sobota, 28 marca 2015

Teoria wszystkiego ***

Po serii średnio udanych w ostatnim czasie biografii filmowych znanych osób ze świata nauki ("Jobs", "Gra Tajemnic" przyszła pora na genialnego astrofizyka, Stephena Hawkinga.

Reżyser James Marsh (znany najbardziej z oskarowego dokumentu "Człowiek na linie") skupił się na opowiedzeniu historii Hawkinga od momentu jego czasów studenckich na Uniwersytecie w Cambridge, aż po otrzymanie tytułu szlacheckiego od Brytyjskiej Królowej, którego się zrzekł. Przyszły geniusz od początku daje się poznać jako osoba niebanalna, oryginalna, mająca ciekawe teorie dotyczące wszechświata. W międzyczasie Hawking poznaje Jane - studentkę romanistyki, która się w nim zakochuje i niedługo zostaje jego żoną. Jego szczęśliwe życie prywatne i zawodowe zostaje przerwane przez chorobę - stwardnienie zanikowe boczne. Lekarze dają mu dwa lata życia, ale jak widać medycyna potrafi się mylić.

Film skupia się przede wszystkim na pokazaniu życia małżeńskiego Hawkingów, nie unikając jednak pewnych niedomówień dotyczących ich wzajemnych relacji w filmie. Zabrakło mi chociażby głębszego poruszenia kwestii światopoglądowych małżonków - ona katoliczka, on ateista, co powinno nieść ze sobą sytuacje sporne w rodzinie. Podobnie jest z kontaktami Hawkinga ze swoimi dziećmi - w filmie dzieci fizyka są anonimowe (nie kojarzę, żeby się w ogóle odzywały) i w pewnym momencie nawet gdzieś znikają, aby się pojawić dopiero w finałowej scenie. Trudno zatem powiedzieć jak wyglądały ich relacje z ojcem. Mam wrażenie, że twórcy filmu prześliznęli się również po historii Jonathana Hellyera (Charlie Cox), przyjaciela rodziny, którego to wątek był nijaki.

Eddiego Redmayne zacząłem kojarzyć od czasów mdłej roli w "Mój tydzień z Marilyn". Jakby mi powiedziano, że aktor ten cztery lata zdobędzie Oskara za najlepszą pierwszoplanową rolę męską, to uznałbym, że ktoś postradał zmysły. Największym atutem Redmayne’a było fizyczne podobieństwo do Hawkinga. Aktor na pewno nieźle oddał grę gestów charakterystycznych dla fizyka, potrafił pokazać emocje bohatera. Natomiast trudno było oczekiwać od niego, że będzie emanował soczystymi monologami, skoro od połowy filmu jego bohater przestaje mówić. Ogólnie przy tak skonstruowanej postaci jak Hawking myślę, że Redmayne sprostał w roli fizyka. Z kolei Jones zagrała dobrze, chociaż jestem ciekaw na ile w filmie było prawdziwej Jane. Gdyby oprzeć się tylko na tym jak została ona pokazana, to można by było odnieść wrażenie, że to święta kobieta, która rzadko okazywała chwile słabości. A przecież młoda dziewczyna, która musi opiekować się chorym mężem i dodatkowo trójką dzieci miała na pewno zdecydowanie więcej chwil załamań niż było to pokazane w filmie.

"Teoria wszystkiego" to zdecydowanie poziom niżej niż opowieść o innym wybitnym naukowcu Johnie Nashu z "Pięknego Umysłu". Zabrakło przede wszystkim ikry, którą miały postaci z tamtego filmu i wiarygodności, jaką emanowała tamta historia. Wyszła za to schematyczna, mało poruszająca biografia, która raczej nie wnosi nic nowego do naszej wiedzy o Hawkingu.



sobota, 21 lutego 2015

Oskary 2015: Nasze typy

Najlepszy film (typuje Mr. White)

Po paru latach posuchy, ku memu wielkiemu zadowoleniu, w tym roku wreszcie większość filmów nominowanych w tej kategorii całkowicie na to zasługuje. W naszej ankiecie dość wyraźnie prowadzi “Grand Budapest Hotel”, wyróżniłbym jeszcze świetny “Whiplash” i “Snajpera”, które w wielu poprzednich latach należałyby pewnie do faworytów. Mnie osobiście wydaje się jednak, że w wyścigu po statuetkę liczą się naprawdę tylko dwa filmy - “Boyhood” i “Birdman”. Oba znakomite, oba wnoszą do kinematografii coś nowego, oba zasługują by wygrać. Kto wygra? Wydaje mi się, że mimo wszystko “Boyhood”. Richard Linklater już w trylogii “Przed …”, uczynił z przekuwania codzienności w sztukę filmową swój znak firmowy. Jednak realizowany po kilka tygodni w roku przez 12 lat “Boyhood” to przedsięwzięcie bez precedensu. W efekcie powstał przepiękny film o dojrzewaniu, a kto wie może i całkiem nowy gatunek, jeśli kolejni reżyserzy odważą się pójść śladem Liknlatera.

