środa, 16 lipca 2014

Tajemnica Filomeny ****

Filomena Lee (Sophie Kennedy Clark), religijna Irlandka, w bardzo młodym wieku zachodzi w ciążę z przypadkowym mężczyzną. Ponieważ mowa tutaj o latach 50. XX wieku, Filomena ciężko pracuje za murami klasztoru, gdzie obowiązują zasady rygorystycznej dyscypliny, w zamian za dach nad głową i opiekę nad synkiem. Wkrótce matka zostaje oddzielona od chłopca, siostry zakonne oddają dziecko do adopcji, a Filomenie pozostaje po synku jedynie fotografia. Bohaterka, w dniu przypadającym na 50 urodziny syna, jako starsza już kobieta (Judi Dench), postanawia odnaleźć dziecko i ujawnić światu swoją historię. Wsparcia w poszukiwaniach oraz opisania losów matki i jej dziecka podejmuje się zwolniony z pracy dziennikarz polityczny, Martin Sixmith (współscenarzysta, Steve Coogan).

Filomena i Martin reprezentują dwa odrębne światy. Spokojna, starsza pani, trwająca w wierze w Boga, pomimo tragedii jaka ją spotkała, znajduje wspólny język z młodszym dziennikarzem, który stracił wiarę. Początkowo Martin nie jest zainteresowany napisaniem książki obyczajowej, jednak z czasem angażuje się emocjonalnie w historię Pani Lee i jej syna.

Losy Filomeny są oparte na prawdziwej historii, a fakt, iż jest ona jedną z wielu, sprawia, że dramat jest bardzo poruszający. Oglądając film nie mogłam pogodzić się, z cierpieniem na jakie skazywane były młode dziewczyny, w świecie, w którym dobro matki i dziecka było mniej ważne niż opinia otoczenia i "hańba" jaką niosło za sobą nieślubne poczęcie dziecka. Praktyki sióstr zakonnych budzą bardzo negatywne emocje, jednak zasady, jakimi kieruje się Filomena (świetnie zagrana przez Judi Dench), w zestawieniu z ateizmem Martina, sprawia, że staram się zrozumieć silną, aczkolwiek wystawioną na ciężką próbę, wiarę bohaterki. Oczywiście współczucie i wzruszenie, które towarzyszy w kolejnych kadrach filmu, sprawia, iż oczekuję na zadośćuczynienie i ukaranie osób odpowiedzialnych za krzywdy wyrządzone młodym dziewczynom i ich rodzinom.

Film poddaje pod rozwagę postrzeganie świata i relacji międzyludzkich przez osobę wierzącą i ateistę. Krytykuje pewne praktyki religijne, jednocześnie przeciwstawiając pokorę, tolerancję i przebaczenie cechujące Filomenę z gniewem i sceptycyzmem Martina. "Tajemnica Filomeny" zachowuje przy tym idealne proporcje - z tą samą intensywnością ściska za gardło wzruszając, rozbawiając zarazem specyficznym humorem. Rodzi gniew, ale daje nadzieje. Dodając do tego wspaniałe kreacje aktorskie i scenariusz, otrzymujemy bardzo dobre brytyjskie kino.

sobota, 12 lipca 2014

Grand Budapest Hotel ****

Najnowszy film Wesa Andersena ma konstrukcję matrioszki. Widzimy świat oczami młodej czytelniczki, pochłaniającej książkę napisaną przez nieżyjącego już autora. Razem z nią przenosimy się do roku 1986, by posłuchać jak ów autor opowie nam historię swojego pobytu z 1968 roku w położonym gdzieś w Alpach, podupadłym po nastaniu komunizmu, tytułowym hotelu Grand Budapest. W jego trakcie udało mu się namówić na zwierzenia tajemniczego właściciela hotelu, pana Moustafe. Słuchając jego opowieści o tym jak wszedł w posiadanie Grand Budapestu, lądujemy w końcu w roku 1932, w fikcyjnej republice Zubrowka, gdzie rozgrywa się właściwa akcja filmu.

Wtedy to młody Moustafa Zero (debiutujący na ekranie Tony Revolori), emigrant z bliskiego wschodu, zostaje boyem hotelowym i trafia pod skrzydła rządzącego niepodzielnie Grand Budapestem konsierża pana Gustave (Ralph Fiennes). Pan Gustave ma szczególne upodobanie do starszych kobiet. Jak sam to określa lubi "stare, bogate, próżne i blond". Czy jest to kwestia gustu, czy zwykła kalkulacja finansowa, nie jest do końca jasne, ale po śmierci jednej z jego kochanek Madame D. (Tilda Swinton) okazuje się, że dostał w spadku niezwykle cenny obraz. To oczywiście bardzo nie spodoba się synowi Madame D. (cały w czerni Adrien Brody), i spowoduje, że od tej pory Gustave będzie mieć na karku jego cyngla (wyglądający groźnie jak zawsze Willem Dafoe), który nie zawaha się przed niczym, by odzyskać płótno...

