niedziela, 29 grudnia 2013

Pokusa **

Film „The Paperboy”, czyli „Pokusa” (kolejne „genialne” przełożenie tytułu przez polskich tłumaczy) miał absolutnie wszystkie atuty, aby stać się w ubiegłym roku filmowym hitem. Świetni aktorzy, dobry reżyser, scenariusz oparty na bestsellerowej powieści, kawał historii przedstawiający burzliwą końcówkę lat 60. w Stanach Zjednoczonych. Całość zapowiadała się interesująco. Zakładałem, że nawet disneyowska gwiazdka w postaci Zaca Efrona nie zepsuje mi przyjemności oglądania tego filmu.

Przejdźmy do fabuły. Gorące lato 1969 roku. Ward Jansen (Matthew McConaughey), dziennikarz The Miami Times, przyjeżdża wraz ze swoim asystentem Yardleyem Achemanem (Dawid Oyelwo) do małej mieściny na Florydzie, aby zrobić reportaż o oskarżonym o zabójstwo miejscowego szeryfa - łowcy aligatorów, Hillarym Van Wetterze (John Cusack). Wardowi towarzyszy również jego młodszy brat Jacka (Zac Efron), który zostaje kierowcą dziennikarzy. Pierwszy trop prowadzi ich do ekscentrycznej i neurotycznej Charlotte Bless (Nicole Kidman). Kobieta ma w zwyczaju pisanie listów do więźniów skazanych na śmierć i nawiązuje w ten sposób kontakt z Van Wetterem. Ward i spółka nie wierzą w jego winę i robią wszystko, aby wyciągnąć go z więzienia.

Duszną i gorącą atmosferę życia na prowincji Florydy czuć w każdym kadrze filmu Lee Danielsa. Dobrze oddaje on ducha nieco rozwydrzonej (zmiany obyczajowe i rewolucja kulturowa) Ameryki, wewnętrznych tarć na tle rasowym i niespokojny klimat tamtych czasów. Pod względem technicznym „Pokusa” jest zrobiona na zadowalającym poziomie. Gorzej jest jednak, gdy próbujemy się wgłębić w historię. Scenariusz jest chaotyczny, zawiera wiele niepotrzebnych scen, które miały chyba na celu wzbudzić kontrowersje, a wywołały u mnie uczucie niesmaku. Dodatkowo wplatanie w fabułę wątków: homoseksualnego, rasistowskiego oraz miłości do starszej kobiety jako substytutu chęci posiadania matki, którą się utraciło. Uff… Ciężko się było momentami w tym wszystkim połapać. Jako thriller - film również zawiódł. Brak napięcia, rozwleczone sceny powodowały, że momentami było tak nużąco, że aż zasypiałem w trakcie projekcji.

Aktorsko „Pokusa” raczej rozczarowała. Najlepiej wypadł Cusack w roli odpychającego Van Wettera. Aktor ten z reguły gra porządnych, normalnych, czasami cwanych facetów, a tutaj musiał się zmierzyć z rolą obleśnego typa. I taka odmiana w jego przypadku wypadła zdecydowanie na plus. Dalej aktorsko film był nierówny. Efron miewał dobre momenty, ale czasami miał taki wyraz twarzy, jakby nie rozumiał reżysera albo się pytał, co tutaj robi. McConaughey grał przeciętnie i był w cieniu chociażby Cusacka czy nawet Efrona. Charlotte w wykonaniu Kidman nie przekonała mnie, motywacja jej bohaterki była mało zrozumiała, a sceny seksu z jej udziałem były bardziej groteskowe niż ponętne.

Film przypomina ładne opakowanie, które jak się otworzy i zajrzy do wewnątrz, to w gruncie rzeczy w środku - poza niepotrzebnym nagromadzeniem wątków i scen - nic w nim nie ma. Niezrozumiale przetłumaczony tytuł również na pewno nie jest jego atutem, bo obraz ten nie stanowi żadnej pokusy dla miłośników kina.

Jeśli kogoś jednak kręcą "wyuzdane" klimaty z "Pokusy" z Nicole Kidman w roli głównej - polecam filmik (od 2:10 min.) do obejrzenia:



piątek, 20 grudnia 2013

Grawitacja ***

Ryan Stone (Sandra Bullock) i Matt Kowalsky (George Clooney) to jedyni ocalali astronauci, po uderzeniu szczątek satelity w ich stację kosmiczną. Walczą o przetrwanie, chociaż w stanie nieważkości i mając niewielki zasób tlenu, ich powrót na Ziemię jest mało prawdopodobny.

Film ma świetne ujęcia i ... fatalny scenariusz. Zaczynając od pozytywów, efekt przedstawienia bohaterów w stanie nieważkości i zdjęcia przestrzeni kosmicznej są genialne. Oglądając "Grawitację" w 3D trzeba trzymać się fotela. Sceny, w których Ryan próbuje panować nad swoim ciałem bądź też takich, gdy Matt swobodnie poddaje się nieważkości robią wrażenie. Kapitalnie nakręcony jest nie tylko stan w jakim znajdują się bohaterowie, ale wszystko co dzieje się na ekranie od kosmicznej ciszy, po wybuchy na stacji kosmicznej, co idealnie podkreśla odpowiednio dobrana, wyśmienita muzyka.

Niestety scenariusz pozostawia wiele do życzenia. Dialogi, czy też monologi bohaterów, ich postawa, są po prostu głupie. Sposób w jaki Stone i Kowalsky rozmawiają ze sobą, dodają sobie otuchy, ich zachowanie w chwilach zagrożenia życia, sprawia że boheterowie brzmią trywialnie i naiwnie. Historia Ryan i jej zwierzenia to poziom bardzo słabej opery mydlanej. Nie pomaga tutaj dobra obsada, bo aktorzy nie mają się czym wykazać (poza oczywiście walką z grawitacją). Denne dialogi czasem ratuje Clooney, gdyż przynajmniej momentami jest zabawny. Rozczarowanie przynosi jednak banalne zakończenie.

Szkoda, że pomysłodawcy "Grawitacji" nie zlecili napisania do niej bardziej ambitnego scenariusza. Mógłby wtedy powstać bardzo wciągający, dostarczający mocnych wrażeń obraz filmowy. Tym bardziej, że sposób przedstawienia w filmie praw rządzących przestrzenią kosmiczną trzyma poziom. Spostrzegawczy widzowie zauważyli jednak błędy, ciekawym polecam filmik:

środa, 18 grudnia 2013

Kapitan Phillips ****

Kwiecień 2009 roku. Richard Phillips (Tom Hanks) jest kapitanem amerykańskiego kontenerowca Maersk Alabama, który przepływa w pobliżu wybrzeży Somalii. Na statek wdzierają się piraci, a Phillips robi co może, aby uratować siebie i swoją załogę.

