wtorek, 9 lipca 2013

Życie Pi ****

Film Anga Lee to historia oparta na podstawie książki Yanna Martela, opowiadająca o 16-letnim Pi Patelu (Suraj Sharma), który wyrusza w podróż morską wraz z rodziną z Indii do Kanady. Na statku przechowywane są zwierzęta. Gdy dochodzi do jego zatopienia, młodemu bohaterowi udaje się przetrwać na szalupie pośrodku Oceanu Spokojnego wraz z tygrysem o nietypowym imieniu Richard Parker, orangutanem, zebrą i hieną. Od początku filmu wiemy, że chłopak przeżył tą eskapadę, bowiem Patel jako dorosły już człowiek opowiada swoją historię, szukającemu inspiracji, początkującemu pisarzowi.

"Życie Pi" od początku zachwyca stroną wizualną. Zróżnicowane barwy i kolory roślinności, zdjęcia, efekty specjalne - robią wielkie wrażenie, a komputerowo stworzone zwierzęta wyglądają jak żywe i nie dziwię się, że jego twórcy zgarnęli najważniejsze techniczne statuetki (oskary m.in. za efekty specjalne i zdjęcia). Warto zwrócić też uwagę, że film trochę czerpie z innych produkcji. Tonięcie statku przypomina sceny z "Titanica", są też pewne elementy przygodowe jak z "Cast Away". Pod względem rozmachu wygląda to jak perfekcyjna gra komputerowa i na pewno przebija w sposobie realizacji wspomniane przeze mnie produkcje.

Ang Lee porusza w swoim obrazie wiele wątków. Przede wszystkim na przykładzie Pi pokazuje, czym jest świadectwo wiary. Reżyser zadaje pytanie czy istnieje Bóg i czy pomimo przeciwności losu człowiek nie straci wiary. Pokazuje jak sobie radzić z samotnością i że główny bohater właśnie dzięki wierze poradził sobie w trudnej sytuacji. Na przykładzie przyjaźni z tygrysem uświadamiamy sobie, że tyle ile z siebie dasz, tyle zostanie ci zwrócone. Pi dba o Richarda Parkera, a ten ratuje mu później życie. Inny ciekawy wątek to sposób przedstawienia głównych bohaterów. Rodzina Pi to wegetarianie, przez to mają czystą duszę i są dobrymi ludźmi. Ciekawie w tym zestawieniu wypada na statku ich konfrontacja z kucharzem (kilkuminutowa rola Gérarda Depardieu - jak się później okaże - bardzo ważna dla fabuły), który jako osoba mięsożerna jest pokazana w sposób odrażający i negatywny. Nie do końca taki podział mnie przekonał, a już na pewno nie skłonił do porzucenia mięsa. Najbardziej wymowne w filmie jest jednak to, jak zachowanie zwierząt można odnieść do ludzkich postaw. I tak mordująca w szalupie inne zwierzęta hiena to "mięsożerny" kucharz, a opiekuńcza szympansica, to nie kto inny jak symbol troskliwej matki. Trzeba przyznać, że zostało to świetnie pokazane przez reżysera.

Aktorsko "Życie Pi" wygląda nieźle. Dojrzale gra Sharma, a Khan - wcielający się w jego postać kilkadziesiąt lat później - emanuje spokojem i ciepłem. Plusem obsady jest też to, że aktorzy grajacy Patela są do siebie podobni i przez to bardziej wiarygodni. Dlatego myślę, że Lee dobrze zrobił, że w ostatniej chwili zrezygnował z Tobey'ego Maguire'a w roli dojrzałego Patela, bowiem śmiesznie by to wyglądało, gdyby młody Hindus stał się nagle Amerykaninem.

