niedziela, 9 września 2012

O północy w Paryżu ***

Przedostatni film Woody'ego Allena to kolejna podróż reżysera do znanego europejskiego miasta. Po Londynie i Barcelonie akcja przenosi nas tym razem do bogatego w widoki, piękne zabytki, dzieła sztuki i urokliwe uliczki - magicznego Paryża.

Główny bohater Gil (Owen Wilson), grający nie do końca spełnionego pisarza (kolejny już film Allena o podobnym typie postaci, zresztą Wilson gra, tak jakby chciał naśladować reżysera) i szykujący się do ślubu z Inez (Rachel McAdams), codziennie o północy spotyka bohaterów literatury, sztuki i malarstwa z lat 20. XX wieku, przenosząc się w świat tamtych lat. I tak Gil poznaje m.in. Ernesta Hemingwaya, Pabla Picassa, Scotta Fitzgeralda, Salvadora Dali...

Taki wątek, klimat Paryża, smakowite dialogi, z których słynie Allen, według wielu windują ten film na najlepsze dzieło reżysera od 25 lat. I teraz pewnie narażę się miłośnikom i fanom filmów Allena. Mianowicie, ja nie do końca kupuję tą przyjemną, ale w sumie pustą bajkę.

Postaci ukazane w "powrocie do przeszłości" Gila niczym mnie nie zaskakują. Poza zabawnym Brodym, wcielającym się w Salvadora Dalego, reszta aktorów w roli artystów z początku XX wieku nie zapada mi w pamięć. Dialogi i wzajemne interakcje Gila ze "śmietanką kulturalno-towarzyską" z dawnych lat też nie są aż tak zabawne, jakie mogłyby być, biorąc pod uwagę fakt, że postać graną przez Wilsona i dawnych bohaterów dzieli tak wiele lat. Być może jest we mnie trochę "mickiewiczowskiego mędrca szkiełka i oka", ale dziwiłem się głównemu bohaterowi, że wierzy w to wszystko co widzi i nie jest zaskoczony tym, że dawnych bohaterów epoki nie zastanawia jego strój czy sposób wysławiania się, który był jednak inny niż postaci sprzed blisko 100 lat.

Oczywiście wiem, że film ten należało traktować w kategoriach bajki i powinno wybaczyć się pewne logiczne nieścisłości. Gil to romantyk, który był tak zauroczony tamtym klimatem, że po prostu "odpłynął" i postrzegał rzeczywistość według własnego widzimisie. Klimat filmu nie zachwycił mnie aż tak, żebym poczuł jakąś wyjątkową nostalgię za Paryżem z tamtych lat. Pod względem odtworzenia starszej epoki zawsze dla mnie niedoścignionym wzorem będzie Martin Scorsese w "Aviatorze" (zdaje sobie sprawę, że to inny gatunek filmu niż "O północy....", ale Scorsese fantastycznie oddał ducha dawnych czasów) i to się nie zmieniło.

Sam wątek z przenoszeniem się postaci do innych czasów jest interesujący. Konkluzja, że każdy narzeka na miejsce i czasy, w których żyje i że chciałby żyć w innej epoce, jest dla mnie oczywista. Myślę, że człowiek jest już tak skonstruowany, że ma we krwi wieczne narzekanie i zawsze zastanawia się, co by było, gdyby żył kiedy indziej. A trzeba po prostu zaakceptować rzeczywistość taką, jaka jest i jak najwięcej czerpać z niej dla siebie korzyści. Taki wniosek można było wyciągnąć chociażby z ostatniej rozmowy Gilla z Adrianą.

Miałem zamiar iść do kina na "Zakochanych w Rzymie", ale wolę doczekać się w końcu jakiegoś "nowojorskiego" filmu Allena, o potencjale zbliżonym do chociażby "Co nas kręci, co nas podnieca". Jego "europejskie" filmy są dla mnie do zapamiętania głównie ze względu na widoki, o reszcie szybko zapominam. Tak też pewnie będzie w przypadku "O północy...". Wyszła rzecz ładna, ale nieco banalna i naiwna. Zdecydowanie dla romantyków, a nie ludzi twardo stąpających po ziemi.



czwartek, 6 września 2012

Histeria ***

"Histeria" rozgrywa się w mrocznych czasach, gdy medycyna taka jak ją znamy dziś dopiero się rodziła, istnienie zarazków i potrzeba higieny była tylko teorią, zaś podstawowymi kuracjami było przykładanie pijawek i upuszczanie krwi. W takich oto czasach, nasz główny bohater Mortimer, młody, bardzo na czasie lekarz o wielkim poczuciem misjim wylatuje z kolejnego już szpitala przez swą niepokorność i uporczywe lansowanie nowinek tupu mycie rąk. W poszukiwaniu zatrudnienia kieruje swoje kroki do prywatnego gabinetu, który zajmuje się leczeniem przypadłości trapiącej połowę żeńskiej populacji Londynu tamtych lat czyli tytułowej histerii. Tak zaczyna się, podobno oparta na faktach, historia, która doprowadziła w końcu do wynalezienia niewątpliwie przełomowego wynalazku, jakim okazał się wibrator.