Reżyser Paul Greengrass dosyć leniwie wprowadza w fabułę. Najpierw dowiadujemy się co nieco o głównych postaciach dramatu. Z jednej strony mamy uporządkowany świat Phillipsa, którego największym zmartwieniem jest dorastający syn. Z drugiej strony jest Somalijczyk Muse (Barkhad Abdi), dla którego każdy dzień stanowi walkę o przetrwanie w Somalii, gdzie można zostać albo rybakiem, albo morskim piratem. Tak na dobrą sprawę wyboru nie ma, bowiem kontenerowce uniemożliwiają połowy miejskim rybakom. Nierówności społeczne i negatywne skutki globalizacji są pokazane w filmie, ale twórcy nie uderzają w publicystyczne tony i skupiają się głównie na akcji.

Bo "Kapitan Phillips" to jednak przede wszystkim bardzo sprawnie poprowadzony thriller, z których Greengras jest znany (wyreżyserował chociażby cykl filmów z agentem Jasonem Bournem z Mattem Damonem w roli głównej). Są emocje, napięcie, które jest umiejętnie budowane krok po kroku przez reżysera, dobra ścieżka dźwiękowa i sugestywne zdjęcia. Wreszcie są świetnie poprowadzone postacie. Hanks jest znakomity i w zasadzie z każdą sceną jego postać nabiera coraz większego ładunku dramatycznego. A już końcówka filmu w jego wykonaniu to majstersztyk. Ciekawie i realistycznie gra naturszczyk Abdi (przed zatrudnieniem w filmie pracował jako szofer). Jego Muse to nie ideologiczny szaleniec tylko postać tragiczna, której każdy wybór będzie zły.

Pomimo niezłej reżyserii, sprawnego połączenia obu gatunków - dramatu i thrillera oraz świetnego Hanksa trudno mi jest przesadnie zachwycać się filmem. Być może jego tematyka sprawiła, że aż tak mnie nie wciągnął i w rezultacie oceniam go jako dobry, a nie wybitny. Tym niemniej warto obejrzeć ten obraz, niezależnie od tego czy znało się historię Phillipsa przed seansem, czy też nie, bo jest to bardzo solidne kino, którego nigdy za wiele.



sobota, 14 grudnia 2013

Porachunki ****

Od pewnego czasu popularnym słowem stała się nostalgia. Hipsterzy na całym świecie tęsknią za latami dziewięćdziesiątymi, w Polsce z jakiegoś powodu na topie jest wszystko co związane z PRL-em. Wiecie za czym ja tęsknię? Za starymi dobrymi filmami gangsterskimi. "Ojciec chrzestny", "Człowiek z blizną", "Chłopaki z ferajny"... nikt już takich produkcji nie kręci. Podobną nostalgię musiał odczuwać Luc Besson, nota bene autor jednego z moich ulubionych tytułów kina gangsterskiego "Leona zawodowca", i wyraził ją w najlepszej możliwej formie - nowego filmu.

"Porachunki" to czarna, gangsterska komedia. Tytuł oryginału to "Rodzina" (ang. "Family", po raz kolejny, gratulacje dla tłumacza za kreatywność) i nie jest to rodzina byle jaka. Giovanni Manzoni (ikona gatunku - Robert De Niro), to gangster od pokoleń. Swoim sadystycznym skłonnościom folguje, kiedy tylko natrafi się okazja, np. gdy ktoś będzie chciał sprzedać mu nieświeże homary. Jego małżonka (nie pierwszy raz wcielająca się w "Poślubioną mafii" Michelle Pfeiffer)... preferuje rozwiązywać konflikty w bardziej wybuchowy sposób. Córeczka, siedemnastoletni blond-włosy aniołek (Dianna Agron), słowo "maniak" traktuje jako najwyższy komplement. Synek (John D'Leo), to urodzony organizator, marzący o pójściu w ślady ojca. Jako, że Giovanii, by ratować swoją skórę wsypał swoją dawną "rodzinę" mafijną, teraz cała ta urocza paczka znajduje się w programie ochrony świadków, powodując nieustanny ból głowy próbującego ich ukryć agenta FBI (Tommy Lee Jones). Oczywiście mafia nigdy nie zapomina, więc ich śladem podąża straszny zabójca Di Cicco (Jimmy Palumbo)...

Myślę, że każdy, kto doczytał do tego miejsca wie już, że obsada została wybrana perfekcyjnie. Same nazwiska od razu przywodzą na myśl kamienie milowe gatunku, ale co ważne aktorzy dali prawdziwy koncert gry. De Niro, gangstera mógłby grać pewnie nawet we śnie. Te gesty, ta mimika, ilość emocji, które potrafi wyrazić jednym słowem "fuck". Michelle nadal świetnie wygląda i bezbłędnie odgrywa postać kobiety z jednej strony trochę szalonej, z drugiej kochającej matki i żony. Dzieci, co niełatwe, dostosowywują się poziomem gry do rodziców, zaś Tommy Lee Jones (dawny agent ścigający Harrisona Forda w "Ściganym"), potrafi pokazać kłębiący się w jego bohaterze ogrom niechęci i złości na to co musi robić, nieudolnie skrywany za pozornie kamienną twarzą.

Najmocniejszym punktem "Porachunków" nie jest niestety scenariusz - trochę naciągany i niespójny. Pierwsza część jest utrzymana w tonie typowo komediowym. Bawi głównie to, jaki popłoch sieje "rodzinka", wprowadzając się na spokojną normandzką prowincję. Zdecydowanie więc nie jest to film dla tych, którym pomysł łączenia przemocy z humorem wydaje się odrażający. Z czasem akcja nabiera tempa, a na deser dostajemy świetną, godną mistrza Bessona sekwencję akcji. Myślę, że całość sprawi kupę frajdy i będzie kopalnią smaczków dla wszystkich odczuwających nostalgię za starym dobrym kinem gangsterskim. Jednak tym, którym na wspomnienie "Chłopaków z ferajny" (arcydzieło Scorsese w iście almodovaroski sposób znalazło swe miejsce w akcji) łezka się w oku nie kręci, chyba raczej bym tą pozycję odradził.


piątek, 13 grudnia 2013

Papusza ***

„Papusza” to kolejny (po m.in. „Moim Nikiforze” i „Placu Zbawiciela”) film duetu Joanna Kos-Krauze i Krzysztof Krauze. Tematem filmowej opowieści jest historia Bronisławy Wajs (Jowita Budnik), cygańskiej poetki (zwanej wśród swoich Papuszą), urodzonej w 1910 r., przez większą część życia wędrującej, wraz z rodziną, z cygańskim taborem. Niezwykłym zrządzeniem losu, w taborze znajduje tymczasowe schronienie Jerzy Ficowski (Antoni Pawlicki), pisarz i poeta, i to on dostrzega w Cygance Papuszy poetkę. Gdy okazuje się jednak, że pozycja Ficowskiego w środowisku wydawniczym nie jest wystarczająco mocna, urokowi jej poezji, prostej w formie, lecz ujmującej w treści, ulega sam Julian Tuwim. Wówczas, artykuły o cygańskiej poetce pojawiają się w warszawskiej prasie, a wiersze Papuszy po raz pierwszy ukazują się w druku. Od tego momentu, życie kobiety oraz jej relacje ze społecznością Romów, ulegają znaczącej zmianie.