Pomimo zawartych wielu ciekawych aspektów i motywów film potraktowałem bardziej jaką ładną bajkę z morałem, a nie jako historię, po obejrzeniu której mój światopogląd uległby jakimkolwiek zmianom, czy też stałbym się po nim mądrzejszy. Na pewno jednak doceniam bajkowy świat przedstawiony przez Lee i urokliwość filmu, chociaż wolę opowieści, które jestem w stanie bardziej odnieść dla siebie.


wtorek, 2 lipca 2013

Iluzja ****

Należę do osób, które w zdolnościach paranormalnych zawsze będą doszukiwać się szachrajskich sztuczek, a magików uznawać za dobrych obserwatorów i psychologów. "Iluzja" przekonuje nas, że magia to tylko triki, a im bliżej znajdujemy się czarodziejskich wydarzeń, tym łatwiej nas oszukać.

I tak czworo magików: J. Daniel Atlas (Jesse Eisenberg), Merritt McKinney (Woody Harrelson), Henley Reeves (Isla Fisher) i Jack Wilder (Dave Franco) kantuje nie tylko nas przed ekranem, ale całą publiczność swojego przedstawienia w Las Vegas, a także FBI i Interpol. Za sprawą czarodziejskich sztuczek bohaterowie napadną na bank i rozdadzą pieniądze widowni. Na nic zdadzą się wysiłki organów ścigania. Ani sceptycznie nastawiony do magii pracownik FBI Dylan Rhodes (Mark Ruffalo), ani próbująca ją zrozumieć, przydzielona do śledztwa przedstawicielka Interpolu Alma Dray (Melanie Laurent), nie będą mogli udowodnić, że nie poprzez czary, lecz wykonując całkiem normalny przekręt magicy popełnili przestępstwo.

Udana kompozycja efektów specjalnych, gra świateł i wciągające sztuczki magiczne sprawiają, że film ogląda się jak bardzo dobre show. Mimo mojego sceptycyzmu dałam się ponieść czarom i hipnozie, aby potem z napięciem wyczekiwać rozwiązania zagadkowych zdarzeń. Całe szczęście, że większość z nich została wytłumaczona w racjonalny sposób i film, nie okazał się baśnią z 1001 nocy, ani kryminałem-fantasy. Niestety niektóre wyjaśnienia "czarów" były zbyt naiwne, jak na poziom dokonanego oszustwa (np. wyczyszczenie konta milionera poprzez podanie hasła w stylu "nazwisko panieńskie matki").

Nie pochłaniałabym kolejnych zdarzeń z takim entuzjazmem, gdyby nie świetna gra czarodziejów. Szczególne uznanie należy się Eisenbergowi i Harrelsonowi, którym udało się stworzyć kreacje zarówno wiarygodnych, jak i dających się polubić, a przy tym przezabawnych, magików. Do tego niemały wkład do filmu wnieśli weterani kina - Freeman i Caine - których tajemnicze role nadały scenariuszowi "Iluzji" charakter.

Niestety wszystko co dobre szybko się kończy, a zakończenie przynosi rozczarowanie... Kiedy film rozkręca się i poprzez kolejne czary-mary, zaskakuje i ekscytuje, to ostatni wielki skok sprawia zawód. Zakończenie jest co prawda mocno zaskakujące, sprawdza się początkowa teza, że nabieramy się na "czary", gdyż najtrudniej dostrzec oszustwo gdy bacznie przyglądamy się magikowi. W końcówce całkiem ciekawy i trzymający w napięciu pościg funduje nam Dave Franco. Po nim powstaje oczekiwanie, że to najciekawiej zbudowane postacie (Eisenberga i Harrelsona) zaprezentują na koniec najbardziej intrygujące sztuczki. Jednak wzmożony apetyt nie zostaje zaspokojony, ostatni trick bowiem, pomimo zapowiadanego wielkiego show, jest słabszym występem niż poprzednie. A rozwiązanie głównej zagadki jest tandetne i niestety pozostawiło niesmak.

