Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Alec Baldwin. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Alec Baldwin. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 1 września 2013

Blue Jasmine ****

Sporo czytałam ostatnio opinii odnoszących się do "Blue Jasmine" jako do jednego z lepszych filmów Allena. Myślę, że jest to trochę rzecz gustu i każdy ceni reżysera za inne odsłony. Z pewnością jednak jego najnowsze dzieło zaliczyć można do przygnębiających utworów filmowych.

Ostatnie filmy Woodego kręcone w Barcelonie, Paryżu, Londynie i Rzymie nazwałabym przyjemnymi komediami, które po obdarciu z ironii ukazywały spaczone relacje międzyludzkie, nietrafione związki, czy nieszczęśliwie ulokowane uczucia. Były jednak filmami całkiem lekkimi i zabawnymi. W "Blue Jasmine" Allen również szydzi z ludzkich postaw, oczekiwań wobec życia i bliskich, jednak tym razem widzowi nie jest do śmiechu. Postacie nakreślone są w taki sposób, by odebrać je negatywnie, jako kierujące się materializmem, egoizmem, jako nieudaczników lub oszustów. Każdy żyje złudzeniami, a gdy los obnaża prawdziwą rzeczywistość, przychodzą frustracje.

Pierwsze skrzypce gra tytułowa Jasmine (Cate Blanchett), która po spędzeniu większości życia na "nicnierobieniu" u boku obrzydliwie bogatego męża, zmuszona jest zacząć egzystować od nowa, a dokładniej nauczyć się radzenia sobie samej, bez pieniędzy, gdy małżonek okazuje się oszustem i gdy państwo konfiskuje cały ich wspólny majątek. Przez większość filmu obserwujemy właśnie jej życie, w retrospekcjach - pławiącą się w luksusach damę, na pierwszy rzut oka nie posiadającą żadnych problemów oraz aktualnie - roztrzęsioną, wyniszczoną emocjonalnie kobietę, która straciła wszystko. Cate, gra świetnie, pomimo emocji, którymi emanuje, ciągle nie wiemy czego tak naprawdę pragnie i czym się kieruje w życiu. Aktorsko jest bardzo wiarygodna i daje z siebie wszystko, chociaż sama postać jest trochę męcząca (mam wątpliwość czy potrzebuję aż tylu ujęć zażywania prochów i wpadania w histerię, aby zauważyć, że bohaterka ma problem i jednocześnie nie ziewać w kinie). Jednak bez wątpienia film praktycznie w całości należy do Blanchett.

Sympatię wzbudza siostra, Jasmine, Ginger (Sally Hawkins) będąca zupełnym jej przeciwieństwem. Ginger to prosta dziewczyna, która chociaż przynależy do niższej klasy społecznej, to żyje w realnym świecie i nie zadowala się pozorami jak Jasmine. Jednak jej historia jest również dołująca. Allen pozbawia nas nadziei, że los szykuje dla nas pozytywne zmiany. Podobnie jak w "Drobnych cwaniaczkach" nie daje bohaterom szans na społeczny awans. Z drugiej strony przynależność do wyższej klasy wcale nie oznacza, że jest się lepszym, mądrzejszym, a już na pewno nie szczęśliwszym.

Wydaje się, że Allen mówi nam z ekranu, że nie można wiecznie marzyć na jawie, żyć snem, który się nie spełni. Rozwój wydarzeń obnaża postępowania oparte na złudzeniach, zadowalanie się pozorami życia. Jednak również ci, którzy się nie oszukują i żyją prawdziwie, nie mają łatwo. Analizując większość bohaterów można dojść do wniosku, że nędzne są ludzkie postawy wobec życia, rozpaczliwe poszukiwanie szczęścia, beznadziejne relacje w rodzinie czy z życiowymi partnerami.

Być może "Blue Jasmine" jest lekcją, jak nie należy postępować, aby nie zmarnować życia. Pokazuje też jak trudno jest wyjść ponad własne ograniczenia. Ten scenariusz przepełniony goryczą, pozostawia poczucie beznadziei. Czy to jeszcze ironia i dystans, czy studium przypadku depresji?

czwartek, 22 listopada 2012

Zakochani w Rzymie ****

Po namiętnej Barcelonie i magicznym Paryżu, zaskoczenie. Allen pokazuje Rzym nie jako wieczne miasto, lecz w roli metropolii, w której wszyscy gnają, wpadają w frustrację, czują się zagubieni lub wręcz błąkają się w gąszczu podobnych ulic. Nie brak oczywiście zdjęć znanych miejsc i zabytków, ale ich urok zanika gdzieś pośród gwaru i pośpiechu.

Tytuł filmu z lekką ironią nawiązuje do historii bohaterów czterech różnych wątków. Widz poznaje losy młodego małżeństwa z prowincji, które gubi się we własnych uczuciach i pragnieniach za sprawą rzymskiej atmosfery. Ona, nie bacząc na swój stan cywilny, wdaje się w romans ze sławnym aktorem, on, pomimo starań bycia wiernym żonie wodzony jest na pokuszenie przez ponętą prostytutkę (Penelope Cruz). Drugą parę w filmie stanowią zakochani, których związek wystawiony jest na próbę za sprawą zalotów atrakcyjnej przyjaciółki. Proces przemiany narzeczonego (Jesse Eisenberg) i ewolucję jego uczuć obrazują dialogi z przypadkowo napotkanym Johnem (Alec Baldwin). Kolejny wątek poznajemy za sprawą zakochanej w rzymianinie amerykanki, córki Allena, artysty, którego wszelkie pomysły wyprzedzają obecną epokę i tym samym okazują się klapą. I ostatnia historia to opowieść o przeciętnym obywatelu Rzymu (Roberto Benigni), który niespodziewanie i bez przyczyny staje się medialną gwiazdą i guru paparazzich, co oczywiście sprawia, że jego życie obraca się o 180 stopni.

Allen prezentuje współczesny stosunek do wartości albo brak wartości w nowoczesnym świecie. Historie te według mnie obrazują dążenie do odnalezienia swojego miejsca w życiu, stworzenia czegoś niebywałego, odnoszą się do naszej natury i talentów a jednocześnie do realizowania się w życiu zgodnie z własnymi pragnieniami. W rewelacyjny sposób zadrwiono także z machiny mediów, których pogoń za nieistniejącą sensacją urosła obecnie do rangi paranoi. W "Zakochanych..." wiele jest nawiązań do całej twórczości Allena, jednak bez pryzmatu poprzednich filmów również można zachwycić się satyrą i wyśmianiem charakterystycznego dla współczesnego człowieka trybu postępowania.

Ciężko nie oceniać filmu w oderwaniu od, jak dla mnie przewspaniałej, "Vicky, Christiny, Barcelony", w porównaniu do której wypada jednak słabiej. Minusem filmu jest też kiepska gra Eisenberga, który wygląda i zachowuje się w miłosnej sieci Rzymu identycznie jak w akademiku, w którym tworzył podwaliny facebooka.

Nie wiem czy fani Allena cenią całą jego twórczość, do mnie każdy film przemawia w różnym stopniu. Z ostatnich filmów, nie przepadam za "Co nas kręci, co podnieca", a "Zakochanych w Rzymie" uplasowałabym gdzieś pomiędzy "Przystojnym brunetem" a "Paryżem" i "Barceloną". Jak wiadomo gusta bywają różne, jednak film mogę polecić każdemu kto chce się trochę rozerwać przy niebanalnej komedii, która oprócz dobrego humoru wnosi sporo rozważań nad relacjami międzyludzkimi i rozumieniem współczesnego życia i jego wartości.