Film bardzo ciekawie portretuje tradycję i kulturę Cyganów, odwieczne obyczaje, respektowane, ale i narzucane wszystkim, także Papuszy, choć od początku tej historii wiemy, że nie jest jej pisane życie zwykłej romskiej żony i matki. Autorzy nie przemilczają też kwestii trudnych relacji tej grupy ze światem zewnętrznym - prześladowań ze strony nazistów, nieprzyjaznych kontaktów z miejscową ludnością, czy wreszcie działań władz polskich w latach ’60 i ’70, nakazujących Cyganom osiedlenie się, co ostatecznie położyło kres ich wielowiekowej tradycji życia w taborach. Dodatkowo, czarno – białe, chwilami naprawdę piękne obrazy oraz zabieg przemieszania retrospekcji z poszczególnych momentów życia Papuszy, dodają całej historii wymiaru magicznego i zdają się przenosić widza w zupełnie inną rzeczywistość.

Niestety, momentami, trwający 130 min. film, dłuży się. Ponadto, w moim odczuciu, w przedstawionym obrazie brakuje elementu spajającego, rodzaju wyjaśnienia, dlaczego autorzy postanowili opowiedzieć nam, z taką szczegółowością, historię życia cygańskiej poetki. Sądzę, że wrażenie to wynika z faktu – i to jest mój główny zarzut wobec filmu – iż, paradoksalnie, z obrazu Joanny i Krzysztofa Krauze, dowiadujemy się zbyt mało na temat samej Papuszy. Co czuła i co myślała? (oglądamy reakcje społeczności i najbliższej rodziny na opowiadane zdarzenia, ale nie wiemy co działo się w myślach i emocjach tytułowej bohaterki). Co mogło sprawić, iż od dziecka była tak niezależna, zdecydowana, inna? Skąd mogła czerpać inspiracje do tworzenia poezji, której zresztą również widz nie ma okazji „skosztować”? Odtwarzająca główną rolę Jowita Budnik nie odsłania zbyt wielu stron osobowości Papuszy, jednak trudno ocenić, czy należy za to winić aktorkę, czy tak skrojony scenariusz. Można powiedzieć, że film jest wstępem do poznania Bronisławy Wajs – Papuszy – ale dalszą wiedzę o poetce widz musi już zdobyć samodzielnie. Mnie, niedosyt wyniesiony z projekcji kinowej, zachęcił do sięgnięcia po książkę.

wtorek, 26 listopada 2013

Don Jon ***

Joseph Gordon-Levitt już jakiś czas temu przestał być gwiazdką telewizyjną i zaczął grać w poważaniejszych filmach. Oprócz amerykańskich superprodukcji ("Incepcja", "Mroczny Rycerz Powstaje" i "Looper") aktor przede wszystkim świetnie zagrał w znakomitym "Pół na pół" i być może właśnie ten film dał mu możliwość stworzenia własnej fabuły. W "Don Jonie" aktor nie tylko zagrał główną rolę, ale również zajął się reżyserią i napisał scenariusz.

Jon prowadzi hedonistyczny tryb życia i wydaje się być zepsutym do cna człowiekiem. Imprezy, siłownia, podrywanie panienek na jedną noc, a przede wszystkim oglądanie pornografii - tylko te czynności go pochłaniają. Chodzi co prawda co niedzielę do kościoła, gdzie bardzo chętnie się spowiada, ale rozgrzeszenie i pokuta spływają po nim jak po kaczce. Dopiero poznanie Barbary (apetyczna Scarlett Johansson) zdaje się stanowić przełom w jego życiu...

Samo pokazanie pornografii w filmie jest na szczęście w miarę subtelne. Na ekranie widzimy tylko podniecenie Jona, gdy oddaje się scenom erotycznym i głos zza kadru śmiesznie komentujący jego myśli w trakcie uniesień. Humor w filmie jest momentami nierówny i na pewno nie na uszy wrażliwszych osób. Niektóre żarty latają na wysokości "American Pie", ale są też zabawne sceny na normalnym poziomie. Nałóg głównego bohatera stanowi jednak tylko pretekst do rozważań, jak powinien funkcjonować normalny związek i że nie może on być oparty wyłącznie na seksie i pożądaniu fizycznym. Dopiero to "nieuchwytne coś" powoduje, że główny bohater jest się w stanie zakochać i całkowicie zatracić w miłości.

"Don Jon" pokazuje również model funkcjonowania przeciętnej amerykańskiej rodziny. Ojciec Jona (świetny Tony Danza) ogląda cały czas telewizję i kłóci się z synem o byle co, a matka (Glenne Headly) koniecznie chce mieć wnuka, nawet kosztem szczęścia syna. I tak naprawdę dopiero siostra bohatera - Monica (Brie Larson) pomimo że wydaje się być najbardziej wyalienowaną osobą w rodzinie, potrafi w odpowiednim momencie bardzo trafnie podsumować związek brata.

Film zawodzi, gdy po salwach śmiechu próbuje uderzyć w nieco ambitniejsze tony. O ile pomysł wprowadzenia do fabuły Esther granej przez Julianne Moore był ciekawym rozwiązaniem, bo aktorka gra bardzo naturalnie i nie zawodzi, to jednak dalszy rozwój jej postaci nie za bardzo wyszedł, bo nie poznajemy do końca motywów jej działania. Słabiej wypadają również próby zerwania z nałogiem przez Jona i odnoszę wrażenie, że główny wątek kończy się zbyt szybko i prosto. A i sam aktor zdecydowanie lepiej się czuje w konwencji rozrywkowej, w której wypada przekonująco, niż gdy musi zagrać poważniej.

Gordon-Levitt nie przedstawia szczególnie odkrywczych wniosków, ale jeśli wystarcza nam w miarę śmieszna komedia z odrobiną refleksji, to można jego debiut twórczy uznać za niezły. Liczyłem jednak na coś w rodzaju "Pół na pół", więc moje oczekiwania wobec filmu nie zostały do końca zaspokojone i miałem po seansie uczucie niedosytu.


poniedziałek, 25 listopada 2013

Wyścig *****

Męski sport babskim okiem...

