Pokazywanie postów oznaczonych etykietą western. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą western. Pokaż wszystkie posty

piątek, 24 października 2014

Milion sposobów jak zginąć na Zachodzie ***

Poszukując lekkiej i przyjemnej komedii na chłodny, prawie zimowy wieczór sięgnęłam po tegoroczny film Setha MacFarlane, twórcy "Teda". Tym razem na ekranie nie pojawia się pluszowy miś lecz prawdziwi kowboje i dziki Zachód. Nasz główny bohater jednak znowu odbiega charakterem od spodziewanego standardu.

Albert (w tej roli sam reżyser) nie odnajduje się w rzeczywistości Zachodu, a obowiązujące tam zwyczaje typu pojedynkowanie się, to naprawdę zajęcia nie dla niego. Wręcz gardzi takim światem i zupełnie do niego nie pasuje. Co ciekawe, znajduje wspólny język z Anną (Charlize Theron), żoną najbrutalniejszego gangstera i mordercy, Clincha (Liam Neeson).

Postać grana przez Setha MacFarlane nie jest jakoś wyjątkowa. Ot, trochę ciapowaty chłopak, ciężko doszukiwać się zatem kunsztu aktorskiego. U jego boku słodka Amanda Seyfried (kapryśna dziewczyna Alberta) i całkiem interesująca Charlize Theron, której do twarzy w kowbojskim kapeluszu i która idealnie pasuje na żonę bandyty. Ale zdecydowanie najlepsza rola w filmie to Clinch, Neeson jako czarny charakter sprawdza się w stu procentach. Mimo że występki kryminalisty, tak jak wszystko, pokazane są w filmie z przymrużeniem oka, to Clinch na pewno jest postacią, której nie chcielibyśmy zaleźć za skórę jak to uczyni główny bohater.

Jeśli kogoś bawiły żarty "Teda" i tutaj uśmieje się do łez. Sceny są czasem tak głupie, że aż śmieszne. Historyjka jest całkiem banalna, raczej nie zapadnie w pamięć na długo. Jednak chyba po to oglądamy czasem proste komedie, by tylko się rozerwać. A niestety rzadko udaje mi się ostatnio obejrzeć coś po prostu zabawnego. Zatem jeśli nabierzemy dystansu do filmu, to możemy pośmiać się z dzikiego Zachodu, z miską chipsów na kolanach i piwem w ręku. Krytycy w kapciach czasem tak właśnie lubią spędzać wieczory;)

piątek, 14 września 2012

Casa de mi padre ***

Wariacje na temat westernów, spaghetti westernów, telenoweli południowo-amerykańskich oraz filmów Roberta Rodrigueza - to wszystko w "Casa de mi padre" Matta Piedmonta.

Fabuła w tego typu produkcjach jest zawsze drugorzędna. Mamy tutaj wątek z fajtłapowatym i tchórzliwym Armando (śmiesznie granym przez Willa Ferrela, szczególnie zabawnie brzmi język hiszpański w jego wykonaniu), synem bogatego meksykańskiego ranczera, który w wyniku ataków na swoją rodzinę, decyduje się wypowiedzieć wojnę wrogom ojca.

Przed filmem obawiałem się, że mogę zobaczyć gniot z dużą ilością niestrawnych gagów. Tymczasem obejrzałem w miarę śmieszną parodię westernów. Były w niej m.in. aluzje do serialu Bonanza (bogata rodzina, posiadająca ranczo), do telenoweli południowo-amerykańskich (dłużyzny w niektórych scenach to ewidentne przejaskrawienie oper mydlanych). A już samo krwawe zakończenie to nawiązanie do "El mariachi" czy "Desperado" Rodrigueza. Nie brakuje również "puszczenia oka" do westernów Sergio Leone (niektóre dialogi i sposób kadrowania). Momentami komedia jest bardzo śmieszna, są też oczywiście gagi chybione, ale w takich filmach zawsze zabraknie czasami dobrego smaku. Na pewno jednak poziom żartów jest tutaj na wyższym poziomie niż np. w "American Pie".

To co szczególnie zapamiętam z tego filmu to śliczną Genesis Rodriguez, robiącą miny niczym gwiazdy latynoskich oper mydlanych oraz meksykańskie wykonanie "A Whiter Shade of Pale", przy którym się mocno uśmiałem. Niewątpliwie plusem są też role drugiego planu w wykonaniu Diego Luny i Gaela Garcii Bernala, najbardziej znanych obecnie aktorów meksykańskich. Obaj raczej nie grali wcześniej w takich komediach, tutaj czują się jak ryby w wodzie.

Jeśli ktoś lubi filmy w typie "Hot Shots" czy komedie z Leslie Nielsenem, to otrzyma porównywalną rozrywkę. W sam raz na dobrą, półtoragodzinną zabawę.