niedziela, 12 lutego 2012

Północ - północny zachód *****

Pora sięgnąć do klasyki gatunku i moim zdaniem najlepszego dzieła Alfreda Hitchcocka. "Północ - północny zachód" to film, który oglądałem może z pięć razy, a ponieważ ostatnio zakupiłem na DVD pakiet sześciu filmów Hitchcocka, to pewnie nie omieszkam obejrzeć go jeszcze raz.

Pokrótce - streszczenie fabuły dla tych, którzy go jeszcze nie widzieli: pracownik agencji reklamowej Roger Thornhill (grany przez rewelacyjnego Cary'ego Granta) zostaje porwany przez dwóch nieznajomych mężczyzn, a następnie przetransportowany do willi niejakiego Townsenda. Gospodarz bierze go za agenta CIA i żąda wyjawienia poufnych informacji, których oczywiście biedny Thornhill nie zna. W efekcie Townsend postanawia go zlikwidować, co wywołuje sekwencje nieprawdopodobnych zdarzeń, opowiedzianych zgodnie z regułami kina Hitchcocka.

Film jak na końcówkę lat 50. jest bardzo dynamiczny. Sekwencja wydarzeń zmienia się jak w kalejdoskopie. Jesteśmy w nim pozbawieni oczywiście efektów specjalnych, ale daje to znakomite rezultaty, ponieważ możemy się skupić na fabule. A w tej są smakowite dialogi typowe dla wielu filmów Alfreda, bardzo spójny wątek kryminalny, niespotykany już w dzisiejszym filmach, wreszcie sam Grant, który gra z wielkim humorem, dystansem i klasą, jakiej mógłby mu pozazdrościć sam James Bond. No właśnie, Grant był podobno przymierzany do roli najsłynniejszego agenta. Ostatecznie, ze względu na starszy już wiek, rolę otrzymał Sean Connery. Trudno się jednak nie oprzeć refleksji, że i Connery i później Roger Moore jako Bond wzorowali się na grze Granta w tym filmie.

Klasyka Hitchcocka zawiera dwie kultowe sceny, które były później powielane i nawet parodiowane w wielu innych filmach. Przede wszystkim niezapomniana scena ostrzeliwania głównego bohatera przez samolot pośrodku pola kukurydzianego (popularna parodia tej sceny znalazła się chociażby w jednym z filmów z Leslie Nielsenem) czy moment, gdzie Eve Marie Saint (najsłabszy punkt tego filmu - brakuje jej sexappealu, chociażby Grace Kelly - ulubionej aktorki Hitchcocka z tamtych lat) dla zmylenia wrogów "zabija" Thornhilla (od razu kojarzy mi się scena z "Żądła" i "uśmiercenie" Roberta Redforda pod koniec filmu).

Kolejnym atutem filmu jest też to, że się nie starzeje. Znam wiele głośnych pozycji sprzed kilkudziesięciu lat, które obejrzane po latach "trącą myszką". Chociażby samych filmów Hitchocka, takich jak "Psychoza" czy "Ptaki" nie odbieram już tak dobrze jak jeszcze kilkanaście lat temu. "Północ..." jest tak skonstruowany, że można o nim powiedzieć, ze jest ponadczasowy i mam nadzieję, że żaden ze współczesnych reżyserów  nie będzie się "ważył" zrobić jego remake (bo z reguły takie wersje są dużo słabsze). Chcę po prostu, żeby ten film pozostał w mojej pamięci na zawsze w wersji Hitchcocka.

Reasumując - kino obowiązkowe dla każdego fana inteligentnej rozrywki, której raczej się już nie serwuje. A dla osób, lubiących klimat kina szpiegowskiego osadzonego w starym, hollywoodzkim stylu, film ten pozostanie niedościgłym wzorem.

Słynna scena ostrzeliwania Granta przez samolot na polu kukurydzianym:



2 komentarze:

  1. Eve Marie Saint najsłabszy punkt tego filmu - brakuje jej sexappealu. Autor recenzji chyba jest innej orientacji seksualnej.

    OdpowiedzUsuń