Thomas wyrusza do Włoch by śledzić ostatnie chwile toczącego się procesu. Dość szybko jednak orientuje się, że bardziej od samej sprawy ciekawi go międzynarodowe środowisko reporterów pracujących nad nią, a szczególnie seksowna autorka ksiażki (Kate Beckinsale). Jednak i te rozmowy, po początkowym oburzeniu na manipulacje mass mediów, nie okażą się wystarczającą inspiracją. Podczas gdy produkcyjna strona projektu (ukazana z lekkim przymrużeniem oka) będzie wyrażać coraz większe zniecierpliwienie brakiem postępów prac nad scenariuszem, nasz bohater w towarzystwie przypadkowo poznanej angielskiej studentki (Cara Delevingne) penetruje mroczne zaułki Sieny, umacniając się w przekonaniu, że jedyne co może uratować ten projekt, to mieszanka lektury “Boskiej komedii” Dantego z dużą ilością dostarczanej przez nos kokainy.
Trudno jest opisać strukturę “Twarzy anioła”. Paradokumentalne wstawki mieszają się z powstającymi w wyobraźni Thomasa kadrami przyszłego filmu, jawa z narkotycznym snem. Morderstwo jest tylko punktem wyjścia, jeśli doszukiwać się, co autorzy próbowali osiągnąć, trzeba by się było chyba odwołać do słów bohatera opisującego sens “Boskiej komedii” - podróż człowieka, który pod wpływem wydarzeń (w przypadku Dantego śmierć ukochanej Beatrycze, w przypadku Thomasa rozłąka z córką o tym samym imieniu przez separację z żoną) zagubił swoją drogę w życiu i stara się ją na nowo odnaleźć. Osobiście lubię styl Winterbottoma i seans mi się specjalnie nie dłużył (choć sceny z podskakującą na trawce Elizabeth i recytowanymi z offu fragmentami “Boskiej” to przesada nawet jak na mój gust), ale muszę przyznać, że do specjalnie odkrywczych wniosków odyseja Thomasa niestety nie prowadzi. Autorzy, skacząc z tematu na temat, na żadnym nie koncentrują się wystarczająco, by powiedzieć coś istotnego. Bo że Włochy to piękny kraj, a dobro dziecka powinno być dla rodzica priorytetem, większość ludzi wie bez chodzenia do kina.