NAJLEPSZY REŻYSER (typuje Mr. White)

Bajkowy, dopracowany w każdym detalu świat “Grand Budapest Hotel” nie powstałby bez niezwykłej wyobraźni Wesa Andersena. Richard Linklater, jak chyba żadny inny twórca filmowy potrafi nadać magie pozornie najzwyczajniejszym momentom i zbudować z nich opowieść angażującą opowieść. Obaj zasługują na Oskara, mnie wydaje się, że wygra jednak
Alejandro González Iñárritu. Birdman to dzieło totalne, którego realizacja wymagała perfekcji technicznej. Oddając hołd teatrowi, pokazał jednocześnie o ile większymi środkami dysponuje kino. Może się okazać, że będzie to nagroda pocieszenia i dla tego filmu/reżysera, który nie zdobędzie tej najważniejszej, ale nie raz zdarzało się przecież tak, że jeden film brał wszystko.

NAJLEPSZY AKTOR PIERWSZOPLANOWY (typuje Mr. Blonde)

O ile poprzedni rok miał zdecydowanego faworyta (Matthew McConaughey był liderem sondażowych spekulacji przedoskarowych i jego wybór nie był niespodzianką), to teraz stawka wydaje się być bardziej wyrównana. Eddie Redmayne udanie wcielił się w rolę Stephena Hawkinga, do złudzenia przypominając naukowca. Angielski aktor Benedict Cumberbatch już od kilku lat pracuje w pocie czoła, aby być nowym Laurencem Olivierem i rolą Alana Turinga na pewno potwierdził swoją klasę. Bradley Cooper przytył aż 18 kilo, żeby zagrać snajpera jednostki Navy Seals Chrisa Kyle’a, dobrze oddając emocje wojenne targające bohaterem. Komik Steve Carrel w "Foxcatcher" zagrał tym razem na poważnie i to z zaskakująco dobrym efektem. Jednak dla mnie najlepszą rolą był występ Michaela Keatona w "Birdmanie". Aktor świetnie połączył tragizm z groteską swojej postaci i momentami przypominał mi Jacka Nicholsona ze swoich najlepszych ról.

NAJLEPSZA AKTORKA PIERWSZOPLANOWA (typuje Ms. Pink)

Moją faworytką jest Julianne Moore. Wcielająca się w rolę pięćdziesięcioletniej Alice, u której, wcześnie jak na jej wiek, zdiagnozowano chorobę Alzheimera, pozostawia pozostałe nominowane aktorki daleko w tyle. Dzięki Moore "Still Alice" jest nie tylko filmem o chorobie i o tym jak reagują i radzą sobie z AD Alice jej najbliżsi. Wspaniała, wiarygodna gra aktorki sprawia, że staramy się zrozumieć co czuje Alice, jakie kolejne stadia swojego schorzenia musi zaakceptować. A jest to trudna i pełna wzruszeń droga zapadania w coraz głębszą chorobę.

NAJLEPSZY AKTOR DRUGOPLANOWY (typuje Mr. Blonde)

Rok temu zasłużenie wygrał Jared Leto. Teraz zwycięzcą może być wyłącznie znakomity J.K. Simmons, który w "Whiplash" zagrał życiową rolę. Pozostałe kandydatury - poza solidnością - niczym szczególnym się nie wyróżniają i trudno mi wyobrazić sobie inne rozstrzygnięcie niż zwycięstwo 60-letniego aktora.

NAJLEPSZA AKTORKA DRUGOPLANOWA (typuje Ms Pink)

Jeśli to nie Boyhood zostanie uznany przez Akademię za najlepszy film ubiegłego roku, to mam nadzieję, że chociaż Patricia Arquette zostanie doceniona. Nie tylko reżyser pracował nad filmem 12 lat, lecz również główni aktorzy, w tym Patricia, wcielająca się w rolę mamy Masona. Przez lata widzimy wspaniałą ewolucję bohaterki, tego jak staje się coraz dojrzalszą kobietą i matką, świadomą swoich wyborów. Równolegle jednak dzięki grze Arquette jej postać jest wkomponowana w prostą, zwykłą historię, na jaką składa się całe 12 lat fabuły filmu.

NAJLEPSZY SCENARIUSZ ORYGINALNY (typuje Ms Pink)

W tej kategorii wybór jest trudny. Ciekawy i świetnie oddający realia współczesnych mediów jest scenariusz "Wolnego strzelca". Ciężko również przejść obojętnie wobec dzieła Iñárritu. Scenariusz "Birdmana" to świetnie skomponowana opowieść o sztuce, o pogoni za sławą, pełna barwnych postaci, w tym głównego bohatera walczącego ze swoim ego. Według mnie jednak statuetkę otrzymać powinien Anderson, gdyż to Grand Budapest Hotel, zapadnie mi w pamięć na długo za sprawą scenariusza, który sprawia że film jest inny niż wszystkie, ogląda się go z zapartym tchem, a najdrobniejsze detale są dopracowane perfekcyjnie.

