i zostawiająca widza z niejasnym poczuciem, że wchodząc w buty Bruca samemu się trochę “pobrudził”.