"Kobieta w czerni" ma kilka mocnych punktów. Zdjęcia trzymają klimat, plenery są niesamowite, a wspomniana posiadłość już samym wystrojem, pełnym przerażających lalek, budzi niepokój. Choć reżyser trochę nadużywa tanich sztuczek (bardzo głośny dźwięk, który niczym śmiech w sitcomie mówi widzowi jasno, teraz masz się wystraszyć), to do jego roboty nie można się jakoś bardzo przyczepić. Jest kilka dobrze zrobionych scen, jak ta w której bohater przygląda się wirującej zabawce dającej namiastkę animacji.
Niemniej mnie, fana takich filmów jak "Inni", "Sierociniec", czy "Szósty zmysł", ta angielska produkcja, mimo dobrego poziomu technicznego, rozczarowała. Winny jest scenariusz. Choć historia czerpie garściami z tradycji filmów grozy, to ja jej nie kupuję. Zło, klątwa by było wiarygodne, musi mieć albo dobre uzasadnienie, albo źródło. W "Kobiecie w czerni" "kara", jak dla mnie, jest absolutnie niewspółmierna do "winy" i do tego skierowana jakby zupełnie w losową stronę. Podobnie absurdalny wydał mi się pomysł bohatera na walkę z tym złem. Najgorsze jest chyba zakończenie. W jednej scenie widzimy i zmarłą cztery lata temu żonę głównego bohatera i złą kobietę w czerni. O co kaman? Czy to kobieta w czerni zabiła ją przy porodzie? Czy autor sugeruje, że wszystkie dusze błąkają się po ziemi po śmierci? Nie mam pojęcia. W żaden sposób nie wynika to logicznie z wcześniejszych wydarzeń, za to niestety otwiera furtkę do zrobienia sequela.
Mimo naprawdę niezłych ocen jakie zebrała "Kobieta w czerni" od niektórych krytyków, osobiście bym jej nie polecił. Po seansie byłem bardziej zdezorientowany niż wystraszony, a to nie jest najlepsza rekomendacja dla horroru.