sobota, 20 kwietnia 2013

Gangster Squad **

Gdy zobaczyłem ten trailer:
pomyślałem wow, wreszcie porządny film gangsterski w starym stylu, przywołujący ducha kultowych filmów Briana De Palmy z lat osiemdziesiątych: "Człowieka z blizną" i "Nietykalnych". Charyzmatyczny boss mafijny i szeryf, którego jedynym marzeniem jest by na ziemi panował pokój i sprawiedliwość. No to zaczynamy...

Film od razu urzeka widza pięknymi zdjęciami i dekoracjami. Los Angeles na przełomie lat czterdziestych i pięćdziesiątych jawi się jak wyjęte z pięknego snu. Wypełnione magicznym światłem, tajemnicze i przyciągające. Co na ekranie pojawia się nowa postać, to większa gwiazda. Któż lepiej nadaje się do zagrania złego do szpiku kości, opętanego manią władzy gangstera Mickey Cohena niż Sean Penn? Kto ma na twarzy wypisane więcej przyzwoitości niż Josh Brolin? Ryan Gosling, jako mówiący podejrzanie cienkim głosikiem playboy, Nick Nolte jako stary szef policji, Emma Stone jako femme fatale... Na cóż jednak to wszystko, jeśli baaaaardzo luźno inspirowana prawdziwymi wydarzeniami historia, dzięki żenująco kiepskiemu scenariuszowi, rozpada się przed naszymi oczami jak domek z kart.

Nie chce mi się nawet specjalnie pastwić, bo "dzieło" Willa Bealla oparte na książce Paula Liebermana jest po prostu zbyt łatwym celem. Drewniane dialogi, które śmieszą w najmniej odpowiednich momentach, jak "Jestem postępem..." mamrotane przez Seana Penna w kulminacyjnej scenie. Papierowe postacie większości członków tytułowego Gangster Squadu, na których przedstawienie nie starczyło czasu lub pomysłu, ale z obowiązkowym afro-amerykaninem i latynosem, by było bardziej politycznie poprawnie. No i przede wszystkim absurdalnie nieskomplikowany modus operandi bohaterów "na hurra: wchodzimy, ostrzeliwujemy przeważające siły wroga, wychodzimy", pasujący raczej do chłopców z przedszkola bawiących się w indian i kowbojów niż stróżów prawa. Oglądając tą wyrafinowaną policyjną robotę, nie mogłem wyzbyć się przeczucia, że to się musi skończy źle. Nota bene postać grana przez Goslinga ma w pewnym momencie podobną refleksję... co oczywiście nic w działaniu naszych bohaterów nie zmienia. Na marginesie jeszcze dodam, że nie wiem, czy taki sposób rozwiązywania problemów powinien być stawiany za wzór młodzieży w demokratycznym państwie prawa, ale to już materiał do przemyśleń dla socjologów.

Możliwe, że dzięki pięknej warstwie wizualnej (i hmmm, oryginalnym dialogom), film stanie się w przyszłości obiektem zainteresowanie filmowych geeków, którzy uwielbiają oglądać i rozkładać na części pierwsze filmy tak złe, że aż dobre. Póki co jednak wszystkim tym, którzy mieli by ochotę go obejrzeć, proponuję ograniczyć się do świetnego trailera. Zaoszczędzony czas zdecydowanie przyjemniej spędzimy studiując klasykę, chociażby będącego dla autorów więcej niż czytelną inspiracją "Człowieka z blizną". Przy okazji możemy pozdrowić hollywoodzkich producentów, którym szkoda czasu na dopracowanie scenariusza, nieśmiertelnym "Say hello to my little friend":


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz