To film w jakimś stopniu biograficzny. Żona reżysera, Magdalena Prokopowicz zmarła na raka. W trakcie choroby założyła Fundację Rak’n’Roll, fundacja działa do dzisiaj.
Lena decyduje się, że nie przerwie ciąży: toczyć walkę z rakiem jest trudno, ale toczyć walkę z rakiem będąc w ciąży jest jeszcze trudniej. Udaje się, w tym znaczeniu, że Lena rodzi zdrową córeczkę.
Choroba staje się czarną dziurą, która wchłania wszystko, łącznie z czasem. Czasu jest coraz mniej, pojawiają się interwały: szpital, dom, szpital.
Schuchardt gra przekonywująco. Zapalczywy, zawzięty, bierze życie takim jaki ono jest. Agnieszka Żulewska udźwignęła ciężar pokazania drogi krzyżowej z chemicznymi stacjami. Rozczarowuje Danuta Stenka jako lekarz prowadząca Lenę. Nie wchodzi się dwa razy do tej samej rzeki. Stenka zagrała już w "rakowym" filmie o siatkarce Agacie Mróz: "Nad życie". W obu filmach zagrała onkologa, który za maską surowości kryje serce nadwrażliwca. Ten sam zestaw min i gestów pani doktor może mocno zirytować.
Czegoś brakuje w tym filmie. Plakaty reklamy filmu zalepiające przystanki chyba zapowiadały coś większego. Spodziewałem się traktatu o miłości, ciągu subtelnych obrazów, głębi, wzniesienia wielkiej katedry, w której miłość zwycięża śmierć. Obejrzałem zbity z desek, momentami zgrabny domek. Czekam na film "rakowy". Subtelna gra światła słonecznego będzie przechodzić przez okna budynku przy Roetgena i Pileckiego…