NAJLEPSZY SCENARIUSZ ADAPTOWANY (typuje Mr. Blonde)

Moim faworytem jest scenariusz do "Whiplash". Damien Chazzele świetnie pokazał dążenie do perfekcji, rewelacyjnie przy tym rozpisując role dwóch głównych bohaterów. Historia opowiedziana w filmie nie trąci hollywoodzkim banałem i na długo zapada w pamięci.

NAJLEPSZE ZDJĘCIA (typuje Mr. White)

Myślę, że jak rzadko w tym roku ta kategoria ma zdecydowanego faworyta. Zdjęcia w “Idzie” są po prostu piękne, w “Grand Budapest Hotel” wystylizowane do perfekcji, ale techniczny majstersztyk jakim jest “Birdman” nie udałby się bez porywających zdjęć Emmanuela Lubezkiego. Jego kamera skrada się po korytarzach, miota od klaustrofobicznych garderób po rozświetloną reflektorami scenę, by za chwilę niczym tytułowy człowiek ptak wyfrunąć przez okno na dach teatru, wszystko to w jednym ciągłym ujęciu. Mistrzostwo.

piątek, 13 lutego 2015

Carte Blanche ***

Kacper (Andrzej Chyra), nauczyciel historii w lublińskim liceum, dowiaduje się, że w wyniku choroby będzie tracił stopniowo wzrok. To dla niego prawdziwa tragedia, szczególnie że chwilę wcześniej pochował swoją matkę, a sam jest kawalerem i nie ma bliskiej rodziny. Mężczyzna będzie musiał sobie poradzić nie tylko z postępującą ślepotą, ale również z ukrywaniem prawdy przed pracownikami szkoły oraz uczniami.

Nauczyciel, początkowo załamany chorobą, chce nawet popełnić samobójstwo. Sił do życia doda mu otrzymanie wychowawstwa w klasie maturalnej. Jako urodzony pedagog zrobi wszystko, by jak najlepiej przygotować uczniów do egzaminu dojrzałości. Bohater grany przez Chyrę robi się bardziej otwarty na świat, na drugiego człowieka, jest skory do pomocy innym. Przemiana Kacpra jest dosyć wiarygodnie przedstawiona, ale inne wątki poboczne mocno kuleją.

Film jest bowiem bardzo nierówny. Z jednej strony mamy dobrze pokazaną męską przyjaźń pomiędzy Kacprem a jego kumplem Wiktorem (niezła rola Arkadiusza Jakubika), który jako jedyny wie o jego chorobie. Wiktor jest z Kacprem na dobre i na złe, ale nie roztkliwia się nad nim, za to pragmatycznie mu doradza. Z drugiej strony mamy nieudany wątek miłosny głównego bohatera z Ewą (Urszula Grabowska), jakby wzięty żywcem z seriali telewizyjnych. Podobnie jest niestety z pokazaniem współczesnej młodzieży. Pomimo dobrej gry młodych aktorów (Tomasz Ziętek i Eliza Rycembel) - ich wątek jest "poszarpany" i banalnie zakończony. To co mnie również nie przekonało do końca w filmie to kwestia fenomenu Kacpra wśród uczniów. Z fabuły nie wynika dlaczego jest on tak lubiany przez klasę i czemu uczniowie są nim aż tak zachwyceni.

Plusem filmu jest za to na pewno rola Doroty Kolak, która jakby była urodzoną dyrektorką szkoły (przynajmniej ja tak sobie wyobrażam najwyższą władzę w szkole). Sam Chyra gra dobrze, chociaż na pewno nie jest dla mnie aż tak przekonujący w roli wrażliwego nauczyciela historii jak w roli cynicznych łajdaków, z których znamy go najlepiej i nie rozumiem zachwytów nad jego grą.

Atutem filmu są zdjęcia Witolda Płóciennika, który pokazał Lublin w sposób naturalny bez sztucznych upiększeń. Pewne zabiegi kamerą (jak chociażby widok pędzącego trolejbusa z góry) są ciekawe i mogą się podobać. Dobrze też pokazana jest stopniowa utrata wzroku przez Kacpra - jego widzenie przez mgłę, rozmazane obrazy.

Lusiński zrobił poprawny film o zwycięstwie siły woli nad chorobą. Zabrakło mi w nim jednak jakiejś większej głębi, zaskoczenia, które spowodowałoby, żebym poczuł się wbity w fotel. Wyszedł film krzepiący na duchu, ale do bólu przewidywalny.