Jeszcze w sali kinowej dawałam "Iluzji" pięć gwiazdek i tak by pozostało, gdyby zakończenie nie popsuło dobrego wrażenia wywołanego przez resztę filmu. Po namyśle uważam, że "Iluzja" prezentuje porządne kino. Niezły pomysł na film, szybka akcja, mocne show i dobra gra aktorska ratują nie do końca udany scenariusz. W zestawieniu z "Prestiżem" film jest bardziej nastawiony na rozrywkę niż głębokie przemyślenia, ale i tak warto go obejrzeć.


niedziela, 30 czerwca 2013

Spring Breakers *

Zbliżają się letnie ferie ("spring break" - zwyczajowa, dwutygodniowa przerwa w roku szkolnym i akademickim w USA) i czwórka niezbyt grzecznych koleżanek zrobi wszystko, by choć na chwilę wyrwać się z szarej rzeczywistości bliżej niezidentyfikowanej amerykańskiej prowincji...

Reklamowany jako ukazujący niegrzeczną stronę młodych gwiazdek Disneya (Vanessy Hudgens i Seleny Gomez), głośny film Harmonego Korine od pierwszych kadrów rozbudził mój apetyt. Transowy rytm, nietypowa narracja kojarzyły mi się z takimi filmami jak "Reqiem dla snu", "Urodzeni mordercy", czy "Dzikość serca". Półtorej godziny później (choć miałem odczucie, że straciłem minimum trzy) z apetytu pozostał jedynie niesmak, ból głowy i poczucie straconego czasu. Ale po kolei.

"Spring breakers" właściwie nie ma fabuły. To znaczy, niby ma (cała mieści się w trailerze pod tekstem), ale widziałem reklamy proszku do prania o gęstszej intrydze. Cały film zbudowany jest z klisz programów i teledysków lecących w stacjach typu MTV. Imprezy, cycki, gangsterka, zachody słońca, więcej imprez, więcej cycków, więcej zachodów słońca. I tak bez końca. Wszystko to opatrzone lecącymi z offu "głębokimi" przemyśleniami młodych niewiast, w których słówkiem klucz jest "niesamowite". O ile przez pierwsze, powiedzmy dwadzieścia minut, wydaje się to interesującym zabiegiem, to z czasem najpierw nuży, potem irytuje, ostatecznie sprawiając, że kompletnie tracimy zainteresowanie tym co dzieje się ekranie. Nie pomaga również, że zamiast postaci obcujemy z popkulturowymi wydmuszkami, które nie są wstanie wywołać w widzu praktycznie żadnych emocji.

Film, przez to że jest tak niemożebnie nudny, daje wiele okazji, by w trakcie próbować nadać sens temu co oglądamy i pocieszyć samego siebie, że czas jednak nie jest tak całkiem stracony. Może autor próbuje nam pokazać jak pusta jest współczesna kultura masowa? Do czego sprowadziła "american dream"? Jak kiepskie wzorce lansuje? Dziewczyny uważają (podobnie jak karykaturalna postać gangstera kreowana przez Jamesa Franco), że wszystko im się należy. Gdzie praca, Bóg, wartości, rodzina? Może chodzi o poszukiwanie własnego ja? Może o młodzieńczy bunt? Ech, jak miło, że przez absurdalne zakończenie, autor rozwiewa te wątpliwości, jakby śmiejąc nam się w twarz, że wytrzymaliśmy tak długo jego bełkotanie oczekując jakiejś epifanii, czy katharsis w końcówce.

Nie uważam, że kino musi być proste w odbiorze. Jest wiele filmów trudnych, które potrafią dać widzowi dużo satysfakcji. "Spring breakers" to nie jest takie kino. To męczący i nudny film (przepraszam Aronofskiego, Lyncha i Stone'a za porównanie z drugiego akapitu), właściwie bez fabuły, który serwuje nam kilka oklepanych banałów jako pocieszenie, że nie skusiliśmy się go obejrzeć, tylko po to by sprawdzić, która z gwiazdek Disneya ma lepsze cycki.