Stworzenie obrazu biograficznego o osobie, która wywołuje tak duże kontrowersje jak Lech Wałęsa, jest zawsze przedsięwzięciem ryzykownym. Szczególnie, że za film o byłym prezydencie wziął się sam Andrzej Wajda, który nie ukrywa do niego sympatii. Stąd też przed seansem miałem spore obawy czy film rzetelnie pokaże postać Wałęsy i nie będzie przesadnie "budował pomnika" byłemu liderowi Solidarności.
Historia rozpoczyna się od momentu przyjazdu do Gdańska znanej włoskiej dziennikarki Oriany Fallaci (Maria Rosaria Omaggio), która ma przeprowadzić wywiad z Wałęsą (Robert Więckiewicz). Ten dosyć obcesowo traktuje Włoszkę, jest arogancki, pewny siebie, wręcz bucowaty, ale skory do mówienia. A że ma co opowiadać, to w ten sposób poznajemy historię powstania Solidarności i początki działalności opozycyjnej Wałęsy.

Tytuł filmu stanowi jakby kolejną część trylogii Wajdy dotyczącej "Człowieka z...". O ile jednak "Człowiek z marmuru" i "Człowiek z żelaza" były przejmującymi historiami na temat Polski, to "Człowiek z nadziei" jest powierzchowną opowieścią dla mas, która jest bardzo poprawna politycznie. Podejrzewam, że nawet osoba średnio zorientowana w dziejach Polski nie będzie specjalnie zaskoczona wydarzeniami ukazanymi w filmie. Wałęsa jest tutaj przedstawiony w pozytywnym świetle i nie ma zgrzytów co do jego postaci. Reżyser nawet usprawiedliwia jego lekkie podejście do domowych obowiązków tym, że Lech to urodzony społecznik, który walczył o ludzi i to tłumaczy jego rzadką obecność w domu i zostawiania wszystkiego na głowie żony. Wajda, co prawda, aby chyba nie być posądzonym o zbytnią sympatię do bohatera, pokazuje wątek z esbekami, ale nie wynikają z tego później jakieś rozważania co do moralności Wałęsy. Lech zrobił to wszystko, aby być jak najszybciej z rodziną, a później i tak nie daje się złamać władzy ludowej.
To, co nieźle wyszło w filmie to montaż, muzyka i dialogi. Ten pierwszy element wypada szczególnie dobrze w sytuacjach, gdy Więckiewicz występuje na ekranie wspólnie z realnymi bohaterami tamtych czasów. A szczególnie ciekawie wygląda to w momencie, gdy aktor spotyka się z postaciami granymi przez Krystynę Jandę i Jerzego Radziwiłowicza w "Człowieku z żelaza". Dobrze dobrana polska muzyka również ładnie komponuje się w filmie. Miałem wątpliwości jak Wajda i scenarzysta Janusz Głowacki (obaj starsi już przecież panowie) będą operować językiem filmowym. Na szczęście moje obawy zostały szybko rozwiane - film kipi krwistymi i humorystycznymi dialogami, które brzmią przekonująco i świeżo.
Trudno mi jakoś przesadnie zachwycać się rolą Więckiewicza - owszem fizycznie i w sposobie mówienia to idealny Wałęsa. Widać, że aktor świetnie opanował jego głos i gesty. Chyba jednak ze względu na samą postać lidera Solidarności przedstawioną w filmie (bufoniasty, ale wzbudzający sympatię, prosty chłop) trudno uznawać jego rolę za wybitną. Z pewnością poziom naśladownictwa jest perfekcyjny, ale wymiar postaci Wałęsy nie niesie za sobą specjalnego ładunku emocjonalnego i w związku z tym rola Więckiewicza - poza walorami humorystycznymi - nic wielkiego nie oferuje. Agnieszka Grochowska - jako Danuta Wałęsa - gra nieźle, chociaż trzeba sobie szczerze powiedzieć, że nie ma za wiele do zaprezentowania, bo jej postać poza drobnymi wyjątkami to po prostu przykład "matki Polki", która od czasu do czasu miewa chwile zwątpienia.

Film Wajdy to do bólu poprawny obraz Polski dawnych lat. Historia, dzięki której na pewno nie będziemy mądrzejsi, czy specjalnie poruszeni. Film jest naszym kandydatem do Oscara, ale pomimo nośnych nazwisk, to nie ma on moim zdaniem najmniejszych szans w walce o miano najlepszego zagranicznego obrazu, głównie ze względu na brak elementu zaskoczenia i małą aktualność wydarzeń, które średnio interesują Amerykanów. A z pewnością znajdzie się też po prostu lepsze i ciekawsze dzieło, bardziej zasługujące na statuetkę.
