Początkowo film Finchera, oparty na powieści Gillian Flynn, ogląda się jak dramat rodzinny, w którym role wydają się być jasno określone. Z retrospekcji przedstawione są ostatnie lata pożycia małżeńskiego państwa Dunne. Najpierw poznajemy parę jeszcze przed ślubem, gdy ich uczucie rozkwita. Wszystko zmienia małżeństwo, wtedy to pojawiają się pierwsze rysy na nieskazitelnym dotąd związku. Z jednej strony mamy zgorzkniałego, coraz częściej uciekającego z domu męża, który źle znosi sukcesy zawodowe żony. Z drugiej strony Amy próbuje ratować swoje małżeństwo, licząc że urodzenie dziecka, o którym myśli, pozwoli odbudować jej związek. Jest zatem wyraźny podział na tego "złego" i tą "dobrą".
Ben Affleck gra bardzo solidnie i dobrze oddaje rolę sfrustrowanego męża. Aktor jest jednak w cieniu swojej partnerki filmowej. Pike, myślę że byłaby wymarzoną "chłodną" blondynką dla mistrza suspensu, wspomnianego już przeze mnie, Hitchcocka. Aktorka znakomicie oddaje złożoność swojej postaci i w zależności od sceny świetnie potrafiła zmieniać charakter granej przez siebie postaci. Bardzo dobrze w rolach drugoplanowych wypadli też aktorzy znani bardziej z małego ekranu, czyli Carrie Coon (siostra Nicka), Neil Patrick Harris (dawny kochanek Amy) i przede wszystkim Tyler Perry, który w roli adwokata Tannera Bolta rewelacyjnie pokazał sposób działania adwokata nastawionego na karierę medialną.
Szkoda tylko, że końcówka filmu pozostawiła we mnie pewne poczucie niedosytu. Jego zakończenie nasunęło mi kilka wątpliwości, co do pewnych błędów twórców, które być może były celowym zabiegiem, aby wywołać dyskusję wśród odbiorców. Tym niemniej "Zaginiona dziewczyna" stanowi udaną rozrywkę i wręcz obowiązkowy film dla miłośników "Hitcha".