środa, 17 kwietnia 2013

Control *****

Niewiele jest już filmów robionych w czarno-białym kolorze. Ostatnio takim był opisywany przez Mr. White'a "Artysta", który świetnie oddawał ducha kina niemego. Kilka lat wcześniej za podobną "oszczędność w kolorze" wziął się Anton Corbijn, realizując film "Control" o życiu i twórczości Iana Curtisa - wokalisty legendarnego zespołu "Joy Division".

Lata 70. Anglia, szary, deszczowy Macclesfield. Tam poznajemy młodziutkiego Iana Curtisa, który od początku jawi się jako chłopak nieco wyobcowany, samotny, wręcz nietypowy w swoim zachowaniu, niepasujący do tej małej mieściny. Curtis słucha buntowniczej w tamtych latach muzyki. Dawid Bowie, Iggy Pop, James Morrison - kształtują muzyczną wyobraźnię Iana, jego późniejsze ruchy sceniczne i zachowanie. Chłopak, w przeciwieństwie jednak do swoich idoli, bardzo szybko zakłada rodzinę. Już w wieku 19 lat poślubia swoją dziewczynę Debby i - pomimo nowych obowiązków rodzinnych (jego żona rodzi szybko córeczkę) - zakłada wspólnie z kolegami zespół muzyczny. Zdobywa coraz większą popularność, spotyka inną kobietę i życie zaczyna go powoli przerastać.

Wspomniany przeze mnie na wstępie czarno-biały kolor pokazujący życie bohatera, wszystko jeszcze bardziej uwypukla i urealnia. Corbijn świetnie pokazuje szarość i nijakość miasta, w którym żyje główny bohater. Czarno-biała konwencja filmu powoduje, że możemy skupić się bardziej na obrazie i na emocjach głównych bohaterów. Jeśli dodamy do tego zimną i niepokojącą muzykę Joy Division, która jest umiejętnie wpleciona w poszczególne wątki, to pod względem warstwy wizualno-muzycznej mamy filmowe konfitury.

Przy przedstawieniu Curtisa muszę sięgnąć do naszego filmwego podwórka i porównać "Control" do historii Piotra Łuszcza opowiedzianej w "Jesteś Bogiem". W polskim filmie lider "Paktofoniki" był pokazany w sposób mało złożony i raczej zachowawczy. Przynajmniej ja do końca nie rozumiałem jego problemów egzystencjalnych (słabo przedstawionych, w skądinąd dobrym filmie). Tymczasem Curtis u Corbijna został rozłożony na czynniki pierwsze. Muzyk ożenił się w bardzo młodym wieku. Działał pod wpływem impulsu, pierwszego uczucia. Jego wrażliwość pchała go jednak do przodu. W sensie artystycznym Curtis chciał czegoś prostego i nieprzemijajacego, nie szukał sławy i taniego poklasku. Dlatego im bardziej rosła jego popularność, tym gorzej było z jego konstrukcją psychiczną. Dodatkowo w wieku dwudziestu paru lat dotknęły go dramaty, które go po prostu przerosły. Najpierw choroba (epilepsja), która niszczyła go fizycznie. Z kolei nieumiejętność radzenia sobie z uczuciami do dwóch kobiet wykańczała go psychicznie. W rezultacie muzyk - zupełnie jak w jednej ze swoich piosenek - stracił kontrolę nad swoim życiem. Jak dla mnie wszystkie te załamania i stany psychiczne wokalisty były ukazane w sposób mocny i przekonujący.

Ciekawostką jest, że pierwotnie Curtisa miał grać znany już w Hollywood Cillian Murphy. Jednak ze względu na zbyt niski wzrost rola została powierzona ostatecznie Samowi Rileyowi, który zaprezentował się świetnie. Szczególnie wrażenie robiły jego ruchy sceniczne, ale też w warstwie psychologicznej mam wrażenie, że Riley wykonał swoją robotę najlepiej jak się dało. Z aktorów wyróżniłbym też na pewno panie - Samanthę Morton (Debby) za grę oraz Alexandrę Marię Larę (Annik Honoré - kochanka Curtisa) za urodę. Na ciepłe słowa zasłużył również Toby Kebbell, odtwarzający humorystycznie rolę Roba Grettona - wyszczekanego menedżera zespołu.

Z czystym sumieniem mogę polecić "Control" każdemu fanowi kina. A już dla entuzjastów muzycznych biografii film ten powinien stanowić prawdziwą gratkę.



1 komentarz:

  1. Bardzo ciekawa recenzja. Izaak Babel mówił, że kropki i przecinki mają być jak szabla, która przecina i nadaje rytm tekstowi. Dodałbym, że i pewne zdania są motorem tekstu. "W sensie artystycznym Curtis chciał czegoś prostego i nieprzemijajacego..." - będę o tym zdaniu pamiętał;).

    OdpowiedzUsuń