Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Anthony Hopkins. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Anthony Hopkins. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 10 marca 2013

Hitchcock ****

Przed nie lada wyzwaniem stanął Sacha Gervasi, który w swoim fabularnym debiucie reżyserskim postanowił poruszyć wątek biograficzny związany z Alfredem Hitchcockiem. Historia przenosi nas w końcówkę lat 50. ubiegłego stulecia i pokazuje problemy mistrza suspensu z cenzurą i wytwórnią filmową Paramount Pictures przy tworzeniu swojego najpopularniejszego dzieła "Psychoza". Równie ważnym motywem (o ile nie ważniejszym) w filmie jest wątek małżeństwa Hitchcocka (Anthony Hopkins) z Almą Reville (Helen Mirren), który okazał się być równie ciekawy, co kulisy związane z powstawaniem "Psychozy".

Znakomite aktorstwo to największy atut filmu. Niektórzy twierdzą, że Hitchcock w wykonaniu Hopkinsa jest zbytnio manieryczny. Nie zgadzam się z tym zarzutem, przecież sam "Hitch" był postacią jakby z innej bajki. Niski, krępy, łysy, z dużym brzuchem, specyficznym głosem i poczuciem humoru reżyser był osobą bardzo oryginalną i niezwykłą. Myślę, że charakterystykę tej postaci sir Anthony oddaje bardzo dobrze. Nie przejaskrawia jej, nie szarżuje zbytnio - dla mnie to idealny odtwórca Hitchcocka. A już końcówka filmu, kiedy "Hitch" w wykonaniu Hopkinsa odgrywa pantomimę tuż przed premierą "Psychozy", jest jednym z najlepszych momentów filmu. Wielkie słowa uznania należą się charakteryzatorom postaci "Hitcha", którzy podobno mocno "pomogli" Hopkinsowi w przytyciu i upodobnieniu się do niego. Równie świetna jest Helen Mirren. Jest równorzędną partnerką dla Hopkinsa. Grana przez nią Alma Reville to kobieta silna, z charakterem, bardzo oddana mężowi, ale jednocześnie osoba mająca własne zdanie. Film ten pokazał, że sukcesy Hitchcocka bez Almy byłyby niemożliwe i każdy facet, aby dobrze funkcjonować, powinien mieć taką swoją "Almę". Dobry aktorsko jest również James D'Arcy, który w ciekawy, nieco neurotyczny sposób, przedstawił Anthony'ego Perkinsa. Scarlett Johansson (jako Janet Leigh) i Jessica Biel (Vera Miles) są ładnymi ozdobnikami w filmie i świetnie prezentują się na ekranie jako dawne hollywoodzkie piękności.

Film ciekawie ukazuje wzajemne relacje małżonków, którzy pomimo wielu kryzysów (głównie ze względu na Hitchcocka i jego chorą fascynację aktorkami - blondynkami, skłonność do wysokoprocentowych trunków i obżarstwo) są i trwają ze sobą. Historia ta uświadamia nam, że warto podejmować ryzyko, aby osiągnąć sukces. Hitchcock zastawił swój dom, aby sfinansować samodzielnie "Psychozę". Zaryzykował swój prestiż i małżeństwo, ale udało mu się w dużej mierze dzięki Almie, która dała mu duże oparcie w ostatnim etapie tworzenia filmu.

Na przykładzie tej historii można również zobaczyć jak wyglądało kiedyś kino. Jak prezentowały się gwiazdy tamtych lat, jak kręciło się filmy, wreszcie jaki skandal kulturowy wywołała słynna scena morderstwa pod prysznicem w "Psychozie". Takie właśnie filmy uświadamiają nam, jaką gigantyczną rewolucję kulturową przeszliśmy przez ostatnie 50 lat.

Słabszy moment tej opowieści to wizje "Hitcha", w których objawia mu się Ed Gein - zabójca, na którym wzorował się pisarz, autor "Psychozy" Robert Bloch oraz później sam reżyser. Gein pojawia się w snach Hitchcocka, jakby inspirując go do pomysłów przy tworzeniu "Psychozy". Gervasi chciał chyba w ten sposób pokazać, że artysta, jakim niewątpliwie był Hitchcock, miał wizje, które wykraczały daleko poza normy zwykłego myślenia przeciętnego zjadacza chleba. Wyszło to jednak mało przekonująco i było dla mnie męczące.

Film nie ma jakiegoś ambitnego przesłania, nie skłania do głębszych refleksji. Ogółem oceniam go jednak wysoko. Ze względu na świetne aktorstwo jest błyskotliwie (smakowite dialogi pomiędzy dwójką głównych bohaterów) i stylowo (niezła robota reżysera, który potrafił oddać ducha dawnego Hollywoodu). W zupełności mi to wystarcza, żeby polecić ten film nie tylko fanom mistrza suspensu, ale po prostu miłośnikom dobrego kina.



piątek, 4 stycznia 2013

360 ****

Film zaczyna się słowami "Pewien mędrzec powiedział kiedyś: gdy znajdziesz się na rozstaju dróg, skręć. Nie sprecyzował tylko w którą stronę skręcić". Zgodnie z zapowiedzią bohaterowie filmu wybierają kierunek skrętu na swoim życiowym rozstaju dróg, a ich decyzje wpływają na decyzje kolejnych postaci filmu, również znajdujących się na rozdrożu. Zależność losów bohaterów powoduje, że historie ludzi łączą się bądź powodują zmiany w czyimś zachowaniu, postrzeganiu świata, charakterze, czy po prostu w życiu. Brzmi znajomo? "Babel", "Efekt motyla"? Owszem, pomysł już był, ale ma swoją nową, w moim odczuciu ciekawą, odsłonę.

Koprodukcja międzynarodowa ukazuje bohaterów i ich losy m.in. w Wiedniu, Paryżu, Londynie, Denver. Obok gwiazd światowego kina (Anthony Hopkins, Jude Law, Rachel Weisz, Jamel Debbouze, Ben Foster), występują mniej nam znani aktorzy pochodzenia słowackiego, rosyjskiego czy brazylijskiego. Co ciekawe aktorzy wcielają się w postaci zgodnie ze swoim pochodzeniem i w większości przypadków odgrywają role imigrantów.

Pewna Słowaczka decyduje się zostać prostytutką. Pewien Brytyjczyk postanawia skorzystać z tego typu usługi. Pewna żona przestaje zdradzać męża. Pewna dziewczyna odkrywa, że jej chłopak ma kochankę. Pewien starszy człowiek szuka zaginionej córki. Pewien muzułmanin zakochuje się w mężatce. Niebanalny scenariusz trzyma w napięciu w oczekiwaniu na rozwinięcie opowieści, a kolejne sceny w zaskakujący sposób rozwiązują historie i łączą ze sobą losy bohaterów.

Pierwsze myśli po wyjściu z kina dotyczyły nieprzewidywalności losu i ogromu skutków, wydawałoby się prostych, decyzji. Kolejne, kazały się nad tym nie zastanawiać - mogę mieć świadomość, że mój wybór może spowodować większe czy mniejsze skutki w czyimś życiu, ale przecież nie mogę czuć na sobie odpowiedzialności za cały świat. Wysnuwam prosty wniosek, jak bardzo wszechświat niebyłby zaskakujący i niepojęty zamierzam przejmować się tylko tymi sprawami, na które mam świadomy wpływ. A jeśli coś się nie wydarzy lub wydarzy, cóż ... widocznie istnieje jakieś "przeznaczenie".

Widziałam kilka recenzji oceniających "360" jako film nudny, nie wnoszący nic nowego i rozumiem, nie wszystkim musi się podobać. Ja jednak uważam film za dobry, scenariusz za ciekawy i wciągający, bohaterów za ujmujących i prawdziwych. Ale pamiętajmy, że to subiektywna ocena fanki melodramatów.

poniedziałek, 28 maja 2012

Poznasz przystojnego bruneta ****

Przyznaję się bez bicia - dosyć późno zacząłem oglądać filmy Woody'ego Allena. Nie znam jego dzieł z lat 70., 80. i 90., ale jak zobaczyłem "Wszystko gra" z 2005 roku, to na tyle wciągnąłem się w jego twórczość, że obejrzałem jego cztery kolejne filmy. Aż doszedłem do "Poznasz przystojnego bruneta".

Nie odkryję zapewne Ameryki, że to co podoba mi się w filmach tego reżysera, to przede wszystkim znakomite, błyskotliwe dialogi, świetnie zarysowane postaci i zawsze jasne i mądre przesłanie. Wszystko to czyni filmy Allena wyjątkowe i warte obejrzenia. "Poznasz..." - wzorem jego kilku ostatnich dzieł - ma miejsce w Londynie. Opowiada historię dwóch par w różnym wieku, które przechodzą kryzysy w swoich małżeństwach. Wszyscy bohaterowie są niespełnieni i poszukują swojego miejsca w życiu. Oczywiście aktorzy w filmach Allena są zawsze starannie dobierani przez reżysera. Nie inaczej było i tym razem. Zabawnie wypada w komediowej roli Anthony Hopkins, grający starszego pana, trochę późno przechodzącego kryzys wieku średniego (śmieszna scena z działającą z opóźnieniem Viagrą). Dobrze gra też para średniego pokolenia Naomi Watts - Josh Brolin (co prawda inny kolor włosów, ale nieco przypominał mi Nicka Nolte sprzed kilkudziesięciu lat). Chyba najlepiej wypada jednak - mało znana u nas - Gemma Jones - jako obłąkana żona bohatera granego przez Hopkinsa, wierzącą uparcie w absurdalne wróżby. Jest i Freida Pinto, która stanowi zawsze fantastyczny filmowy ozdobnik i mnie to w zupełności wystarcza. A dla pań pozostaje, będący w dobrej formie, Antonio Banderas.

Nie jest to tak błyskotliwa i śmieszna komedia, jak chociażby "Co nas kręci, co nas podnieca". Przede wszystkim przedstawione w nim opowieści nie są aż tak spójne, nie do końca się zazębiają, tak jak to było w poprzednim filmie Woody'ego. Trochę zabrakło mi też jasnego przesłania w zakończeniu. Allen pozostawia wszystkie wątki nie zamknięte, co pozostawiło u mnie poczucie niedosytu. Po obejrzeniu filmu pomyślałem jednak, że był to celowy zabieg. Bowiem ile razy jesteśmy pomiędzy jednym, a drugim etapem życia, żyjąc w niepewności co dalej, nie wiedząc do końca na czym stoimy? W takim właśnie etapie życia reżyser pozostawił swoich bohaterów. I jak zwykle stworzył inteligentną i przyjemną rozrywkę. Nie wybitną, ale wartą obejrzenia.