sobota, 4 lutego 2012

Idy marcowe ****

Film Georga Clooneya, który z tego co pamiętam był chwalony w relacjach z festiwalu weneckiego.

Jest to polityczny dramat, portretujący prezydencką kampanię w USA. Zrobiony i napisany na tyle sprawnie, że miejscami ogląda się go jak dobry thriller.

Współautor scenariusza sam uczestniczył w kampanii prezydenckiej, co obiecuje, że przedstawiane wydarzenia nie są odległe od kulisów współczesnej polityki. A obraz nie rysuje się zbyt różowy. Losy wyborów nie ważą się w bezpośrednich debatach kandydatów, którzy jawią się jako pozbawione poglądów twarze, lecz w rozgrywkach spin doktorów wrogich sztabów. Nie liczą się argumenty, tylko haki. Handel stanowiskami w zamian za poparcie. Ludzie dostają sprawnie wyreżyserowany spektakl, w którym dziennikarze są aktywnymi graczami, nie rzetelnymi sprawozdawcami wydarzeń. Itd, itp. Nie wiem, czy to życie w kraju nad Wisłą aż tak pozbawia złudzeń, ale jakbym powiedział, że cokolwiek przedstawionego na ekranie mnie zdziwiło, zaskoczyło lub zbulwersowało to bym skłamał. Nawet to jak bezemocjonalnie bohaterowie podchodzą do zwyczajnej ludzkiej tragedii, której poniekąd są sprawcami. Jest to kolejny element rozgrywki, w której wszystkie chwyty są dozwolone. Cierpią oczywiście najsłabsi i naiwni. Grube ryby spadają zawsze na cztery łapy.

Przez chwytliwy tytuł Clooney próbuje zestawić przedstawione w filmie wydarzenia z zabójstwem Cezara. Współczesnym sztyletem jest informacja, a ofiarą niekoniecznie osoba na świeczniku. Zamach stanu, choć to chyba za duże słowo, odbywa się po cichu, a wszyscy później twierdzą, że nic się tak naprawdę nie stało.

Nie rozumiem tylko, czemu próbuje się nam wmówić na początku, że główny protagonista, grany przez Ryana Goslinga wiceszef sztabu, żyje jeszcze ideałami i naprawdę wierzy w głoszone przez kandydata hasła. Ja rozumiem, że młoda stażystka ma się prawo łudzić, ale ktoś, kto dostał się na takie stanowisko, niejedno musiał już widzieć i w niejednej rozgrywce brać udział. Może miało pokazać to jak polityka demoralizuje i w pięć minut z ludzi z ideałami robi zwykłych cyników. Nie wiem, dla mnie ta ekspresowa transformacja była trochę niewiarygodna.

Ogólnie film jest niezadługi (duży plus w dzisiejszych czasach) i dobrze się ogląda. Zostawia, przynajmniej mnie, z jednym niewesołym wnioskiem. Złudzenia co do tego jak wygląda współczesna polityka straciłem już dawno. Razem z nimi zainteresowanie całym tym medialnym spektaklem, którym próbują karmić nas, szarych wyborców.



1 komentarz:

  1. Czwarta gwiazdka zdecydowanie dla Evan Rachel Wood ;)

    OdpowiedzUsuń