"Wyścig" to historia dwóch mistrzów Formuły 1, Jamesa Hunt'a (Chris Hemsworth) i Nikiego Laudy (Daniel Brühl). Hunt - uwielbiany przez tłumy, przystojny i nieokiełznany playboy, szalony, kochający wyścigi, świadomy, że każdy kolejny może być jego ostatnim i gotów ponieść każde ryzyko, aby zwyciężyć. Lauda - chłodny, nielubiany i nieprzystojny sztywniak, ale pracowity, wytrwały i utalentowany znawca motoryzacji. Ukazanie współzawodnictwa, zamiłowania do sportu, podnoszących poziom adrenaliny wyścigów oraz priorytetów, jakimi kierują się w życiu bohaterowie, to cztery powody, dla których warto obejrzeć "Wyścig". A zatem:

Po pierwsze rywalizacja. Dwóch mężczyzn, których różni wszystko: charakter, podejście do świata, sposób życia, a łączy jeden talent. Obaj są najlepsi, ale z pragnienia pokonania rywala nie powstaje nienawiść. Oddech przeciwnika na karku, sprawia że Lauda i Hunt są zdeterminowani, by być coraz lepszymi i osiągać więcej. Sukcesy Hunta mobilizują Laudę do tego stopnia, że po poważnym wypadku powraca do gry, wciąż z szansą by zostać mistrzem świata.

Po drugie pasja. Z początku, kibicuję Huntowi. Pomimo beztroskiego i hulaszczego podejścia do życia, to właśnie on powinien być zwycięzcą, gdyż to on kocha ten sport i uczciwie dostaje się do coraz wyższej ligi, w przeciwieństwie do Laudy, który wkupuje się do Formuły i sam przyznaje, że ściga się dla pieniędzy, nie z miłości. Jednak, gdy poznaję bohaterów bliżej, okazuje się, że spod powściągliwego zachowania Nikiego, wyłania się również pasja. Jednocześnie, gdy postacie suną "łeb w łeb" po torze, Brühl znacznie wyprzedza swoją grą Hemswortha.

Po trzecie wyścig. Skoro ścigają się najlepsi to muszą być efekty. Howard zadbał o napięcie towarzyszące wyścigom. Dla muzyki silnika, zdjęć deszczu, spalin czy wiatru spowodowanego prędkością bolidu, warto obejrzeć "Wyścig" na kinowym ekranie.

Po czwarte szczęście. Film może podobać się nie tylko wielbicielom Formuły 1, bo wyścig stanowi też tło do pokazania celu w życiu i dążenia do osobistego szczęścia. Rozterki Laudy, gdy zaczyna dzielić życie z ukochaną, nieszczęście Hunt'a, skrywane pod dowcipami i wypierane zabawą, obnażają oblicze bohaterów i dają do myślenia. Można wciąż dążyć do sukcesu, sławy, pieniędzy, gonić za kolejnymi ambicjami albo spocząć na laurach. Jednak po co to wszystko, jeśli nie potrafi się być szczęśliwym, jeśli nie umie się tak po prostu żyć.


niedziela, 24 listopada 2013

Ida ****

Prosta historia. Polska rzeczywistość lat 60. Ida (Agata Trzebuchowska), Żydówka, przetrwała wojnę w katolickim zakonie. Została wychowana jako Polka Anna i dopiero jako dorosła dowiaduje się o swoim pochodzeniu. Poznaje jedyną żyjącą osobę z jej rodziny, ciotkę Wandę (Agata Kulesza) i razem z nią odwiedza rodzinne strony, odkrywa historię swojego ocalenia, losy rodziców.

Film ogląda się trochę jak album z fotografiami. Pięknymi zdjęciami. Wdzięku dodaje urokliwa Agata Trzebuchowska. Ida, zamknięta całe życie w zakonie, ma być postacią niewinną, nieznającą świata. Przy niej, jakby kontrastująca, Agata Kulesza - rozpustna, z ciężkimi grzechami na sumieniu, mówiąca o sobie "krwawa Wanda", była prokurator, a następnie sędzia. I takie właśnie są, w każdym kadrze, w każdym geście. Nie ma w "Idzie" przypadkowych scen. Wszystko jest symboliczne, ale i dosadne. W tym aspekcie, zgodzę się z recenzjami filmu, które wychwalają Pawlikowskiego.

Jednak miejscami teatralna perfekcja i scenariusz, sprawiają, że nie do końca przekonuje mnie prawdziwość całej historii. O ile losy Wandy i jej sposób postępowania tworzą postać autentyczną, o tyle mało realistyczne wydaje się postępowanie samej Idy. Wychowana w klasztorze i w zasadzie nieznająca żadnego życia poza jego murami, jest dla mnie zbyt otwarta na próbę życia w "zwykłym" świecie. W dodatku, pomimo wdzięku, Trzebuchowska ginie w cieniu Kuleszy. Ponieważ ekran należy w sądzie wyłącznie do tych dwóch aktorek, to dużo bardziej doświadczona i wyrazista Kulesza przyciąga całą uwagę. To Wanda jest dla mnie główną postacią, a Ida staje się jedynie pretekstem do poznania historii byłej pani prokurator.

Nie podzielam, aż takiego zachwytu filmem, z jakim spotkać się można wśród krytyków "Idy". Jednak doceniam w filmie mówienie wprost o historii, która nie jest dla Polaków łatwa. Nie ma w filmie patosu, są tylko zwykli ludzie, którzy mają coś na sumieniu. Podoba mi się również sposób, w jaki film traktuje w swojej symbolice wiarę, w sensie wyznania.

Polskie filmy mają tendencję do wypaczania rzeczywistości. Albo oglądam pięknych, idealnych superbohaterów tworzących banalne historie, albo widzę Polskę, w której wszystko jest brzydkie, ludzie źli i pijani, a scenariusz skłania do myśli samobójczych. "Ida" stanowi dobre wypośrodkowanie. Nie ma upiększania, tylko szara rzeczywistość, a mimo to obraz jest atrakcyjny. Jednocześnie zrozumienie i pamięć o historii nie musi przesłaniać radości, że dane jest mi żyć w inny sposób, bez bagażu którym obarczona byłabym żyjąc pół wieku temu.

środa, 6 listopada 2013

Istnienie ***

Lisa (znana z "Little Miss Sunshine" Abigail Breslin) jutro będzie obchodzić szesnaste urodziny. Jej tata naprawia samochód, mama krząta się po kuchni, młodszy brat bawi się gdzieś ze swym wyimaginowanym przyjacielem. Wieczorem wszyscy razem zasiądą, by wspólnie obejrzeć film. Normalna, szczęśliwa rodzina. No z dokładnością do jednego detalu. Lisa już wie, że nigdy nie skończy szesnastu lat. Martwa, wraz z rodziną, skazana jest na nieskończone powtarzanie dnia, który poprzedzał jej śmierć...

