niedziela, 3 marca 2013

Les Miserables Nędznicy *****

Żeby zakochać się w "Nędznikach", trzeba po pierwsze lubić musicale, po drugie choć trochę być zainteresowanym tematyką powieści Victora Hugo. Nie należy też spodziewać się arii operowych. "Les Miserables" w wydaniu Toma Hoopera poruszają śpiewem pełnym emocji i wzruszeń oraz piękną scenografią i kostiumami.

Film oparty jest na musicalu Claude-Michela Shönberga, powstałym na bazie książki Victora Hugo i wystawianym od lat osiemdziesiątych ubiegłego wieku, łącznie w ponad dwudziestu wersjach językowych. Dzieło Shönberga posiada już swoje ekranizacje i wersje koncertowe. Adaptacja filmowa skupia się przede wszystkim na wątku byłego więźnia Jeana Valjeana (Hugh Jackman) ściganego przez inspektora Javerta (Rusell Crowe). W tle oczywiście pojawia się brudna, biedna, pełna nieszczęść i niesprawiedliwości Francja pierwszej połowy XIX wieku.

Pierwsze sceny z Rusellem Crowe raczej mnie rozbawiły, później jednak przywykłam do widoku hollywoodzkiego aktora (notabene "Gladiatora") śpiewającego w kostiumowym mundurze wersety scenariusza. I muszę przyznać, że jego głos spodobał mi się nawet bardziej niż Jackmana. Hugh Jackman ma, w moim odczuciu, głos słabszy, ale zagrał świetnie. Mistrzostwo to rola Anne Hathaway i to zarówno pod względem gry, charakteryzacji jak i śpiewu. Oskar w pełni zasłużony. Na uwagę zasługuje Samantha Barks (Eponine), która śpiewa i wygląda tak wiarygodnie, że od pierwszej chwili budzi sympatię i współczucie.

Podziwiam przygotowanie i pracę aktorów nad rolami śpiewanymi. Nie jest proste pokazanie widzowi postaci autentycznej, w oprawie śpiewu. Mnie "Nędznicy" przekonali w stu procentach, o czym świadczy wzruszenie (towarzyszące nie tylko mnie, ale większości sali kinowej) podczas filmu. Łzy lały się strumieniami zwłaszcza przy "I dreamed a dream" w wydaniu Anne Hathaway. I jak wspominałam na wstępie śpiew spodobał mi się właśnie dlatego, że nie zawsze był wykonywany przez profesjonalistów. Za sprawą łamiących się, drżących głosów, słów szeptanych lub śpiewanych głośno i dosadnie, postaci oddawały prawdziwe emocje. Na wiarygodność pracują nie tylko aktorzy. Wspaniała charakteryzacja, kostiumy i zdjęcia oddają wyobrażenie sytuacji ludzi uboższej klasy Paryża i Francji z początków XIX wieku - pogrążonej w nędzy, walczącej o przetrwanie. Porównując z "Nędznikami" wystawianymi nie tak dawno w teatrze muzycznym Roma, stwierdzam, że chociaż musical w Romie był fenomenalny, to jednak do samej treści powieści Victora Hugo bardziej przekonał mnie film. Lepszy odbiór Les Miserables w wersji kinowej, wynika chyba z większych możliwości filmu w sferze wizualnej. A oprawa wizualna "Nędzników" Hoopera jest zdecydowanie mocną stroną tego musicalu.

Tomowi Hooperowi i Williamowi Nicholsonowi udało się by w filmie nie było niczego za dużo. Gdy widz wzrusza się sytuacją bohaterów na scenę wkraczają Helena Bonham Carter i Sacha Baron Cohen (tak, mnie też zdziwił Borat w obsadzie) i musical staje się całkiem zabawny. Dodatkowo, "Nędznicy", których fabuła jest dość okrutna wobec przeciętnych obywateli XIX wiecznej Francji, nie odbierają nadziei. Zawsze pojawia się w nich światełko w tunelu, ludzie o dobrym sercu, szanse na lepszą przyszłość.

Dawno nie widziałam musicalu w kinie, który tak mocno by mnie poruszył. Zapamiętam przede wszystkim role Valjeana, Javerta, Fantine, Eponine i Cosette, zapewne zakupię soundtrack z filmu. Ale nie polecam Nędzników nikomu, kto nie wytrzyma 95% dialogów śpiewanych, podkreślam: nie każdy musi lubić musicale. A tym, którzy planują obejrzeć Nędzników, proponuję czym prędzej wybrać się do kina, bo film na domowym ekranie z muzyką z mniejszych głośników będzie zdecydowanie gorszy w odbiorze.



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz