Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Jake Gyllenhaal. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Jake Gyllenhaal. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 10 sierpnia 2014

Wróg **

Motyw posiadania lustrzanego odbicia, klona samego siebie od dawna fascynuje artystów. Jest on również punktem wyjścia, opartego na powieści portugalskiego noblisty José Saramago, thrillera "Wróg" kanadyjskiego reżysera Denisa Villeneuve.

Na początku filmu poznajemy (a przynajmniej tak się nam wydaje) Adama - wycofanego wykładowcę historii, prowadzącego do bólu monotonną egzystencję. Wykład na uczelni (zawsze ten sam), powrót do ascetycznego mieszkania w bloku, wieczorne odwiedziny dziewczyny, seks (urozmaicony jak wykłady Adama), pożegnanie. Któregoś dnia zagaja go w pracy kolega. Niezręczna i pozornie nieistotna konwersacja sprawia, że tym razem Adam wraca do domu z wypożyczonym filmem. Choć nie widzimy by seans wywarł na nim jakiekolwiek wrażenie, w środku nocy zerwie się na równe nogi przypomniawszy sobie jedną ze scen. Gdzieś na drugim planie, ubrany w strój hotelowego boya, stoi... on sam. Świadomość, że gdzieś istnieje człowiek wyglądający dokładnie jak on, nie da mu spokoju.

Większość scen "Wroga" nakręconych zostało z użyciem żółtego, brutalnie tłumiącego kolory filtra. Ta kolorystyka, zestawiona dodatkowo z dekoracjami w postaci ciężkiej, betonowej architektury blokowisk Toronto, buduje duszny, posępny klimat. Atmosferę grozy i wiszącego w powietrzu niebezpieczeństwa potęguje dodatkowo, złożona jakby ze zniekształconych industrialnych odgłosów, ścieżka dźwiękowa, kojarząca mi się ze starymi thrillerami i horrorami. Całość utrzymana jest w poetyce snu. Jeśli dziwne sceny z pająkami w roli głównej nie byłyby wystarczającą wskazówką, skąd twórcy czerpią inspiracje, Villenueve w roli matki obsadził muzę Davida Lyncha, pamiętną Dorothy Vallens z "Blue Velvet" - Isabellę Rosselini. W takim oto klimacie Adam, spanikowany i podniecony jak mała dziewczynka (podskakuje ze strachu, gdy zamykają się za nim automatyczne drzwi), która wie, że robi coś złego, ale jest zbyt ciekawa by przestać, rozpoczyna swoje śledztwo.

Świetnie budowany nastrój wciąga nas w historię. Autorzy zostawiają nam różne wskazówki, mnożą tropy, klimat gęstnieje... aż staje się to wszystko nieznośne. Gdzieś w dwóch trzecich filmu możemy się już spodziewać, że jego motto "chaos jest nierozszyfrowanym porządkiem", jednoznacznie wskazuje na to, że autorzy nie zamierzają nam podarować klucza do przedstawionej zagadki. Historia ma coraz mniej sensu. Każda kolejna scena zawęża możliwości interpretacji, by wraz z ostatnią zostawić nas właściwie z niczym. Jedyne co mi przychodzi do głowy, to ćwiczenia formalne z Lyncha. Sen jak to sen przecież sensu mieć nie musi. Problem jest tylko taki, że o ile np. "Mulholland Dr." wciągał mnie tak, że nawet jeśli niewiele rozumiałem, miałem ochotę na więcej, to tu chciałem się obudzić na długo przed końcowymi napisami.

"Wróg" może spodoba się widzom przedkładającym klimat nad cokolwiek innego. Dla tych, którzy szukają choć odrobinę sensu, będzie to raczej nudne i frustrujące doświadczenie. Nie pomaga niestety nawet świetna, podwójna rola Jake'a Gyllenhaala (nie ma właściwie momentu byśmy nie wiedzieli, którą postać widzimy na ekranie) ani doskonałość formalna filmu. Budują one oczekiwania, którym opowiadana historia po prostu nie jest w stanie sprostać. Jak pokazał w "Labiryncie", Denis Villeneuve potrafi kręcić świetne filmy. Ale jak większość reżyserów potrzebuje do tego dobrego scenariusza.



czwartek, 31 stycznia 2013

Bogowie ulicy ****

Od jakiegoś czasu trwa moda na horrory w stylu "Paranormal activity", kręcone niby przez samych bohaterów filmu, domowymi sposobami. David Ayer, specjalizujący się w Hollywood w filmach o twardzielach, postanowił przeszczepić tą konwencję na grunt filmu policyjnego.

W filmie przez cały czas towarzyszymy dwójce młodych kozaków z policji Los Angeles. Jako, że zawsze musi być jakiś powód uzasadniający dlaczego bohaterowie kręcą wszystko wokół nich, akurat jeden z nich, Brian Taylor (Jake Gyllenhaal) realizuje projekt na popracowe zajęcia z kinematografii. Postanawia pokazać prawdziwe życie gliny z LA, filmując każdy krok swój i swojego partnera Mike'a Zavali (Michael Peña). Okolica, którą patrolują, znajduje się akurat w przełomowym okresie. Gangi latynoskie powoli wypierają te złożone z afro-amerykanów, coraz śmielej poczynają sobie na jej terenie meksykańskie kartele narkotykowe i nasi bohaterowie znajdą się w samym środku tego zamieszania.

"Bogowie ulicy" nie zaskakują w warstwie fabularnej. To dobrze napisana, ale jednak złożona z wielu klisz historia dwóch luzaków, twardzieli, których po prostu nie sposób nie polubić. Dorastali razem, jeden poznał już miłość swojego życia i spodziewają się dziecka, drugi jeszcze szuka. Jest kilka tanich wzruszeń, obowiązkowo surowy, ale kochający sierżant... Nic czego nie widzieliśmy wcześniej, nic czego byśmy się nie spodziewali. Niemniej wszystko to podane w nowej formie wydaje się świeże i autentyczne. Reżyser, w przeciwieństwie chociażby do autora nieszczęsnego "Sępa", trzyma się swojego pomysłu konsekwentnie i moim zdaniem udaje mu się wytworzyć złudzenie, jakbyśmy oglądali prawdziwy kawałek policyjnej roboty. Efektu nie psuje nawet to, że nagina trochę konwencję. Wiele ujęć jest z kamer, których bohaterowie nie mieli prawa trzymać, ale dzięki temu obraz nie męczy, widzimy więcej szczegółów, a narracja zyskuje na płynności. W tym że to wszystko ostatecznie zagrało duża również zasługa aktorów. Mimo że obsadzeni w raczej nietypowych dla siebie rolach (szczególnie Michael Peña, z czego zresztą na początku sam poniekąd żartuje), wypadli całkiem wiarygodnie.

By przypomnieć sobie film policyjny, który oglądałem z równą przyjemnością, musiałbym chyba sięgnąć aż do "Dnia próby", napisanego zresztą również przez Davida Ayera. "Bogowie ulicy", w przeciwieństwie do wielu ostatnich produkcji, pokazują policję w zaskakująco korzystnym świetle. Pozwalają docenić ciężką i rzadko przyjemną pracę zwykłych policjantów i mimo że czasami zbyt łatwo uderzają w patetyczne tony, to absolutnie jest to kawał solidnej rozrywki.