Świat "Grand Budapest Hotel" dopracowany jest w najmniejszych detalach. Kostiumy, scenografie, każdy kadr wszystko jest perfekcyjne i podporządkowane spójnej, kompletnej wizji twórcy o wyrazistym stylu, świadomego, wiedzącego dokładnie, co chce osiągnąć. Ożywia on na filmowej kliszy ducha świata, który odszedł, Europy Środkowej sprzed II wojny światowej. I choć jak zaznacza historia jest inspirowana twórczością Stefana Zweiga (austriackiego pisarza, portretującego tamtą rzeczywistość, który popełnił samobójstwo w proteście przeciw hitleryzmowi), to jednak wbrew temu co myślą niektórzy krytycy nie wydaje mi się by o wierny portret tamtej rzeczywistości Wesowi Andersenowi chodziło. Świadczyć może o tym sposób narracji - każdy z opowiadających zawsze, nawet nieświadomie, dodaje coś lub odejmuje od historii. To, co widzimy na ekranie to przedwojenna Europa widziana przez pryzmat kultury. To co w bogatej i plastycznej wyobraźni Wesa Andersena namalowali twórcy opowiadający o tamtych czasach, niekoniecznie nawet będący ich świadkami. "Grand Budapest Hotel" można by uznać za swoisty, filmowy hołd dla nich.

Formalnej perfekcji filmu dopełniają doskonałe kreacje aktorskie, przede wszystkim świetnego Ralpha Fiennesa w roli głównej, ale też całej plejady gwiazd w rolach drugo, czy nawet trzecio planowych (że wspomnę tylko Harvey Keitela, Edwarda Nortona, Billa Murray, czy Jude Law). Historia sama w sobie jest mieszaniną lekkiej komedii, która wywołuje raczej uśmiech na twarzy widza niż salwy śmiechu i umiarkowanie emocjonującego kryminału w starym stylu. Tlący się gdzieś w tle rosnący w siłę faszyzm i później komunizm, dodają trochę rysów dramatycznych, ale jest to raczej dalekie tło. Powiedzenie, że "Grand Budapest Hotel" jest świetnym przykładem przerostu formy nad treścią byłoby przesadą, ale nie zmienia to faktu, że przynajmniej dla nas wiedzących cokolwiek na temat historii Europy, piękne dekoracje to główny atut tego filmu.



sobota, 7 czerwca 2014

Non stop *****

Bill Marks (Liam Neeson) tępo wpatruje się w krople deszczu, spływające po szybie jego jeepa zaparkowanego gdzieś w pobliżu lotniska. To co maluje się na jego twarzy można by nazwać mieszaniną zmęczenia i cierpienia. Gdy po chwili zorientuje się, że czas nagli, przyprawi swoją kawę solidną porcją whiskey, wymiesza całość szczoteczką do zębów i ruszy do pracy. Jest on powietrznym szeryfem. Funkcjonariuszy tych wprowadzono po zamachach z 11 września. Podróżując po cywilnemu maja zapewnić bezpieczeństwo w trakcie lotu. Choć myśli Billa ciągle uciekają gdzieś indziej, po drodze do samolotu wyłowi kilku potencjalnie podejrzanych pasażerów, doda otuchy podróżującej samotnie dziewczynce. Gdy już da pozwolenie do startu (których o zgrozo się boi), samolot znajdzie się w powietrzu i ponownie zacznie pogrążać się w czarnych myślach, na jego służbowy telefon zaczynają przychodzić wiadomości od szantażysty. Jeśli nie dostanie 150 milionów dolarów, co 20 minut ktoś na pokładzie będzie ginął...

Tak jak pisał Mr. Blonde w recenzji "Połączenia" niewiele rzeczy tak dobrze służy podniesieniu napięcia jak ograniczenie przestrzeni akcji i wywołane przez to poczucie klaustrofobiczności. 97% filmu rozgrywa się na pokładzie samolotu znajdującego się nad oceanem i reżyser Jaume Collet-Serra umiejętnie sprawia, że z każdą minutą wydaje nam się on mniejszy i mniejszy. Producenci nie żałowali pieniędzy i na ekranie pojawia się wiele znanych twarzy. Neesonowi towarzyszą między innymi Julianne Moore, Scoot McNairy, Michelle Dockery, Nate Parker, Corey Stoll, czy zdobywczyni Oskara za "Zniewolonego" Lupita Nyong'o. Co najważniejsze każda z postaci jest istotna dla fabuły i umożliwia twórcom, tak lubianą przez miłośników kryminałów, zabawę z widzem w "kto jest kim". Razem z Billem Marksem miotamy się po samolocie, próbując rozwikłać tą zagadkę, a zegar wciąż tyka tik-tak, tik-tak...

Neeson (w rolach twardzieli na życiowym zakręcie dorównać mu może chyba tylko Nick Nolte), jak udowadniał to już w ostatnich latach nie raz, odnajduje się w gatunku action-thriller znakomicie. Choć historia może nie jest najbardziej realistyczna, to osobiście w kinie gatunkowym zdecydowanie wolę taką fikcję niż "prawdziwe historie" w stylu mocno naciąganego "Pain & gain". Najważniejsze, że wspaniale grając napięciem, twórcy nie pozwalając nam na przesadnie długie analizowanie prawdopodobieństwa zdarzeń. Gdy w końcu ono opadnie, jakieś dwie minuty przed końcowymi napisami, nie ma to już większego znaczenia. "Non stop" to kino klasy B, ale naprawdę świetne.

Jeszcze taka dygresja na koniec, że ten film (podobnie zresztą jak "Lot", który otwierająca sekwencja od razu przywodzi na myśl), świetnie obrazuje jak wiele ryzykujemy powierzając codziennie nasze życie w ręce przeróżnych funkcjonariuszy. Kierowcy autobusów, piloci, policjanci, lekarze. Zwykli ludzie, niekoniecznie z powołaniem, czasami jak Bill Marks z problemami, z którymi sobie nie radzą. Chociaż w sumie, może lepiej o tym nie myśleć... A i nie oglądajcie trailera, delikatnie mówiąc zdradza zdecydowanie za dużo.