Myślę, że już te parę zdań wstępu bezbłędnie naprowadzi większość kinomanów na główne inspiracje twórców kanadyjskiego horroru "Istnienie". Niestety muszę ostrzec fanów "Dnia świstaka" i "Innych" Alejandro Amenabara (do których nota bene sam się zaliczam), że odniesienia te służą raczej jako ciekawy punkt wyjścia i nie mają zbyt wielkich konsekwencji dla dalszego rozwoju fabuły. Ta pomału wraca na tory dobrze znajome miłośnikom horrorów. Nieprzenikniona mgła otaczająca osamotniony dom Lisy, tajemnicze odgłosy z wentylacji, tragiczna historia - to chwyty tak stare jak sam gatunek.

Tak więc mimo oryginalnego początku "Istnienie" nie zaskakuje. Nie znaczy jednak, że nie straszy. Historia snuta przez reżysera głośnego swego czasu "Cube", Vincenzo Natalego rozkręca się powoli. Razem z Lisą pomału orientujemy się co się stało, czemu właściwie nie może się z tego przeklętego domu wydostać. Im więcej wiemy, tym akcja przyśpiesza, robi się straszniej, aż do końcowej kulminacji. Wszystko tak jak kanon gatunku nakazuje. Niestety również im dalej, tym historia jest coraz bardziej zagmatwana i dziurawa, a scenarzyści muszą ratować się używając coraz dziwniejszych chwytów, by jej konstrukcja nie rozpadła się przed naszymi oczami. Raczej nie zwykłem się czepiać nieprawdopodobieństw w historiach o duchach (z samego założenia są przecież niesamowite), niemniej skomplikowanie świata stworzonego w "Istnieniu" zawstydziłoby chyba nawet wielką łamigłówkę, jaką miał być "Cube" i nie pomaga to czerpać przyjemności z seansu.

Na marginesie jeszcze dodam, że z aktorów najbardziej zapadł mi w pamięć demoniczny Stephen McHattie, za to trochę irytowała miejscami nadmiernie ekspresyjna gra Abigail Breslin. Ogólnie, gdy odpuścimy sobie przesadnie wnikliwe analizowanie oglądanej historii, "Istnienie" to całkiem przyzwoita propozycja na to, by podskoczyć parę razy na fotelu w ciemny listopadowy wieczór.


wtorek, 5 listopada 2013

World War Z **

Brad Pitt kontra zombie - tak można w skrócie określić "World War Z", który w letnim okresie tego roku gromadził sporą publikę przed ekranami kin. Pomimo pewnej dozy sceptycyzmu (mam lekki przesyt amerykańskich superprodukcji, które służą wyłącznie do nabijania kasy producentom), ze względu na niezłe opinie recenzentów, postanowiłem zaryzykować i obejrzeć ten horror.

Gerry Lane (Pitt) to były śledczy ONZ, który wycofał się z zawodu i pędzi spokojne życie z rodziną. Pewnego razu Lane i jego rodzina wpadają w uliczny korek, który okazuje się nie być zwykłą uliczną blokadą. Na niebie słychać policyjne śmigłowce, po ulicach krążą policjanci na motocyklach, a miasto pogrąża się w chaosie. Co gorsze, ludzie zaczynają się zachowywać irracjonalnie, wzajemnie się atakując. Okazuje się, że wszystko to kwestia wirusa, który zamienia zdrowych ludzi w krwiożercze zombie. Lane i jego rodzina mają nie lada problem...

Początek filmu według filozofii reżysera Marca Forstera miał chyba stanowić "hitchcockowskie trzęsienie ziemi", bo główni bohaterowie od razu muszą się zmierzyć ze sporymi trudnościami i wyzwaniami, a widz kurczowo trzymać się fotela. Wstęp faktycznie to gwarantuje, ale później jest już gorzej. Film staje się schematyczny i trudny gatunkowo do określenia. Jak na horror - zombie bardziej śmieszą niż straszą, a jak na film katastroficzny - nie ma wielkiego napięcia (poza wspomnianym przeze mnie początkiem i późniejszymi scenami z samolotem pasażerskim).

Niewiele lepiej jest również pod względem samej fabuły. Wprowadzenie bohaterów, którzy wydawali się być ważnymi postaciami dla dalszej części historii, by później ich dosyć szybko i bezsensownie uśmiercić, czy wątek wybudowania muru obronnego w Izraelu, mającego chronić przed zombie - to absurdy, które obniżają wartość filmu.

Niestety film zawodzi nie tylko pod względem fabularnym, ale również jeżeli chodzi o same postaci. Główny bohater grany przez Pitta nie dość, że umie strzelać, tamować krew, jest świetnym mężem i ojcem, to dodatkowo sprawdza się nawet w kuchni przy robieniu naleśników. Poza tym nie straszne mu zombie, które zabija jak mrówki. Lane jest tak doskonały, że mam wrażenie, iż przeżyłby nawet katastrofę smoleńską oraz atak na WTC. Aktor gra średnio (co pewnie w dużej mierze jest spowodowane tym, że z jego postaci ciężko coś wycisnąć) i równie dobrze w jego rolę mógłby się wcielić np. Sylvester Stallone, a efekt byłby ten sam. Podobnie jest z innymi bohaterami - wszyscy oni są jak postacie z komiksu - papierowi i bez wyrazu. Warta do zapamiętania z filmu jest jedynie Daniela Kertesz - grająca Segen - charakterną bojowniczkę z Izraela.

Jeśli ktoś lubi naciągane historie, namiastkę horroru i bardzo amerykański typ bohatera, to zawodu nie przeżyje. Niewątpliwie skok twórców na kasę się udał, no i ego Pitta zostało połechtane, więc filmowcy są zadowoleni. A że widz mniej - to już inna sprawa.


niedziela, 20 października 2013

Wałęsa. Człowiek z nadziei ***

Stworzenie obrazu biograficznego o osobie, która wywołuje tak duże kontrowersje jak Lech Wałęsa, jest zawsze przedsięwzięciem ryzykownym. Szczególnie, że za film o byłym prezydencie wziął się sam Andrzej Wajda, który nie ukrywa do niego sympatii. Stąd też przed seansem miałem spore obawy czy film rzetelnie pokaże postać Wałęsy i nie będzie przesadnie "budował pomnika" byłemu liderowi Solidarności.

Historia rozpoczyna się od momentu przyjazdu do Gdańska znanej włoskiej dziennikarki Oriany Fallaci (Maria Rosaria Omaggio), która ma przeprowadzić wywiad z Wałęsą (Robert Więckiewicz). Ten dosyć obcesowo traktuje Włoszkę, jest arogancki, pewny siebie, wręcz bucowaty, ale skory do mówienia. A że ma co opowiadać, to w ten sposób poznajemy historię powstania Solidarności i początki działalności opozycyjnej Wałęsy.

