Pierwsze skrzypce gra tytułowa Jasmine (Cate Blanchett), która po spędzeniu większości życia na "nicnierobieniu" u boku obrzydliwie bogatego męża, zmuszona jest zacząć egzystować od nowa, a dokładniej nauczyć się radzenia sobie samej, bez pieniędzy, gdy małżonek okazuje się oszustem i gdy państwo konfiskuje cały ich wspólny majątek. Przez większość filmu obserwujemy właśnie jej życie, w retrospekcjach - pławiącą się w luksusach damę, na pierwszy rzut oka nie posiadającą żadnych problemów oraz aktualnie - roztrzęsioną, wyniszczoną emocjonalnie kobietę, która straciła wszystko. Cate, gra świetnie, pomimo emocji, którymi emanuje, ciągle nie wiemy czego tak naprawdę pragnie i czym się kieruje w życiu. Aktorsko jest bardzo wiarygodna i daje z siebie wszystko, chociaż sama postać jest trochę męcząca (mam wątpliwość czy potrzebuję aż tylu ujęć zażywania prochów i wpadania w histerię, aby zauważyć, że bohaterka ma problem i jednocześnie nie ziewać w kinie). Jednak bez wątpienia film praktycznie w całości należy do Blanchett.
Sympatię wzbudza siostra, Jasmine, Ginger (Sally Hawkins) będąca zupełnym jej przeciwieństwem. Ginger to prosta dziewczyna, która chociaż przynależy do niższej klasy społecznej, to żyje w realnym świecie i nie zadowala się pozorami jak Jasmine. Jednak jej historia jest również dołująca. Allen pozbawia nas nadziei, że los szykuje dla nas pozytywne zmiany. Podobnie jak w "Drobnych cwaniaczkach" nie daje bohaterom szans na społeczny awans. Z drugiej strony przynależność do wyższej klasy wcale nie oznacza, że jest się lepszym, mądrzejszym, a już na pewno nie szczęśliwszym.
Wydaje się, że Allen mówi nam z ekranu, że nie można wiecznie marzyć na jawie, żyć snem, który się nie spełni. Rozwój wydarzeń obnaża postępowania oparte na złudzeniach, zadowalanie się pozorami życia. Jednak również ci, którzy się nie oszukują i żyją prawdziwie, nie mają łatwo. Analizując większość bohaterów można dojść do wniosku, że nędzne są ludzkie postawy wobec życia, rozpaczliwe poszukiwanie szczęścia, beznadziejne relacje w rodzinie czy z życiowymi partnerami.
Być może "Blue Jasmine" jest lekcją, jak nie należy postępować, aby nie zmarnować życia. Pokazuje też jak trudno jest wyjść ponad własne ograniczenia. Ten scenariusz przepełniony goryczą, pozostawia poczucie beznadziei. Czy to jeszcze ironia i dystans, czy studium przypadku depresji?