Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Clint Eastwood. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Clint Eastwood. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 9 grudnia 2012

J. Edgar ***

Niepopularny w Polsce film biograficzny to historia "ojca" FBI, J. Edgara Hoovera. Podczas nudnych i dłużących się dwóch godzin, widz poznaje niełatwe życie tytułowego bohatera, który za sprawą swojego silnego charakteru, inteligencji, sprytu i determinacji przeobraża się z asystenta prokuratora generalnego w twórcę i Szefa FBI.

Z całą pewnością podziw należy się odtwórcy tytułowej roli Leonadrowi DiCaprio, który nie po raz pierwszy udawadnia swój kunszt aktorski przejawiający się tym, że potrafi się wcielić w kazdą rolę. Gra Hoovera od jego młodości po schyłek życia i potrafi oddać sposób bycia i charakter osoby, która zrobi wszystko by osiągnąć swój cel. Choć Leonardo wygląda bardzo prawdziwie w roli starca, to niestety w przypadku jego filmowego partnera Armiego Hammera charakteryzacja jest totalnie żenująca. Zamiast starego, schorowanego człowieka widzimy karykaturalnie postarzoną postać, która wywołuje śmiech.

Scenariusz skupia się w dużym stopniu, nie tylko na dokonaniach Hoovera, ale również na tym co konstytuuje jego osobowość, czyli uzależnieniu i poporządkowaniu się matce, potrzebie bycia wielbionym, nieuznawaniu sprzeciwu oraz homoseksualizmie, który niewątpliwie stanowi ważny element jego biografii. Nawet w USA, w latach w których Hoover zdobywał władzę, homoseksualizm był społecznie nieakceptowalny i na pewno stanowiłby koniec kariery Edgara na szczeblach kierowniczych FBI. Widzimy zatem jak ciężkie musi być życie osoby, która tłamsi swoje uczucia i pożądanie. Wyparcie pragineń stanowi kolejny dowód na siłę jego charekteru i moc dążenia do celu, którym jest zdobycie władzy. Jednakże z filmu wprost nie wynika czy bohater jest homoseksualistą, czy transwestytą, czy po prostu nie ma pociągu do kobiet, natomiast sceny sugerujące, że zachowanie J. Edgara odbiega od tych, które przyjmowano w czasach jemu współczesnych za normę, stanowią w moim odczuciu połowę filmu.

Pomimo iż J. Edgar Hoover był osobą tajemniczą i bardzo kontrowersyjną, odbieram biografię dość jednoznacznie. Widzę J. Edgara jako osobę, która poświęci wszystko i wszystkich, a w tym siebie, dla władzy. Mój odbiór filmu, z całą pewnością amatorski, nie pozwala mi ocenić jednak przyczyny postępowania Hoovera. Nie mam pewności czy odbierać bohatera jako obrońcę bezpieczeństwa narodowego, który kierując się dobrem mieszkańców kraju robił wszystko, aby aresztować gangsterów, czy też jako opętanego i żądnego władzy zwolennika inwigilacji. Czy realizował swoje marzenia, czy też chciał zaspokoić ambicje matki? Czy był człowiekiem bez skrupułów czy też słabą jednostką, jedynie dostosowującą się do zasad ludzi u władzy? Może udało się jednak Eastwoodowi odtworzyć ową tajemnoczość Hoovera?

Zaskoczeniem jest dla mnie, że tak powszechne w naszych realiach podsłuchy, zbieranie haków na polityków i prezydentów, zakładanie teczek stanowią normę w amerykańskich służbach bezpieczeństwa. Film staje się dla mnie ciekawy, gdy mam punkt odniesienia do naszej rzeczywistości.

Pomimo że historia J. Edgara Hoovera stanowi ciekawy sposob dojścia i trzymania w rękach władzy, to jednak film jest trochę przegadany i nudny. I mimo dobrej gry Leonardo DiCaprio, biografia jest w moim odczuciu mało wiarygodna, być może za sprawą miejscami banalnego scenariusza.



środa, 25 kwietnia 2012

Medium **

Clint Eastwood jako reżyser nie boi się podejmować w swoich filmach trudnych tematów. Eutanazja, rasizm - m.in. te zjawiska były przedstawiane w jego poprzednich dziełach. Teraz Eastwood postanowił się rozprawić z problematyką życia po śmierci.

Zaczyna się od mocnego uderzenia, bowiem od fali tsunami w azjatyckim miasteczku, gdzie w jego centrum pojawia się francuska dziennikarka, Marie (Cecile De France). Udaje się jej cudem przeżyć. Doznaje jednak wizji, w trakcie której przez chwilę znajduje się po "drugiej stronie rzeki". Później akcja przenosi się do San Francisco, gdzie poznajemy pozornie przeciętnego robotnika budowlanego George'a (Matt Damon), który jest jednak obdarzony - dla wielu darem, dla siebie przekleństwem - zdolnością komunikowania się ze zmarłymi. Mamy i trzeci kontynent, Anglię, gdzie śledzimy losy dwóch bliźniaków - Marcusa i Jasona, z których jeden ginie. Temat śmierci przewija się zatem we wszystkich wątkach, a historie tych trzech osób są toczone równolegle.

Pierwsze 30 minut filmu jest naprawdę obiecujące. Wątki są interesujące i przez chwilę odniosłem nawet wrażenie, że Eastwood w kwestii konstrukcji filmu będzie próbował zrobić coś na miarę filmów Alejandro Gonzáleza Iñárritu, który w swoich obrazach często łączy różne wątki i postaci w jedną spójną całość. W pewnym sensie tak się dzieje, ale trudno porównać ten zabieg do chociażby "Amores Perros" czy nawet "Babelu". Przede wszystkim film w pewnym momencie robi się tak nudny, że oglądając go musiałem zmienić pozycję z leżącej na siedzącą, żeby nie usnąć. Niestety główny motyw, czyli życie po śmierci, schodzi jakby na drugi plan, a film staje się melodramatyczny i bardziej nastawiony na wyciskanie łez niż próbę zgłębiania tego, co się dzieje po śmierci. Oczywiście wszystkie trzy postaci spotykają się pod koniec filmu (ach ten cudowny, hollywoodzki zbieg okoliczności) i w mniejszym lub większym stopniu znajdują ukojenie w swoim otoczeniu.

Zastanawiałem się po filmie czy wniósł on coś nowego do mojego postrzegania zaświatów i mogę powiedzieć, że nie. Wierzę w życie po śmierci, ale jestem sceptycznie nastawiony do jasnowidzów czy wróżek i "Medium" mojego stosunku do takich zjawisk nie zmienił. A sam film potraktowałem bardziej w kategoriach nudnej, bez większego poczucia humoru i polotu bajki, a nie czegoś, co chociaż lekko zmieniłoby mój światopogląd.

Wolę Eastwooda z "Gran Torino" czy z "Za wszelką cenę" i mam nadzieję, że stary, poczciwy Clint weźmie się następnym razem za to, co wychodzi mu najlepiej i w czym jest po prostu prawdziwy. A melodramaty czy bajkowe historie niech zostawi innym.