Tytuł filmu stanowi jakby kolejną część trylogii Wajdy dotyczącej "Człowieka z...". O ile jednak "Człowiek z marmuru" i "Człowiek z żelaza" były przejmującymi historiami na temat Polski, to "Człowiek z nadziei" jest powierzchowną opowieścią dla mas, która jest bardzo poprawna politycznie. Podejrzewam, że nawet osoba średnio zorientowana w dziejach Polski nie będzie specjalnie zaskoczona wydarzeniami ukazanymi w filmie. Wałęsa jest tutaj przedstawiony w pozytywnym świetle i nie ma zgrzytów co do jego postaci. Reżyser nawet usprawiedliwia jego lekkie podejście do domowych obowiązków tym, że Lech to urodzony społecznik, który walczył o ludzi i to tłumaczy jego rzadką obecność w domu i zostawiania wszystkiego na głowie żony. Wajda, co prawda, aby chyba nie być posądzonym o zbytnią sympatię do bohatera, pokazuje wątek z esbekami, ale nie wynikają z tego później jakieś rozważania co do moralności Wałęsy. Lech zrobił to wszystko, aby być jak najszybciej z rodziną, a później i tak nie daje się złamać władzy ludowej.

To, co nieźle wyszło w filmie to montaż, muzyka i dialogi. Ten pierwszy element wypada szczególnie dobrze w sytuacjach, gdy Więckiewicz występuje na ekranie wspólnie z realnymi bohaterami tamtych czasów. A szczególnie ciekawie wygląda to w momencie, gdy aktor spotyka się z postaciami granymi przez Krystynę Jandę i Jerzego Radziwiłowicza w "Człowieku z żelaza". Dobrze dobrana polska muzyka również ładnie komponuje się w filmie. Miałem wątpliwości jak Wajda i scenarzysta Janusz Głowacki (obaj starsi już przecież panowie) będą operować językiem filmowym. Na szczęście moje obawy zostały szybko rozwiane - film kipi krwistymi i humorystycznymi dialogami, które brzmią przekonująco i świeżo.

Trudno mi jakoś przesadnie zachwycać się rolą Więckiewicza - owszem fizycznie i w sposobie mówienia to idealny Wałęsa. Widać, że aktor świetnie opanował jego głos i gesty. Chyba jednak ze względu na samą postać lidera Solidarności przedstawioną w filmie (bufoniasty, ale wzbudzający sympatię, prosty chłop) trudno uznawać jego rolę za wybitną. Z pewnością poziom naśladownictwa jest perfekcyjny, ale wymiar postaci Wałęsy nie niesie za sobą specjalnego ładunku emocjonalnego i w związku z tym rola Więckiewicza - poza walorami humorystycznymi - nic wielkiego nie oferuje. Agnieszka Grochowska - jako Danuta Wałęsa - gra nieźle, chociaż trzeba sobie szczerze powiedzieć, że nie ma za wiele do zaprezentowania, bo jej postać poza drobnymi wyjątkami to po prostu przykład "matki Polki", która od czasu do czasu miewa chwile zwątpienia.

Film Wajdy to do bólu poprawny obraz Polski dawnych lat. Historia, dzięki której na pewno nie będziemy mądrzejsi, czy specjalnie poruszeni. Film jest naszym kandydatem do Oscara, ale pomimo nośnych nazwisk, to nie ma on moim zdaniem najmniejszych szans w walce o miano najlepszego zagranicznego obrazu, głównie ze względu na brak elementu zaskoczenia i małą aktualność wydarzeń, które średnio interesują Amerykanów. A z pewnością znajdzie się też po prostu lepsze i ciekawsze dzieło, bardziej zasługujące na statuetkę.


Wieczni chłopcy ***

"Wieczni chłopcy" to lekcja o tym jak pokonać rutynę, jak nie przespać swojego życia i nie obudzić się nieszczęśliwym, jak budować kompromisy będąc w związku i jednocześnie nie zatracić swojej osobowości. Przeżywający kryzys wieku średniego Gilbert (Alain Chabat) próbuje przekonać przyszłego zięcia - Thomasa (Max Boublil), by nie popełniał błędu, jakim jest zawarcie małżeństwa. Jednocześnie znajdując z chłopakiem wspólny język, stawia kres swojemu związkowi, aby znów żyć pełnią życia i robić dokładnie to na co ma ochotę. Thomas zaczyna wątpić czy ślub jest dobrą decyzją...

Wszystkie perypetie Gilberta i Thomasa mają w zabawny sposób przekonać widza, że życie oparte na hedonizmie nie przyniesie człowiekowi spełnienia, a małżeństwo może być czymś wspaniałym, ale pod pewnymi warunkami. Choć na pierwszy rzut oka wydaje się, że złe kobiety wciskając panów pod pantofel przyczyniają się do ich nieszczęścia, to jednak autor filmu odpowiedzialnością za rozpadające się związki wini też panów, którzy sami starając się być dobrymi mężami i ojcami, zapominają o własnych pasjach i potrzebach. Zawarte w filmie przesłanie, może nie rzuca na kolana, ale na pewno jest w nim sporo prawdy.

Niestety, film zawodzi od strony komediowej. Wysoka oglądalność "Wiecznych chłopców" we Francji raczej świadczy o dobrym odbiorze filmu w rodzimym kraju. Być może za sprawą niepoprawności politycznej (częste żarty na temat mniejszości narodowych), czy wyśmiania pewnych cech i aspektów codziennego życia Francuzów, humorystyka filmu bardziej trafia na rodzimy grunt.

Nie można oczekiwać od "Wiecznych chłopców" zbyt wiele, ale można w chłodny, długi, ciemny wieczór miło spędzić z nimi czas (zwłaszcza jeśli właśnie budujemy z partnerem/-rką relacje lub doskwiera nam rutyna związku już trwającego). Dla mnie jednak najnowsze komedie francuskie wciąż chowają się w cieniu "Nietykalnych".

piątek, 18 października 2013

W ciemno (Out in the Dark) ****

Jeśli zagłębić się w historię kina, miłość homoseksualna istnieje w nim od dekad, przy czym od lat kilku, a może kilkunastu, wątek ten pojawia się na ekranach szczególnie często. Tematem filmów był już romans kowbojów w surowych westernowych realiach, homoseksualny związek w szeregach neonazistów, czy męsko-męska fascynacja w społeczności ortodoksyjnych Żydów. Tym razem opowieść rozgrywa się w kontekście konfliktu izraelsko – palestyńskiego, który, sam w sobie, dostarcza scenariuszy na niejeden film i stanowi źródło ludzkich historii, wartych opowiedzenia. Oglądamy więc komplikującą się relację pary gejów na tle skomplikowanej relacji Izraela i Palestyny i, w mojej opinii, uzyskujemy ciekawy i poruszający rezultat.