Hmm dalej streszczać nie mam zamiaru, jak ktoś chce poznać fabułę przed obejrzeniem, to polecam zamieszczony pod spodem trailer. Scenarzyści ciekawie splatają kwestie emancypacji kobiet z historia wynalezienia wibratora. Jest również obowiązkowy wątek miłosny (chyba wszyscy od pierwszej sceny gdy się pojawiają wiedzą, którą siostrę wybierze ostatecznie nasz poczciwy Mortimer). Inscenizacja jest dopracowana, kostiumy z epoki pięknie. Aktorzy nie zawodzą, wyróżnić można uroczą Maggie Gyllenhaal w roli młodej socjalistki i Ruperta Everetta jako ekscentrycznego lorda-wynalazcę.

Ogólnie sympatyczna komedyjka, może jak na mój gust odrobinę jednak przesłodzona, skłaniająca do refleksji, jak bardzo rozwinęła się nasza cywilizacja na przestrzeni niewiele większej niż wiek.



środa, 22 sierpnia 2012

Magic Mike **

Gdyby parafrazować znane piłkarskie określenie "jesteś tak dobry jak twój ostatni mecz", zamieniając ostatnie słowo na film, to najnowszy obraz Stevena Soderbergha "Magic Mike" należałoby sobie odpuścić. Amerykański reżyser bowiem już od ładnych paru lat nie wyreżyserował niczego szczególnego. Złośliwi nawet twierdzą, że najlepszym filmem był ... jego debiut fabularny: "Seks, kłamstwa i kasety video". Nie zgadzam się z tym twierdzeniem, pamiętając o późniejszych bardzo dobrych: "Trafficu" i "Erin Brokovich". Filmy te jednak powstały kilkanaście lat temu, a więc trudno uznać Soderbergha za twórcę mającego ostatnio dobrą passę. Tym niemniej zachęcony niezłymi opiniami na temat jego najnowszego filmu postanowiłem sprawdzić, co reżyser ma ciekawego do zaproponowania w opowieści o striptizerach reklamowanej jako dramat.

No właśnie zacznijmy od określenia rodzaju tego filmu. W mediach był on określany jako dramat obyczajowy, komedia. Nic bardziej mylnego. Film ani nie porusza (poza jednym momentem), nie wzrusza, nie wywołuje efektów dramatycznych. Ani tym bardziej nie śmieszy. Myślę, że najlepiej można by go było scharakteryzować jako "melodramat z elementami komedii" (których jest jednak stosunkowo mało).

Historia opowiada o losach młodego chłopaka, który nie mając pracy ani żadnego płatnego zajęcia, decyduje się zatrudnić w klubie z męskim striptizem pod okiem nieco starszego znajomego, wprowadzającego go w świat "showbiznesu". Początkowo wydawało mi się, że film będzie zmierzał w kierunku pamiętnego "Coctailu" z Tomem Cruisem, w którym to przecież młody bohater też zdobywał popularność i szybkie pieniądze, co powodowało różne dramatyczne historie w jego życiu. Jednak Adam - postać grana przez Alexa Pettyfera, nie ma w sobie charyzmy i uroku Cruisa. Zresztą sam film skupia się bardziej na jego mentorze - tytułowym Mike'u (co w nim takiego magicznego, to chyba tylko wiedzą/widzą panie).

To co zawodzi to fabuła. A przede wszystkim jej brak. Soderbergh miota się i nie wiadomo, co tak naprawdę chce przedstawić. Najpierw film opowiada standardową historię - jakich wiele - o młodym chłopaku, który odnosi sukces (o ile za takowy można uznać popularność wyniesioną z klubu ze striptizem) i odbija mu sodówka. Później akcja skupia się nagle na Mike'u, próbującym zerwać ze swoim "zawodem". Widzimy jego nieudane próby założenia własnego interesu, przyjaźń z Adamem i chęci do nawiązania głębszych relacji z jego siostrą. Wszystko to przypomina niestrawny bigos, który przerywany jest co rusz występami roznegliżowanych chłopców. Chaos fabularny i fatalne zakończenie tylko "dobija" w moich oczach sam film.

Gra aktorska jest też mało porywająca. Chłopcy na czele z Matthew McConaugheyem tworzą "kreacje" na miarę napisanego scenariusza. Z dwójki głównych bohaterów lepiej wypada Tatum, bo Pettyfer jest "drewniany" jak polski piłkarz. W pamięć zapada mi w zasadzie tylko ciekawa twarz Cody Horn. Co zaskakujące w filmie to karygodne efekty wizualne. Moja dziewczyna zwróciła mi uwagę na to, że gdy kamera najeżdżała na postacie znajdujące się np. na plaży w słońcu, to wyglądały one tak jakby były... przezroczyste. I rzeczywiście pod względem technicznym ten film wygląda marnie. Nie ma ani ładnych scen, ani widoczków. Muzyka też nie bije po uszach (chyba że ktoś lubi klimaty rodem z klubów ze striptizem).

Generalnie duże rozczarowanie i następny film pana Sodebergha będę raczej omijał szerokim łukiem. A już na pewno nie będę oglądał go w kinie.