W pierwszych scenach filmu poznajemy głównych bohaterów – młodych, pełnych optymizmu, otwartych na świat i możliwości, jakie stwarza. Są tacy sami, jak ich rówieśnicy w Europie, czy jakimkolwiek innym kraju tzw. Zachodu (wątek wyjazdu do Europy pojawia się zresztą w przełomowych momentach filmu). Jednak w miarę biegu historii, przekonujemy się, jak bardzo ich sytuacja jest odmienna i jak duże niebezpieczeństwo wiąże się z pragnieniem ułożenia sobie życia w sposób, który nam wydaje się już tak oczywisty. Wprawdzie Roy (Michael Aloni) jest u progu kariery prawniczej i szykuje się do przejęcia schedy po ojcu, ale już Nimr (Nicholas Jacob), swoim uporem w kwestii dalszej edukacji (co gorsza, w Tel Avivie) naraża się na niezrozumienie i ostracyzm ze strony najbliższych. O ile też zamożna rodzina z izraelskiej klasy średniej jest w stanie zaakceptować homoseksualizm syna (acz niekoniecznie już pochodzenie chłopaka, z którym postanowił się związać), o tyle ujawnienie tej orientacji seksualnej w społeczności muzułmańskiej doprowadzi do dramatycznych skutków. Sytuacji nie ułatwi też fakt, iż brat Palestyńczyka bierze udział w gromadzeniu broni na użytek jednej z walczących organizacji.

Film ogląda się z zainteresowaniem, a stopniowo z coraz większym przejęciem nad wikłającym się losem bohaterów. Reżyser (Michael Mayer) sprawnie przeplata wątek polityczno-społeczny z wątkiem uczucia łączącego dwóch mężczyzn. Sceptycy powiedzą zapewne, że fabuła filmu jest niewiarygodna. Istotnie, Nimra i Roy’a dzieli narodowość, wyznanie, pochodzenie i status majątkowy, a to wszystko nie przeszkadza im w walce o miłość, choć ta walka wymaga ofiary. Nie wiem, czy taka historia mogłaby się zdarzyć naprawdę. I nie rozstrzygając o tym, postrzegam „W ciemno” jako opowieść o ludziach, którzy walczą o szczęście (o życie?), tocząc bój z sytuacją, której nie zawinili i z przeciwnościami, na które nie zasłużyli. Czy to nam czegoś nie przypomina?...

wtorek, 1 października 2013

To już jest koniec **

Jest taka scena, gdzieś w pierwszej połówce "To już jest koniec": główni bohaterowie, czyli Seth Rogen, James Franco, Jonah Hill, Jay Baruchel, Danny McBride i Craig Robinson, postanawiają wciągnąć wszystkie posiadane dragi i na koniec imprezy spontanicznie kręcą kontynuację jednego z wcześniejszych hitów pisarskiego tandemu Rogen-Goldberg "Pineapple express". Mam dziwne wrażenie, że proces twórczy, który doprowadził do powstania całego "To już jest koniec", nie odbiegał specjalnie od tego schematu.

Fabuła jest nieskomplikowana. Jay Baruchel wpada na weekend do LA, by spotkać się ze swym starym kumplem z młodości, teraz ważniakiem w Hollywood Sethem Rogenem. Jarają blanty, zajadają się hamburgerami ("gluten!"), grają w gry komputerowe... weekend marzeń. Seth podejmuje kolejną próbę przekonania Jaya do blichtru LA oraz swoich nowych znajomych i zaciąga go na parapetówkę do odjechanego domu Jamesa Franco. Są tam wszyscy (nawet Rihanna) i zabawa trwa w najlepsze, gdy za drzwiami rozpoczyna się prawdziwa biblijna apokalipsa...

Kto miał okazję obcować z poprzednimi dziełami duetu Rogen-Goldberg, tym razem również odpowiedzialnego za reżyserię, nie będzie specjalnie zaskoczony rodzajem dowcipu w "To już jest koniec". Kto nie miał okazji, niech uwierzy, że wielki, stylizowany na "Mechaniczną pomarańczę" penis, nie znalazł się w domu Franco przypadkowo. Oprócz tego materiału do żartów, dostarcza obecność wielu znanych twarzy, portretujących samych siebie, a raczej publiczne wyobrażenie o nich (np. tysiąc żartów z homoseksualizmu Jamesa Franco) lub też ich przeciwieństwo (Michael Cera jako przeżarty koką erotoman). Znalazło się również miejsce na kilka gagów parodiujących klasyczne sceny z dzieł takich jak "Egzorcysta" czy "Dziecko Rosemary", które wraz z absurdalnym zakończeniem rozbawiły mnie chyba najbardziej.

Choć poziom żartów jest nierówny, to parę razy się szczerze uśmiałem. Niemniej nie rekompensuje to wspomnianego już przeze mnie na wstępie wrażenia, że całość jest niedopracowana. "To już jest koniec" przypomina bardziej serię skeczy niż fabułę. Płaskie postacie nie wzbudzają emocji, akcja wydaje się donikąd nie zmierzać i po pewnym czasie znużony już tylko wyczekiwałem na zakończenie. Trochę szkoda, bo pomysł, że rozpieszczone gwiazdki Hollywood w obliczu apokalipsy stają twarzą w twarz z faktem, że nie są tak cudownymi ludźmi jak im się wydaje, miał naprawdę spory potencjał i to nie tylko komediowy.


poniedziałek, 30 września 2013

Czas na miłość ****

Richard Curtis wie jak robić komedie romantyczne. Scenarzysta hitu "Cztery wesela i pogrzeb" i reżyser m.in. "Pamiętników Bridget Jones" czy "To właśnie miłość" zawsze umiał tworzyć historie urokliwe, niegłupie i krzepiące na duchu. "Czas na miłość" nie wymyka się ze schematów znanych z jego poprzednich filmów. Dodatkowo reżyser wplata w romantyczną historię wątek podróży w czasie.

Tim Lake (Domhnall Gleeson) w wieku 21 lat dowiaduje się od swojego ojca (Bill Nighy), że może podróżować w czasie. Nie jest to nieograniczona zdolność, bowiem chłopak może decydować tylko o swojej niezbyt odległej przeszłości. Tim postanawia wykorzystać osobliwą umiejętność do poznania dziewczyny i tak spotyka Mary (Rachel McAdams).

Fabuła nie jest może zbytnio oryginalna (w końcu podróże w czasie były przedmiotem wariacji wielu reżyserów), ale trzeba przyznać, że jest tutaj sprzedana wyjątkowo wdzięcznie, bo mamy bohatera (przeciętnego i sympatycznego chłopaka), z którym można się utożsamiać, kibicować mu i przypominać sobie swoje problemy sercowe, przez które przechodziło się ładnych parę lat temu. Pomiędzy nim i Mary (zabawna McAdams) iskrzy i dawno już nie widziałem na ekranie takiej chemii wśród głównych bohaterów (u Curtisa taką parą, na którą się ostatnio tak dobrze patrzyło, byli Hugh Grant i Andie MacDowell). Całemu wątkowi romantycznemu towarzyszy brytyjskie poczucie humoru znane z filmów Curtisa (czyli jest subtelniej niż w amerykańskich komediach). Samo przenoszenie w czasie jest o tyle zabawne, że świetnie pokazuje "instrukcję obsługi kobiety" - to jak często są one zmienne i jak można wykorzystać ich słowa, aby osiągnąć swój cel. Film jednak nie uderza w panie, tylko dobrze pokazuje rzeczywistość.

Reżyser porusza w dalszej części komedii również bardziej ambitne kwestie niż podrywanie dziewczyn. Przedstawia wątek przemijania, choroby i miłości ojcowsko-synowskiej. Skłania do zastanowienia się, jak często poprzez codzienny pęd życia nie dostrzegamy drobnych rzeczy i że należy doceniać każdy dzień, tak jakby miał on być ostatnim (taka kwestia nawet pada w filmie). Nie są to może sprawy szczególnie odkrywcze, ale chyba warto je sukcesywnie przypominać.

Obejrzeć ostatnio dobrą komedię było sprawą niełatwą. Curtisowi udała się sztuka stworzenia czegoś zabawnego i myślę, że każdy fan dobrej rozrywki będzie zadowolony z jego najnowszego filmu.


poniedziałek, 16 września 2013

Sztanga i cash **

Specjalista od wielkich, najeżonych efektami specjalnymi widowisk w stylu "Armageddonu", czy serii Transformers, Michael Bay serwuje nam tym razem, jak sam mówi skromny (to znaczy eksploduje zaledwie jedno auto) i ekspresowo nakręcony, oparty na faktach (do tego jeszcze wrócimy) film o gangu z "Sun Gym", działającym w Miami w połowie lat dziewięćdziesiątych.

Mimo że wysłuchujemy przemyśleń z offu niemal wszystkich postaci "Sztanga i cash", za głównego bohatera można uznać niepozbawionego uroku, ale nie grzeszącego intelektem instruktora fitnessu Daniela Lugo (Mark Wahlberg). Żyjący na sterydach i automotywacyjnych bzdurach ("wierzę w fitness"), uczynił ze wspomnianej siłowni Sun Gym dochodową placówkę i wydaje się wychodzić na prostą po błędach przeszłości. Jednak poczucie, że los nie obdarzył go tym na co zasługuje, podsycane przez wysłuchiwanie frazesów serwowanych przez samozwańczego guru (Ken Jeong) typu "Jeśli myślisz, że ci się coś na należy, to wszechświat ci to da", naprowadza go na plan jak odebrać wszystko swojemu bogatemu i wyjątkowo wrednemu klientowi - Victorowi Kershaw (Tony Shalhoub). Do pomocy bierze swoich równie napompowanych, a jeszcze mniej rozgarniętych kumpli (Dwayne Johnson i Anthony Mackie) i już wiemy, że to nie może skończyć się dobrze...

Wyjaśnijmy sobie od razu jedną rzecz. Wbrew temu, co po wielokroć słyszymy w filmie, nie jest to prawdziwa historia. Jest ona jedynie inspirowana serią artykułów z Miami New Times. Nikt nie zadał sobie trudu, by chociażby skonsultować się z ofiarami, które przeżyły te tragiczne wydarzenia. A ma to niestety kapitalne znaczenie dla odbioru filmu. Micheal Bay dokonał tu moim zdaniem dosyć ryzykownego manewru. Absolutnie nie stara się oceniać swoich bohaterów. Ba, robi bardzo dużo byśmy polubili Daniela i spółkę. Może i są mało rozgarnięci, ale w sumie to takie swojaki. W przeciwieństwie do ofiary. Victor Kershaw to prawdziwy dupek. Właściwie może mu się należało? Autorzy jakby stawiają nas na równi z bohaterami tej historii, pouczająco kiwając głową z za ekranu, tak to mogłeś by ty mój drogi widzu. Gdybyś też się nasłuchał bredni o tym co ci się rzekomo należy i opacznie je zrozumiał, też przypiekałbyś na grillu odrąbane ludzkie ręce, by pozbyć się odcisków palców. I można by to uznać za błyskotliwą analizę ludzkiej natury, "zło jest w każdym z nas", gdyby nie to, że ten film ma tyle wspólnego z rzeczywistością co relacja z konferencji PiSu w TVNie, czy poczynań rządu w TV Trwam. Jeśli posłuchać tego co ma do powiedzenia pierwowzór postaci Victora Kerwshaw - Marc Schiller, to maluje się kompletnie inny portret głównych bohaterów. Byli to bezwzględni przestępcy z determinacją realizujący swój plan. Daniel Lugo to nie sympatyczny osiłek, ale psychol ze złymi intencjami wypisanymi na twarzy, któremu nie ufali i którego nie lubili nawet współoprawcy. Nie był on nawet autorem planu napadu na Marca Shillera, nie zgadza się liczba napastników... nieścisłości i zwykłe przekłamania można mnożyć i mnożyć. Przyzwyczaiłem się już, że mass media wszystko interpretują tak jak im wygodniej, ale czemu miała służyć taka manipulacja w kinie gatunkowym naprawdę nie wiem. Jeśli reżyser chce przekazać jakąś konkretną wizję świata, niech to robi, ale bez udawania, że dokumentuje jakąś rzeczywistość.

Niemniej, kto idzie do kina na film Micheala Baya po to by analizować jego przesłanie? To ma być przede wszystkim rozrywka. "Sztanga i cash" niewątpliwie ma swoje momenty. Dowcip zbudowany na ludzkim cierpieniu, wydaje mi się mocno kontrowersyjny pomysłem, ale często działa. Marc Wahlberg, The Rock i spółka w roli bezmózgich koksów są rozbrajający. Są tu wszystkie standardowe składniki współczesnego kina dla facetów, czyli wielkie mięśnie, skąpo ubrane dziewczynki wijące się na rurach, szybkie samochody i parę dynamicznych sekwencji. Jednak film jest ogólnie za długi, w środkowej części zwyczajnie nudzi i choć końcówka jest niezła, ciężko się na nią przebudzić.

Jak powiedział Marc Schiller, więziony i nieludzko torturowany przez okrągły miesiąc, w tym filmie najwięcej ma wspólnego z rzeczywistością tytuł (ang. "Pain and gain") - jego cierpienie zaowocowało wielkim zyskiem oprawców. I powiem szczerze, gdybym to ja był ofiarą, to nie jestem przekonany czy chciałbym, żeby zrobiono film żerujący na mojej tragedii, w którym to jeszcze ze mnie robi się dupka. Jeśli ktoś chciałby usłyszeć tą historię opowiedzianą z pozycji ofiary to polecam np. artykuł z angielskiego Guardiana. A tym którzy zdecydują się obejrzeć "Sztanga i cash", radzę nie wsłuchiwać się w zapewnienia autorów o prawdziwości tej historii i potraktować ją jako kolejną, przyzwoitą "pulp fiction".